«Mój dziadek i babcia byli Polakami. To oni mnie wychowali. I to właśnie oni zaszczepili we mnie wiarę katolicką i polskie tradycje, nauczyli mnie czytać i pisać po polsku» – opowiada Oksana Wełyka, z domu Poliszczuk.
Nasza rozmówczyni pochodzi ze wsi Kupiel w obwodzie rówieńskim (dziś Hromada Rokitno). Obecnie mieszka z rodziną we wsi Sielec (Hromada Dąbrowica). Spotykamy się w Dąbrowicy przed rekolekcjami w miejscowej świątyni katolickiej – kościele Świętego Jana Chrzciciela, którego Oksana jest parafianką już od prawie 27 lat. Śpiewa też podczas mszy, zapewniając w ten sposób oprawę muzyczną liturgii.
W rozmowie z «Monitorem Wołyńskim» Oksana Wełyka dzieli się wspomnieniami z dzieciństwa spędzonego z dziadkiem Włodzimierzem i babcią Stanisławą w Kupielu. Poniżej – historia jej rodziny.
Poleszczukowie z Tomaszgrodu
Dziadek Włodzimierz Poliszczuk (urodzony jako Poleszczuk w 1914 r.) pochodził z miasteczka Tomaszgród (obecnie Hromada Rokitne w rejonie sarneńskim), a dokładniej z okolic przystanka kolejowego Kręta Słoboda. Kiedyś mieszkał wraz z rodzicami w Sarnach. Włodzimierz był najstarszym dzieckiem w rodzinie. W sumie pradziadek Panas Poleszczuk miał dziewięcioro dzieci: dwóch synów i siedem córek. Oprócz Włodzimierza byli to m.in.: Eugenia, Wiera, Jadwiga, Regina, Elżbieta, Maria i Aleksander.

Włodzimierz Poliszczuk z prawnuczką Janą w Wielkanoc. Kupiel, 2007 r.
«Wiem, że mama dziadka, czyli moja prababcia, zmarła, po czym pradziadek Panas ożenił się z jej siostrą Anną Gil» – mówi Oksana Wełyka. «W dowodzie osobistym dziadek był zapisany jako Włodzimierz, mimo że w akcie urodzenia widnieje imię Władysław. Z jakiegoś powodu po II wojnie światowej zapisano go jako Włodzimierza. Babcia zawsze nazywała go Władkiem. Również w tym okresie w dokumentach nazwisko Poleszczuk zmieniono na Poliszczuk, choć w akcie urodzenia dziadek zapisany jest jako Poleszczuk».
W latach II wojny światowej dziadek naszej rozmówczyni został zmobilizowany do armii sowieckiej, a jego siostry, brat i macocha trafili do niemieckich obozów. Po wojnie w rodzinne strony powrócili tylko bracia Włodzimierz i Aleksander. Ten ostatni mieszkał w Użhorodzie. Kobiety z rodziny rozjechały się po świecie: ktoś został w Niemczech, ktoś trafił do Anglii lub Ameryki, a ktoś osiedlił się w Polsce.
«Pamiętam, że wysyłali paczki, przyjeżdżali. Po raz pierwszy przyjechali w 1985 r. Miałam wtedy pięć lat. Chociaż byłam mała, pamiętam ich rozmowy. Najbardziej zapadło mi w pamięć, jak dziadek opowiadał, że kiedy wrócił z frontu, nie wiedział, kogo się bać: sowietów czy banderowców. A pewnego razu, kiedy wracał skądś do domu, ostrzeżono go: «Nie idź do domu, bo tam na ciebie czekają». Dziadek prawie całą dobę siedział na sośnie. Jak rozumiem, miał jakąś kryjówkę na drzewie. Babcia opowiadała, że kiedy dziadek wrócił z wojny, miał strasznie poranione nogi. Na przykład odłamek oderwał mu część uda na prawej nodze.
A z siostrą dziadka, Elżbietą, rozmawiałam nawet przez telefon. Pamiętam, że byłam wtedy w ciąży, a ona pytała, czego potrzebuję, co mi wysłać. I zaczęła płakać. Po niemieckich obozach nie mogła mieć dzieci i starała się, jak tylko mogła, coś mi przekazać. Bardzo nas wspierała» – zauważa Oksana.

