«Na początku lat 50. rodzice zaczęli budować dom. Wprowadzili się tutaj już w 1956 r., akurat wtedy, kiedy się urodziłem. Drugą połowę domu zaczęliśmy z tatą dobudowywać, gdy miałem 13 lat. Pamiętam, jak pomagałem mu kopać fundamenty. I tak, krok po kroku, w ciągu siedmiu lat skończyliśmy budowę» – wspomina Włodzimierz Bodryn z Husiatyna w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim, parafianin kościoła Świętego Antoniego, członek Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego.
Spotkaliśmy się z nim i jego rodziną we wspomnianym ojczystym domu, gdzie obecnie mieszka pan Włodzimierz wraz z żoną Eugenią, aby usłyszeć jego rodzinną historię. W rozmowie z «Monitorem Wołyńskim» opowiedział o dziadku i babci ze strony matki, ciotce i siostrze, które wyjechały do Polski, o odzyskaniu kościoła Świętego Antoniego w Husiatynie oraz o założeniu miejscowego stowarzyszenia kultury polskiej.
Babcia została ranna, gdy prała ubrania w Zbruczu
Babcia ze strony matki, Karolina Sozańska (1900–1928), pochodziła ze wsi Samołuski (lub Samołuskowce, obecnie Hromada Husiatyn). Jej rodzina mieszkała przy wjeździe do Samołusek, w tej części wsi, która przez miejscowych nazywana jest Zahorynką. Dziadek Włodzimierz Mołczan (1897–1952) pochodził z Husiatyna. Jego rodzina mieszkała niedaleko miejsca, gdzie obecnie znajduje się dom jego wnuka, czyli naszego rozmówcy.
«Dziadek Włodzimierz brał udział w I wojnie światowej. Został zmobilizowany jako młody człowiek. Wiem, że trafił do niewoli. Do domu wrócił po sześciu latach. Ożenił się z babcią Karoliną. Ślub wzięli w kościele w Husiatynie. Zbudowali chatę: jeden pokój i nieduża sień. Wtedy ludzie smarowali chaty gliną i kryli je słomą. Takie były czasy. To było przecież 100 lat temu. Dziadek i babcia mieli osiem morgów pola – tam, jak jechać na Liczkowce (Hromada Husiatyn – aut..). To miejsce ludzie nazywali Bławutycha. Pracowali na roli. Mieli konia i krowę. Babcia Karolina była dość zaradną kobietą. Od młodości umiała wszystko robić, smacznie gotowała. Była także kucharką w parafii. W lesie była duża posiadłość – babcię zapraszano tam, aby gotowała na duże uroczystości. Moja mama Maria (1922–2020) urodziła się w 1922 r., a cztery lata później – jej młodsza siostra Ziuńka (pełne imię prawdopodobnie brzmiało Józefa – aut.). Obie zostały ochrzczone w kościele w Husiatynie» – mówi Włodzimierz Bodryn.
W tamtych latach granica polsko-sowiecka przebiegała m.in. wzdłuż Zbrucza. «Kobiety chodziły nad rzekę, aby prać ubrania i moczyć konopie» – mówi pan Włodzimierz.
«Był chyba rok 1927 r. Po tamtej stronie rzeki byli Rosjanie, a tutaj – Polska. Rosyjski strażnik graniczny strzelił do babci, kiedy była nad rzeką z innymi kobietami. Ranił ją w klatkę piersiową. Natychmiast przewieziono ją do Czortkowa. Wezwano lekarza ze Lwowa. W końcu udało się ją uratować, powiedziano tylko, żeby uważała na siebie. Były to jednak trudne czasy, a w dodatku powojenne. Babcia pewnego razu trochę się przeziębiła i rana się otworzyła. Zmarła w 1928 r. Mama z ciocią zostały półsierotami: mama miała sześć lat, a Ziuńka – dwa. Później dziadek ożenił się z drugą żoną, Zofią. Pewnie myślał, że będzie łatwiej. Mieli wspólne dzieci: syna Józefa i córkę Annę» – zaznacza nasz rozmówca.
