«Nasza rodzina była duża i zżyta. Ci krewni, którzy z różnych powodów nie wyjechali do Polski, nie żałowali, że tu zostali. A ci, którzy zmuszeni byli do opuszczenia ojczystej ziemi, nigdy nie zapomnieli, skąd pochodzą» – mówi Halina Pidodwirna, z domu Strzemecka.
Urodziła się i mieszka w malowniczym Husiatynie, który obecnie administracyjnie wchodzi w skład hromady o tej samej nazwie położonej w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Jest parafianką miejscowego kościoła Świętego Antoniego oraz jedną z założycielek Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego.
Spotkaliśmy się z panią Haliną w siedzibie Stowarzyszenia, aby usłyszeć jej rodzinne historie.
Oddajemy głos naszej rozmówczyni.
Prawie wszyscy wyjechali
Nasza rodzina mieszkała tu, w Husiatynie i okolicach, od czasów I Rzeczypospolitej. Wszyscy pytają: skąd tu się wzięli Polacy? Odpowiadam, że nie wzięliśmy się znikąd, zawsze tu mieszkaliśmy, a wcześniej nas, Polaków, było tu znacznie więcej.
Znam imiona i nazwiska moich pradziadków i prababć ze strony ojca. Są to Wawro (1881–1947) i Franciszka (1884–1947, z domu Korolik) Małkiewiczowie oraz Tomasz (1852–1924) i Katarzyna Strzemeccy. Obie rodziny miały po siedmioro dzieci. W rodzinie Małkiewiczów byli to: Apolonia (1906–1977, moja babcia), Helena, Józefa (moja matka chrzestna), Zofia, Kazimierz, Jan i Stanisław. W rodzinie Strzemeckich: Kazimierz (1907–1979, mój dziadek), Wojciech, Roman, Maria, Helena, Antonina i Anna.
Kiedy babcia Apolonia skończyła pięć lat, pradziadek Wawro Małkiewicz wraz z bratem Janem wyruszył do Ameryki w poszukiwaniu pracy. Miał wtedy 31 lat. Jak opowiedział mi wnuk Heleny, Wiktor Lehkyj, pradziadek wyruszył statkiem, który jako jeden z pierwszych dotarł na miejsce katastrofy liniowca «Titanic» w 1912 r. To znaczy, że pradziadek Wawro był świadkiem akcji ratunkowej.
W Ameryce pracował przez kilka lat. Nie wiem, czy dużo zarobił, ale babcia Apolonia żartowała, że choć nie była najpiękniejsza, to nie brakowało jej kawalerów, bo miała w posagu dużo ziemi.
Wiem, że prababcia Katarzyna zmarła około 1970 r. w Bogatyni, dokąd wyjechała wraz z dziećmi.
W Husiatynie z rodziny Strzemeckich pozostali tylko mój dziadek Kazimierz i jego siostra Maria. Z kolei z rodziny Małkiewiczów do Polski nie wyjechały jedynie moja babcia Apolonia i jej siostra Helena. Małkiewiczowie osiedlili się w Obornikach Śląskich.
Dziadek Kazimierz i babcia Apolonia Strzemeccy mieli czworo dzieci: Bolesława (1930–2005, mój tata), Halinę, Józefa i Jana.
Tata opowiadał, że kiedy był nastolatkiem, rodzina miała wyjechać do Polski. Spakowali się, załadowali nawet walizki na furę – już za chwilę mieli wyruszyć. Okazało się jednak, że młodsza siostra babci Apolonii, Helena, wdowa z malutką córką Stanisławą na rękach, zachorowała tak bardzo, że nie mogła wyjechać. Jej mąż Jan służył w jednostce przygranicznej i zaginął bez śladu na wojnie. Wtedy mój dziadek Kazimierz zaniósł wszystkie walizy z powrotem do domu i oświadczył: nigdzie nie jedziemy, zostajemy. W Husiatynie z różnych powodów pozostało wówczas jeszcze kilka polskich rodzin. Większość jednak wyjechała.
Mój dziadek Kazimierz i babcia Apolonia mieli 29 arów ziemi rolnej oraz konie, krowę, pług, brony, sieczkarnię i wóz. Dziadek kochał konie. Pamiętam, że jeden koń wabił się Gniady, a drugi – Łysy. Były mądre, znały drogę do domu, więc dziadek mógł nawet zdrzemnąć się na wozie.
Dziadek pracował w spółdzielni spożywczej, rozwoził furmanką do sklepów chleb, lemoniadę i kiełbasę. Babcia Apolonia wraz ze swoją siostrą Heleną zajmowały się dziećmi i gospodarstwem. Helena pracowała także jako sanitariuszka w szpitalu. Od czasu do czasu siostry jeździły do Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk) i Proskurowa (obecnie Chmielnicki), gdzie sprzedawały masło, ser i jajka kurze, a za zarobione pieniądze kupowały dzieciom ubrania oraz tkaninę stapel na letnie sukienki dla dziewcząt.