Oksana Wełyka z najmłodszą córką Weroniką. Dąbrowica, marzec 2026 r. Fot. Olga Szerszeń
Dworeccy z Kupiela
Jej dziadkowie pobrali się po tym, jak Włodzimierz wrócił z frontu. Prawdopodobnie z powodu odniesionych ran powrócił jeszcze przed zakończeniem wojny. Początkowo mieszkali w chutorze niedaleko Kupiela, a potem przenieśli się na wieś. Wzięli ślub już mając dzieci.
Babcia Stanisława Dworecka (ur. 1924 r.) pochodziła z wielodzietnej rodziny z Kupiela. Miała siostry Antoninę, Zofię, Józefę oraz brata Stanisława.
«Wiem, że starsza siostra babci, Antonina, zmarła po tym, jak urodziła drugie dziecko. Mówiono, że w czasie jej pogrzebu dziecko próbowało wejść do trumny. Po wojnie Stanisława i Zofia pozostały tu, a Józefa i Stanisław wyjechali do Polski. Utrzymuję kontakt z dziećmi babci Józefy, które mieszkają niedaleko Wrocławia» – mówi nasza rozmówczyni.
Rodzice jej babci, prababcia Anna i pradziadek Franciszek, mieli niewielką posiadłość we wsi Kupiel. «Byli zamożnymi ludźmi, mieli ziemię, którą uprawiali. Według babci, podczas Wielkiego Głodu w latach 1932–1933, kiedy przybywali ludzie ze wschodu i prosili o jedzenie, pradziadek dawał każdemu miskę ziarna. Kiedy wkroczyli sowieci, rodzinie wszystko skonfiskowano, rozkułaczono ich. Wielu Polaków wywieziono wówczas do Kazachstanu. Rodziny babci, na szczęście, nie zesłano, choć do dziś nie wiem, dlaczego do tego nie doszło.
Oprócz mienia, sowieci zabrali rodzinie Dworeckich ikony, modlitewniki i inne dewocjonalia. «Powiedziano im: «Nie potrzebujecie tego». Potem zaczęła się wojna niemiecko-sowiecka. Pytałam babcię, dlaczego siostry dziadka trafiły do niemieckich obozów, a jej nie wywieziono? Dobrze pamiętam zdanie, które usłyszałam w odpowiedzi: «Bo piekłam Niemcom chleb».
W 1942 r. Niemcy spalili pobliskie Budki Wojtkiewickie (obecnie Budki Kamieńskie – aut.). Jak mówiono, mężczyzn rozstrzelano, a kobiety i dzieci spędzono do szkoły i tam podpalono. Babcia opowiadała, że podobny los czekał również mieszkańców Kupiela. Zostali już spędzeni do szkoły, ale miejscowy mieszkaniec Jowhij Łam porozmawiał z Niemcami i ludzi wypuszczono. Mój pradziadek, który miał własną pasiekę, nakrył stół i postawił na nim miód. Wtedy Niemiec kazał, żeby najpierw sam spróbował. Sprawdzał, czy nie jest zatruty. W latach 90. tę historię opowiadał nam sam Jowhij Łam. Wtedy jeszcze żył, mieszkał w Kupielu.
W rodzinie opowiadano też o przypadkach mordów we wsi i okolicach w latach II wojny światowej. Babcia mówiła, że też została postawiona pod ścianę przez banderowców. Nie mogłam zrozumieć, jak to jest – postawili przy ścianie i zabrali wszystko z domu? Kiedy w dzieciństwie starsi krewni o tym mówili, nie mogłam pojąć, o co chodzi. Dopiero gdy dorosłam, dowiedziałam się o tej tragicznej karcie naszej historii» – opowiada Oksana Wełyka.