Jego mama i ciocia od dzieciństwa pomagały ojcu w gospodarstwie, w polu.
«Żyli w biedzie. Było im bardzo trudno. I zimno. Nosili patyki z lasu, żeby ogrzać dom. Mama chodziła do lasu z babcią, mamą swojego taty. Mieli starą chatę. Nawet pamiętam te chaty. Były pokryte strzechą. Miały małe okienka. Zimy były bardzo surowe, więc ludzie nie robili dużych okien. Jedne drzwi do sieni i jeden pokój. To wszystko. Nic więcej nie było. Pradziadowie mieszkali nieco niżej od nas, a tuż obok naszego obecnego domu stała jeszcze starsza chata. Mój tata ją zburzył, kiedy zbudował naszą, bo była już w bardzo złym w stanie, wzniesiono ją jeszcze za czasów Austrii. «Kiedy miałem sześć lat, pasłem kozy. Mama kupiła kozę i wysyłała mnie, żebym pasł ją wraz z koźlętami. Pamiętam więc tę starą chatę. Trzymaliśmy tam kozy» – wspomina pan Włodzimierz.
Siostra pojechała do cioci w Polsce i nie wróciła
Jak opowiada Włodzimierz Bodryn, po 1939 r., za pierwszych sowietów, jego ciotka zdołała wyjechać wraz z innymi Polakami mieszkającymi w Husiatynie i okolicach.
«Wtedy Polacy wyjeżdżali, więc siostra mojej mamy, Ziuńka, także wyjechała z krewnymi. Miała 13 lat. Trafiła do Wrocławia. Później wyszła tam za mąż i urodziła dwie córki. Nawiasem mówiąc, jej mąż pochodził ze wsi Samołuski. Nie wiem, dlaczego mama i dziadek wtedy nie wyjechali. Pytałem mamę, a ona mówiła, że długo się zastanawiali, ale jednak zostali» – dodaje nasz rozmówca.
Jego rodzice, Maria Mołczan i Hryhorij Bodryn (ur. w 1916 r.), pobrali się w 1940 r. Pan Włodzimierz mówi, że rodzinę jego ojca wywieziono kiedyś nad Wołgę: «Przodków mojego taty wywieziono tam za czasów Katarzyny II, po likwidacji Siczy Zaporoskiej. Trafili do Udmurcji. Tata później trafił tutaj. Opowiadał mi o tym».
Hryhorija Bodryna zmobilizowano na wojnę sowiecko-niemiecką w 1941 r.
«Do domu wrócił dopiero w 1946 r. Mówił, że rok spędził w niewoli, ale w końcu udało mu się uciec, potem był w partyzantce. Kiedy wrócił do domu, imał się różnych zajęć. A mama pracowała na poczcie, była listonoszką. Listy i paczki rozwożono wówczas na wozach konnych. Mówiła, że zdarzało się, iż napotykali bandytów, którzy zabierali im wszystko.
Dziadka podczas II wojny światowej już nie zabierano do wojska. W 1949 r., w czasie kolektywizacji, kazano mu, by oddał krowę, konie, ziemię i wszystkie narzędzia pracy, na przykład pług. Dziadek nie chciał tego oddać, ale grożono mu, że jeśli tego nie zrobi, zostanie wywieziony do obwodu zaporoskiego. W końcu musiał oddać do kołchozu wszystko, co miał» – mówi Włodzimierz Bodryn.
Nasz rozmówca urodził się w 1956 r. w chutorze Kryniczki (obecnie w składzie Husiatyna). Pan Włodzimierz jest najmłodszym dzieckiem Marii i Hryhorija Bodrynów. Jego siostra Lidia urodziła się w 1947 r., a brat Walery – w 1948 r.

