Rodzinne historie: Stulecie Franki Wołoszczuk
Artykuły

Franka Wołoszczuk jest najstarszą mieszkanką Hromady Husiatyn w rejonie czortkowskim na Tarnopolszczyźnie oraz najstarszą członkinią miejscowego Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego. 5 października będzie obchodziła swoje 101. urodziny.

Pani Franka mieszka z synem Mychajłem i synową Oleksandrą we wsi Suchodół, dokąd z Liczkowiec jeszcze pod koniec lat 20. XX wieku przeprowadzili się jej rodzice. Ma trójkę wnuków i trójkę prawnuków. Codziennie modli się do Boga, słucha chrześcijańskich programów radiowych w języku ukraińskim i polskim. Kiedy jeszcze mogła, chodziła na msze święte, «zawsze, na każde nabożeństwo».

«Monitorowi Wołyńskiemu» opowiedziała o życiu swojej rodziny w okresie międzywojennym, pracy w Niemczech, powrocie do domu oraz przymusowej kolektywizacji.

Dziadek wysłał pieniądze z Kanady

Franka Wołoszczuk urodziła się we wsi Liczkowce w ukraińsko-polskiej rodzinie Josypa i Marii (z domu Zielińska) Gerijów. Dla Marii było to drugie małżeństwo; pobrała się z Josypem po śmierci pierwszego męża, Mykoły Gerija, który był kuzynem Josypa. Mykoła poległ na I wojnie światowej 1914–1918.

W rodzinie wychowywało się siedmioro dzieci od obu ojców: Mykoła i Mychajło (synowie Mykoły Gerija); Jewstachij, Franka (nasza rozmówczyni), Zofia, Pawło i Petro (dzieci Josypa Gerija).

Dziadek i babcia po stronie matki – Stefan i Franka Zielińscy – mieli pięcioro dzieci: Marię (matkę Franki Wołoszczuk), Piotra, Antoniego, Mikołaja oraz Jana. Rodzice i bracia wyjechali do Kanady. Według Franki Wołoszczuk, kiedy krewni wyjeżdżali, jej matka Maria już założyła własną rodzinę, dlatego została na Tarnopolszczyźnie. Nawiasem mówiąc, nasza rozmówczyni dostała imię Franka na cześć swojej babci.

Dziadków ze strony ojca nie pamięta: «Pochodzili z Drohobycza (obwód lwowski – aut.), nawet nie wiem, jak się nazywali. Ojciec się przeprowadził, ożenił. Kiedy dorastałam, już nikt z nich nie żył. Pierwszy mąż matki też pochodził z Drohobycza».

Maria i Josyp Gerijowie mieszkali z dziećmi najpierw w Liczkowcach, a później, gdy nasza rozmówczyni miała około pięciu lat, przenieśli się na kolonię w pobliżu Suchodołu. Stefan Zieliński wysłał z Kanady pieniądze, by kupili ziemię. Ale ponieważ Josyp Gerij był Ukraińcem, nie sprzedano mu działki w Liczkowcach. Rodzina kupiła więc ziemię w pobliżu Suchodołu. Mieli tam dom z obszernym podwórkiem i dużo roli.

Pani Franka poszła do ukraińskiej szkoły w Sochodole. Polskiej szkoły w okolicy nie było. «Kiedy się przenieśliśmy, nie chodziłam jeszcze do szkoły. Już tam, w Sochodole, poszłam – od razu do trzeciej klasy. Nie chodziłam do pierwszej i drugiej. Bałam się iść do szkoły, bo byłam obca, z innej wsi… We wsi nie było księdza. Potem raz w tygodniu zaczęli przyjeżdżać kapłani z Husiatyna i Sidorowa».

Pani Franka dodaje, że ponieważ jej ojciec był Ukraińcem, rodzina chodziła do cerkwi: «Kto chciał, chodził do kościoła, a my – do cerkwi. Ojciec był Ukraińcem, mówił: Bóg jest jeden i Kościół jest jeden. W Boże Narodzenie rodzice chodzili do Husiatyna – pieszo przez pole. Ja nie chodziłam, bo nie mogłam tak daleko iść».