Rodzina z dziadkiem Włodzimierzem Poliszczukiem. Kupiel, 1999 r.
«Zawsze piekliśmy babki wielkanocne – zarówno na katolicką Wielkanoc, jak i na prawosławną»
Nasza rozmówczyni urodziła się w 1980 r. «Moja mama miała na imię Zoja (ur. w 1959 r.), taty nigdy nie poznałam. Jako dziecko zostałam zapisana na dziadka. Wychowywali mnie dziadkowie. To właśnie oni zaszczepili we mnie wiarę katolicką i polskie tradycje. Pierwszym językiem, w którym nauczyłam się czytać i pisać, był polski. Zarówno dziadek, jak i babcia ukończyli cztery klasy polskiej szkoły. Dziadek umiał pisać także po ukraińsku, pewnie nauczył się tego w wojsku, a babcia – nie. Kiedy poszłam do szkoły, to gdy babcia odbierała emeryturę na poczcie, podpisywałam się zamiast niej» – wspomina Oksana Wełyka.
Została ochrzczona przez księdza prawosławnego, gdyż w tamtym czasie nie udało się znaleźć w pobliżu katolickiego. Mieszkając w jednej wsi z Ukraińcami, rodzina Włodzimierza i Stanisławy Poliszczuków zaczęła obchodzić święta zarówno według kalendarza katolickiego, jak i prawosławnego.
«Miałam dwa Boże Narodzenia i dwie Wielkanoce. Pod choinką czekały na mnie prezenty bożonarodzeniowe, czego nie mieli moi rówieśnicy prawosławni. Zazwyczaj były to jakieś smakołyki z Polski, które przysyłali krewni lub przywoził dziadek, jeśli przed świętami odwiedzał siostry. Najbardziej wzruszający moment był wtedy, jak babcia przed Bożym Narodzeniem czekała na list od krewnych z Polski z włożonym do koperty opłatkiem. Pamiętam tę radość i łzy w oczach. Co ciekawe, na Boże Narodzenie zawsze w domu gotowano kutię i zawsze był opłatek. Ale opłatek był ważniejszy – zarówno dla dziadka, jak i dla babci.
I kolędy. Nie znałam ukraińskich kolęd, dopóki nie wyszłam za mąż i nie zaczęłam uczyć swoich dzieci. One zawsze śpiewały niezwykłe kolędy, inne niż u wszystkich, bo tłumaczyłam je z polskiego. Zachowywałam melodie, a teksty tłumaczyłam» – opowiada Oksana Wełyka.
Na Wielkanoc w jej rodzinie na stole obowiązkowo kładziono biały obrus i podawano tradycyjne polskie potrawy.
«Przed Wielkanocą dziadek i babcia starali się pojechać do Baranowicz (miasto na zachodzie Białorusi – aut.). Tam działał kościół, więc jechali tam, aby w nocy poświęcić babki wielkanocne. Zawsze je piekli – zarówno na katolicką Wielkanoc, jak i na prawosławną.
Pewnego razu dziadek opowiadał, że chyba na początku lat 80., kiedy upiekli babki wielkanocne, do ich domu wpadli kagebiści. Zapytali dziadka: «Co, wierzysz w Boga?». A dziadek miał małą Biblię, którą przez całą wojnę nosił przy sobie w kieszeni gimnastiorki. Wyjął ją, położył wszystkie swoje medale na stole. I mówi: «A jak myślisz: wierzę w Boga czy nie wierzę, skoro przeszedłem przez takie piekło?».

Stanisława (z domu Dworecka, po lewej) i Włodzimierz (po prawej) Poliszczukowie wydają za mąż córkę Annę. Kupiel, 1974 r.
Parafianie kościoła Świętego Jana Chrzciciela w Dąbrowicy
Kościół zawsze zajmował szczególne miejsce w życiu naszej rozmówczyni. Zanim została parafianką katolickiej świątyni w Dąbrowicy, uczęszczała na msze odprawiane przez księży w kaplicach w Rokitnie i Kupielu.
«Na początku księża przyjeżdżali do nas potajemnie, np. z okolic Żytomierza. Był to m.in. ks. Ambroży (prawdopodobnie ks. Ambroży Mickiewicz – aut.). Jeździł po wsiach, chodził po domach. Pamiętam, jak po raz pierwszy przyjechał do Kupiela. Był to rok 1991. Wtedy jeszcze wyłączano prąd. A kiedy do nas dotarł, dziadek z babcią właśnie przy świecach obierali kukurydzę. Babcia wtedy po raz pierwszy od dawna się wyspowiadała. Przyjeżdżał też ks. Cezary (prawdopodobnie ks. Cezary Czerwiński – aut.).
To właśnie oni zaczęli wszystko odbudowywać. Przyjeżdżali po cichu, odprawiali msze w domach. Na przykład w Rokitnie msze odbywały się w domu pani Tyc przy ulicy Parkowej. Następnie dzięki ich staraniom katolikom z Rokitna udostępniono pomieszczenie, które służyło jako kaplica. Kaplica w Rokitnie, choć już w innym miejscu, działa do dziś, podobnie jak kaplica w Kupielu, którą urządzono w zwykłej chacie. Przez długi czas lokalnymi parafiami opiekowali się ojcowie pallotyni» – zauważa Oksana Wełyka.