Włodzimierz Bodryn z tatą Hryhorijem i mamą Marią. 1958 r.

Włodzimierz Bodryn (pośrodku) z siostrą Lidią i bratem Walerym. 1958 r.

Włodzimierz Bodryn z mamą Marią. Początek lat 60.
«Tata i mama chodzili do pracy, siostra i brat uczęszczali do szkoły, bo byli starsi. Ja byłem najmłodszy. Dorastałem, jak to się mówi, samiutki jak palec. Kiedy miałem trzy lata, zostawiano mnie już samego w domu. Zamykano mnie i mówiono, żebym usiadł i patrzył w okno. Więc siedziałem na stole, jak ten mały ptaszek, i wyglądałem przez okno.
Czasami zostawiano mnie z babcią Zofią, drugą żoną dziadka. Chciało mi się jeść, a nie było nic. Pamiętam, że u babci w sieni stała skrzynia. Babcia zamykała ją na kłódkę, a klucz nosiła przy sobie. Trzymała tam smalec, chleb, kiszone ogórki» – opowiada pan Włodzimierz.
Dodaje, że połowę tego domu, w którym obecnie mieszka z żoną, zbudowali jeszcze jego rodzice: «Na początku lat 50. rodzice zaczęli budować dom. Wprowadzili się tutaj już w 1956 r., akurat wtedy, kiedy się urodziłem. Drugą połowę domu zaczęliśmy z tatą dobudowywać, gdy miałem 13 lat. Pamiętam, jak pomagałem mu kopać fundamenty. I tak, krok po kroku, w ciągu siedmiu lat skończyliśmy budowę».
Matka naszego rozmówcy utrzymywała kontakty z krewnymi, którzy wyjechali do Polski. Na przykład w latach 60. jej siostra Ziuńka przyjeżdżała do Husiatyna wraz z mężem i dziećmi.
«Moja siostra Lidia przeniosła się do Polski w 1966 r. Pojechała niby w odwiedziny do cioci Ziuńki, siostry mamy, i tam została. A były to czasy sowieckie. Tutaj poddano nas mocnej presji z tego powodu, mówiono, że to zdrada Ojczyzny, że sprzedała komsomoł. Czego to nie mówiono. KGB wzywało tatę, a on przecież walczył, był w niewoli… Tata mówił: przecież pojechała nie do Ameryki, tylko do kraju socjalistycznego, do krewnych i żeby tam studiować. Tatę wzywano kilka razy. W końcu dali mu spokój» – wspomina Włodzimierz Bodryn.
Dzieli się też swoimi wspomnieniami z dzieciństwa, np. o tym, jak w rodzinie świętowano Wielkanoc: «Mama farbowała jajka w łupinach cebuli. W niedzielę, kiedy siadaliśmy do stołu na śniadanie, kroiła jedno jajko na kawałki i dzieliła między wszystkich. Mama piekła też dużo pasek wielkanocnych. Były pyszne – żółte, z rodzynkami. Te paski można było jeść nawet miesiąc później. Razem z tatą robiliśmy kiełbasę, wędziliśmy ją, a także mięso. Mama gotowała gołąbki, galaretkę, duszoną kapustę, czyli głównie tradycyjne potrawy».

W górnym rzędzie stoją: Walery z tatą Hryhorijem Bodrynem, Lidia (z domu Bodryn) i jej wujek Józef. Siedzą: Maria Bodryn z siostrą Ziuńką. Obok – ich dzieci. Włodzimierz Bodryn stoi pośrodku

Siostra Lidia (z domu Bodryn) z mężem i dziećmi. Wrocław, 1981 r.

Maria Bodryn z córką Lidią

Hryhorij Bodryn z siostrą Anną
Wzięli ślub w kościele 14 lat później
Nasz rozmówca ukończył szkołę w Husiatynie w 1973 r. Od razu podjął pracę jako hydraulik w przedsiębiorstwie maszyn rolniczych. W latach 1976–1978 służył w armii sowieckiej w obwodzie murmańskim.
«Zimą było tam 50 stopni mrozu. Nawet drzewa nie wytrzymywały i pękały na pół, a na zewnątrz tworzyły się sople o szerokości trzylitrowych słoików. Organizowano też obozy zimowe, podczas których musieliśmy przez miesiąc mieszkać w namiotach w lesie. Trzeba było odgarnąć półtora metra śniegu, aby rozbić namiot. Dwukrotnie jeździłem do Kazachstanu na szkolenia. Podróż tylko w jedną stronę zajmowała miesiąc» – opowiada pan Włodzimierz.
Po wojsku wrócił do poprzedniego miejsca pracy, a później zatrudnił się w przedsiębiorstwie «Ukrtelekom», gdzie pracował w ciągu ok. 37 lat, aż do przejścia na emeryturę.
Z przyszłą żoną Eugenią Cwyntarną (ur. 1959 r.) Włodzimierz poznał się na dyskotece. Pobrali się w 1979 r., a ślub w kościele wzięli znacznie później, w 1993 r., kiedy kościół w Husiatynie w końcu zwrócono katolikom. Mają syna Walerego (ur. 1980 r.) i córkę Irenę (ur. 1985 r.).