«Matka mnie nie poznała»

W wieku 17 lat, podczas II wojny światowej, Franka Wołoszczuk została wywieziona do pracy przymusowej w Niemczech. Na początku trafiła do bogatych gospodarzy, pracowała przy bydle. Przypomina sobie, że traktowali ją dobrze, pozwalali jej chodzić na mszę świętą do kościoła. «Co niedzielę chodziłam do kościoła. Byłam tam ponad godzinę. Nawet się spowiadałam. Pamiętam, jak niemiecki ksiądz wyspowiadał mnie i udzielił komunii… Byłam jeszcze bardzo młoda, nauczyłam się trochę niemieckiego. Byłam uzdolniona muzycznie i umiałam zaśpiewać piosenkę po niemiecku».

Franka bardzo tęskniła za domem i rodziną, dlatego odważyła się na ucieczkę. «Zostałam złapana. Mówiono mi, że wsadzą mnie do więzienia, ale to nie było więzienie. Siedzieliśmy w takim domu. Raz dziennie dawano nam jeść. Bardzo chciałam dostać kawałek chleba. Pracowałam przecież u gospodarza. Mogłam siedzieć sobie cicho. Ale nie, uciekłam. Naprawdę bardzo chciałam do domu. Potem przewieziono mnie do innego miasta. Tam też był gospodarz. Piekł chleb. Pamiętam, że dał mi mały słony obwarzanek, ponieważ byłam bardzo osłabiona, ale mogłam jeść chleb. Potem znów uciekałam. I trafiam do Wiednia... Uciekałam wiele razy. I zawsze byłam łapana. Na polu też pracowałam» – mówi pani Franka.

Po wojnie naszej rozmówczyni nie od razu udało się powrócić do domu. Sowieci wysłali dziewczynę do pracy w głąb ZSRR.

«Wieźli nas pociągiem. Było bardzo dużo ludzi. Cały pociąg tam wieźli – daleko w głąb Rosji. Byłam osłabiona, leżałam na pryczach. Wielu było takich jak ja. Dwie kobiety zaopiekowały się mną. A później zabrały na pociąg do Kijowa. Jechałyśmy na dachach wagonów. Potem pewien młody maszynista wsadził mnie do pociągu do domu. Pochodził z obwodu lwowskiego. Zadbał o mnie, podzielił się nawet jedzeniem. Dał mi jedno jajko, a drugie zostawił dla siebie. I jeszcze kawałek chleba… Akurat na Podwyższenie Krzyża Świętego dotarłam do Kopyczyniec (miasto w rejonie czortkowskim – aut.). Do domu szłam pieszo. Namawiano mnie, bym wsiadła na wóz, ale bałam się, więc kłamałam, że mam blisko. Szłam przez cały dzień» – wspomina pani Franka.

Kiedy w końcu dotarła do domu, była tak osłabiona i chuda, że krewni nawet jej nie poznali. «Ojciec nie był w wojsku. Kiedy przyszłam, był na podwórku. Razem płakaliśmy – i on, i ja… Matka mnie nie poznała. Przez cały tydzień nie pozwalała mi wychodzić z domu, by nikt nie wiedział, że jestem. Byłam bardzo chuda, wycieńczona. Karmili mnie po troszeczkę. Bali się dawać dużo jedzenia na raz».

Jak dodaje nasza rozmówczyni, aby uchronić mienie podczas wojny, jej rodzice ukryli na polu wszystkie narzędzia rolnicze: «Tata miał pole w pobliżu Czabarówki (obecnie Hromada Wasylkowce w rejonie czortkowskim – aut.). Wszystko, co mieli, zakopali. Schowali w dole. Tam pewnie zgniło».

 Rodzina Gerijów. Sidorów, 1967 r. Zdjęcie udostępnione przez Jana Piejkę

«Wszystkim zabierano pola, niszczono domy»

Wraz z ponownym wkroczeniem sowietów do obwodu tarnopolskiego oraz początkiem przymusowej kolektywizacji cała nabyta własność rodziny Gerijów została odebrana.

«Po wojnie pole zabrali sowieci. Mieliśmy około czterech mórg upraw (około 2,3 ha – aut.). To była gleba najwyższej klasy: czarna, bardzo żyzna. Na wiosnę wszystko było zasiane. Wszystko nam zabrano… Wszystkim zabierano wówczas pola, niszczono domy. Budowano kołchoz. Wielu zostało wywiezionych. Mówiono, że kogoś wysyłano na Syberię, ale najwięcej – do obwodu zaporoskiego» – mówi pani Franka.