Córki Oksany i Witalija Wełykich, Jana i Inna, w kaplicy we wsi Kupiel z ks. Włodzimierzem Osicą. Wielkanoc 2006 r.
Kościół Świętego Jana Chrzciciela w Dąbrowicy, którego parafianką jest dziś pani Oksana, został zwrócony katolikom w 1992 r. Sowieci zamknęli go po II wojnie światowej. Jak zaznacza nasza rozmówczyni, przechowywano tu sól i produkty spożywcze, na przykład stały tam beczki ze śledziami.




Kościół Świętego Jana Chrzciciela. Dąbrowica, 2026 r. Fot. Olga Szerszeń

Uroczystość Wszystkich Świętych w kościele. Dąbrowica, 2018 r.
Natomiast murowanego kościoła w Rokitnie katolicy nigdy nie odzyskali. Obecnie w gmachu kościoła działa dom kultury. Katolikom przekazano natomiast działkę pod budowę nowego kościoła, ale później się okazało, że jednocześnie przyznano ją jeszcze komuś, więc kościoła tutaj nigdy nie wzniesiono. Dopiero w 1995 r. w Rokitnie poświęcono kaplicę, którą urządzono w drewnianym domku przekazanym katolikom.
Dzięki organizacji charytatywnej «Caritas-Spes» Kościoła Katolickiego Oksana Wełyka w 1996 r. wzięła udział w polsko-ukraińskiej wymianie młodzieży. Przez trzy tygodnie mieszkała w polskiej rodzinie w Solcu Kujawskim w województwie kujawsko-pomorskim.
«Dziadkowie nauczyli mnie czytać i pisać po polsku, ale na co dzień rozmawialiśmy po ukraińsku. Po polsku dziadek i babcia rozmawiali tylko wówczas, gdy przyjeżdżali krewni z Polski. Ja zaczęłam mówić po polsku właśnie podczas wymiany młodzieży, kiedy mieszkałam w polskiej rodzinie» – mówi Oksana.
Wspomina również, jak poznała swojego męża Witalija (ur. 1978 r.), z którym obecnie ma pięcioro dzieci i dwoje wnucząt: «W październiku 1998 r. jechałyśmy z dziewczynami do Żytomierza na koncert. Miałyśmy wystąpić reprezentując parafię z Rokitna. Witalij jechał wówczas z chłopakami na zbiór buraków. Podróżowaliśmy tym samym pociągiem z Sarn do Zdołbunowa. Chłopaki zażartowali, że Witalij się sprzedaje, a ja odpowiedziałam, że go kupuję. Za pięć hrywien kupiłam sobie męża.
Dotarliśmy do Zdołbunowa. My miałyśmy jechać dalej do Korostenia, a oni – do Młynowa. Siedzieliśmy razem na dworcu, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. W górnej kieszeni kurtki miałam paszport, Witalij go wyciągnął. Nawet nie zauważyłam, jak i kiedy zapisał mój adres. A kiedy wróciłam do domu, czekał już na mnie list: «Cześć, Oksano. Nie mogę jeść. Nie mogę spać. Wszyscy mówią, że schudłem. Chyba się w tobie zakochałem». Pamiętam, że mój dziadek bardzo się śmiał, kiedy czytałam mu ten list».

Oksana i Witalij Wełycy. 1999 r.

Oksana i Witalij Wełycy z dwiema starszymi córkami, Janą i Inną. Lata 2004–2005.
W przeddzień Wielkanocy 1999 r. Oksana i Witalij pobrali się, a wkrótce potem wzięli ślub kościelny w kaplicy w Rokitnie. Następnie przeprowadzili się do wsi Sielec. «Od tej pory przynależymy do parafii katolickiej w Dąbrowicy. Jesteśmy jedyną rodziną katolicką w całej naszej wsi. Większość mieszkańców Sielca to protestanci. W tym roku mija 27 lat, odkąd wzięliśmy ślub. Mieszkamy w Sielcu i jesteśmy parafianami kościoła Świętego Jana Chrzciciela w Dąbrowicy» – zaznacza pani Oksana.

Oksana Wełyka ze swoimi dziećmi

Oksana i Witalij Wełycy z dziećmi w 25. rocznicę ślubu. Kościół w Dąbrowicy, kwiecień 2024 r.

Oksana i Witalij Wełycy w 25. rocznicę ślubu. Dąbrowica, 2024 r.
***
Tekst powstał w ramach projektu «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» realizowanego przez redakcję gazety «Monitor Wołyński».
Olga Szerszeń
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Oksany Wełykiej
Na głównym zdjęciu: Pierwsza komunia Władysława, syna Oksany i Witalija Wełykich. Dąbrowica, 2024 r.