Ślub Włodzimierza Bodryna i Eugenii Cwyntarnej. Sierpień 1979 r.
«Syn urodził się w 1980 r., więc ochrzciliśmy go w miejscowej cerkwi, bo kościół był zamknięty, a córkę w 1985 r. musieliśmy ochrzcić w Olchowczyku (wieś w Hromadzie Husiatyn – aut.). Wtedy zaczęto wywierać większą presję na ludzi i nie było innej możliwości ochrzczenia dziecka. Irena urodziła się 9 lutego, a ochrzciliśmy ją gdzieś 28 lutego. Była bardzo ciężka zima. Pchaliśmy więc samochód po drodze, bo nie byliśmy w stanie przejechać przez te zaspy. Ksiądz długo na nas czekał, myślał, że już nie przyjedziemy, ale jakoś dotarliśmy.

Pierwsza komunia Walerego Bodryna. Husiatyn, 1991 r.

Pierwsza Komunia Święta Ireny Bodryn. Husiatyn, 1993 r.
W czasach sowieckich nie mogliśmy wziąć ślubu w kościele. Kościół w Husiatynie był zamknięty. Władze sowieckie urządziły tam magazyn i wszędzie założyły zamki. Więc razem z Eugenią postanowiliśmy wziąć ślub po odzyskaniu kościoła. Otworzono go na początku lat 90., a my wzięliśmy ślub w 1993 r.» – wspomina pan Włodzimierz.
Członkowie jego rodziny stali się parafianami kościoła Świętego Antoniego w Husiatynie po odzyskaniu tej świątyni przez katolików. Na msze do kościoła wnuki Walerego i Irenę często zabierała babcia Maria, mama naszego rozmówcy. «Ludzie polskiego pochodzenia zawsze gromadzili się wokół kościoła. Wcześniej było wśród nich wielu starszych ludzi» – dodaje Włodzimierz Bodryn.


Jedna z pierwszych mszy w odzyskanym kościele. Husiatyn, początek lat 90.

Przy kościele w Husiatynie. Maria Bodryn stoi pośrodku. Jej córka Lidia i wnuczka Irena stoją za nią
Jego syn Walery jest jednym z założycieli Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego, którego historia rozpoczęła się w 2013 r. Niezmiennym przewodniczącym organizacji, działającej od kilkunastu lat w Husiatynie i Sidorowie, jest Jan Piejko. Nasz rozmówca też jest członkiem Stowarzyszenia.
«Kilka razy jeździłem do Polski. Po raz pierwszy – w 1968 r. z mamą. Krewni mieszkali m.in. w Obornikach, Kobierzycach i Wrocławiu. Pamiętam, że odwiedziliśmy kuzynkę mamy Wandę i moją ciotkę Ziuńkę. Mama rozmawiała z nimi po polsku. Znała język polski, zdążyła zresztą ukończyć siedem klas polskiej szkoły w Husiatynie. Potem jeździłem do Polski w latach 80. Natomiast do nas przyjeżdżała siostra Lidia z dziećmi i ciocia Ziuńka z rodziną» – mówi pan Włodzimierz.

Włodzimierz Bodryn. Husiatyn, 2026 r.
***
Tekst powstał w ramach projektu «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» realizowanego przez redakcję gazety «Monitor Wołyński».
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Włodzimierza Bodryna
Na głównym zdjęciu: Włodzimierz Bodryn z żoną Eugenią, córką Ireną oraz rodzicami Marią i Hryhorijem. Połowa lat 80.