Gerijowie przenieśli się z kolonii do wsi Suchodół. Zamożny miejscowy mieszkaniec, Petro Halabarda, oddał im swoją działkę. «Dotychczas jestem wdzięczna tym ludziom. Kiedy żyli, modliłam się za nich. Halabarda był zamożny i oddał nam to podwórko. Mój tata był bardzo lubiany przez ludzi, bo był życzliwy i pracowity. Halabarda powiedział mu: Geriju, tam są ściany, przywiozłem cegłę, domurujcie, przeniesiecie dach ze swojego domu i do zimy będziecie mieli gdzie mieszkać. Tata więc tak zrobił. Następnie zaczęliśmy hodować bydło.

Tata umiał robić wszystko. Był silny. Ogromne graby wycinał siekierą na raz-dwa. Nie potrzebował piły. Kiedy szedł do młyna, dużo zboża niósł po prostu na ramionach. A kiedy młócił, to mimo że tyle było pszenicy, tyle żyta, za tydzień wszystko wymłócił. I krowę doił, i cielę poił. Robił wszystko, co trzeba. Dbał o swoje gospodarstwo. Sam orał, ubijał świnie, robił i sprzedawał wędliny. Teraz nie ma takich mężczyzn jak on. Mówiłam, że nikt nie miał takiego dobrego ojca. Chociaż w rodzinie było dwóch synów z pierwszego małżeństwa matki, nie robił między nami różnicy: wszystkich traktował tak samo» – zaznacza pani Franka.

«Modlę się za wszystkich»

W wieku 23 lat, dwa lata po powrocie do domu, Franka wyszła za mąż za Pawła Wołoszczuka. Pobrali się w Suchodole. Urządzili małe wesele, zapraszając tylko najbliższych. Urodziło się im dwoje synów: Stepan i Mychajło.

«Mój mąż też był w Niemczech. Jednak nie widzieliśmy się tam. Pracował w zakładzie. I był z nim chłopak w takim samym wieku. Po zwolnieniu dotarli do Czortkowa, gdzie zostali aresztowani. Nacierpieli się tam, wrócili do domu i zostali wsadzeni do więzienia. Spędzili w nim trzy miesiące» – wspomina nasza rozmówczyni.

Pani Franka pracowała w kołchozie, a w ostatnich latach przed emeryturą była pracowniczką techniczną w szkole. Pawło zajmował się obróbką drewna i był muzykiem. «Grał na skrzypcach. Dobrze grał. Występował na weselach, chodził grać w klubie. Nigdy się z nim nie kłóciliśmy».

Franka Wołoszczuk. Zdjęcie z rodzinnego archiwum

Pawło Wołoszczuk. Zdjęcie z rodzinnego archiwum

Josyp i Maria Gerijowie nie wyjechali po II wojnie światowej do Polski, gdyż Josyp był Ukraińcem, jednak w Polsce mieszkali ich krewni. Już w po ogłoszeniu przez Ukrainę niepodległości Franka Wołoszczuk odwiedzała w Polsce swoją ciotkę. Natomiast rodzeństwo naszej rozmówczyni osiedliło się w Suchodole lub okolicznych miejscowościach. Obecnie spośród dzieci Gerijów została tylko Franka i jej młodszy brat Piotr (ma obecnie 96 lat).

Franka Wołoszczuk z prawnukiem i synową. Suchodół, 2024 r. Zdjęcie z rodzinnego archiwum

«Było nas dużo, ale zostaliśmy tylko ja i Piotr. Mieszka w sąsiedniej wsi. Kiedy byłam zdrowsza, chodziłam do rodziny i sąsiadów. I do cerkwi też chodziłam. Już tego nie robię, bo nie mam siły, ale modlę się za wszystkich, codziennie się modlę» – mówi pani Franka.

Franka Wołoszczuk świętuje swoje setne urodziny. Suchodół, 5 października 2024 r. Zdjęcie z rodzinnego archiwum

Członkowie Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego składają France Wołoszczuk życzenia z okazji jubileuszu. Suchodół, 2024 r. Zdjęcie udostępnione przez Jana Piejkę

Olga Szerszeń

Na głownym zdjęciu: Franka Wołoszczuk. Suchodół, 2025 r. Fot. Olga Szerszeń

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025