Bolesław (pierwszy od lewej) i Maria (czwarta od prawej) Strzemeccy. Oborniki Śląskie, 1967 r.

Stoją od lewej: Bolesław Strzemecki, jego kuzyn Zbyszek, brat Józef Strzemecki. Siedzą: siostry Helena i Apolonia, siostra dziadka Kazimierza – Maria, matka chrzestna Józefa. Na dole: pierwsza od lewej – Stanisława (córka Heleny), następnie ciocia Halina, stryjek Jan
Na nagrobkach wyryto «z Husiatyna»
Kiedy nieco opuszczono żelazną kurtynę, moi bliscy zaczęli jeździć do swoich krewnych w Polsce: do Obornik Śląskich, gdzie zamieszkali Małkiewiczowie oraz do Bogatyni, gdzie trafili Strzemeccy. W 1965 r. mój dziadek Kazimierz po raz pierwszy po wielu latach zobaczył swoją mamę Katarzynę, siostry Annę i Antoninę oraz brata Wojciecha. Należy zaznaczyć, że choć poziom życia u nich był nieco lepszy niż u nas, również musieli ciężko pracować. Ponadto tęsknili za ziemią, na której się urodzili.
Jeśli będą Państwo mieli okazję do odwiedzenia cmentarzy w Obornikach Śląskich lub Bogatyni, to na niektórych nagrobkach zauważą niezwykłe napisy. Oprócz imienia i nazwiska, daty urodzenia i śmierci, w rogu wyryto «z Husiatyna». Ci, którzy odeszli do wieczności, pragnęli, aby ci, którzy pozostali, pamiętali o ziemi, którą ich przodkowie musieli opuścić. Czyli ci, którzy wyjechali z Husiatyna, zawsze pamiętali, skąd pochodzą.
Pamiętam, jak u nas, w Husiatynie, gościli kuzyni mojego taty, którzy byli nastolatkami, kiedy wyjechali do Polski. Starali się odwiedzić te miejsca, gdzie stały domy, w których się urodzili, miejsca, gdzie bawili się z rówieśnikami i pokazać je swoim dzieciom.
Chciałabym opowiedzieć jeszcze o siostrze dziadka, Helenie Strzemeckiej. Była bardzo młoda, gdy podczas
II wojny światowej trafiła na przymusowe roboty do Niemiec. Po wojnie chciała wrócić do Husiatyna, ale została zesłana przez reżim sowiecki do Republiki Komi, do miasta Peczora. Była zmuszona mieszkać w ziemiance i ciężko pracować. Później wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci. Nigdy nie przeniosła się na stałe ani do Ukrainy, ani do Polski, jednak przyjeżdżała do Husiatyna, odwiedzała tu brata Kazimierza i siostrę Marię. Jej dzieci spędzały tu wakacje. Ostatni raz jej córka Zofia, czyli kuzynka mojego taty, odwiedziła nas w 2013 r.
Los rozrzucił niegdyś liczną rodzinę po całym świecie. Na przykład Danuta, córka Antoniny, siostry mojego dziadka, mieszka z rodziną we Francji, a syn Anny, Januszek, mieszka w Niemczech.

Wojciech, brat dziadka Kazimierza, z żoną Wandą (czwarty i piąta od lewej). Pierwsza od lewej – Halina, pierwszy po prawej – jej mąż Roman. Bogatynia

Ślub stryjka Jana i Krystyny. Obok panny młodej – babcia Apolonia i dziadek Kazimierz. Po lewej stoją Zofia (córka Heleny z Republiki Komi), Bolesław (w czapce), babcia Helena, Maria z synem Anatolem na rękach, obok niej – Helena z Komi. U góry pośrodku stoją Hryhorij i Maria Bodrynowie. W tle dom, w którym mieszkała babcia Helena. Wśród dzieci – Halina Pidodwirna siedzi czwarta od lewej. Ok. 1958–1959.
Wiosną przylatują bociany
Chciałabym opowiedzieć także o losach Zofii (1924–1944), siostry mojej babci Apolonii. W wieku 20 lat zakochała się w dowódcy rosyjskiego garnizonu. W czasie II wojny światowej garnizon ten przez pewien czas stacjonował w Husiatynie. Spotykali się potajemnie. Kiedy garnizon został przeniesiony, dowódca podarował Zofii swój zegarek i obiecał, że wróci po nią, aby się z nią ożenić. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, i powiedziała o tym rodzicom, prababcia Frania i pradziadek Wawro nakłonili ją do aborcji. Przerwanie ciąży kosztowało Zofię życie. Dwa lub trzy tygodnie po tej tragedii do drzwi zapukał dowódca, który przyjechał po swoją ukochaną…
Rok po śmierci Zofii, w 1945 r., w tajemniczych okolicznościach zamordowano jej brata Kazimierza (jego żona wraz z synem Edwardem wyjechała później do Polski), a w 1946 r. zaginął bez śladu brat Stanisław. Mniej więcej w tym samym okresie znaleziono martwych brata prababci Frani wraz z żoną – małżeństwo Korolików. Zostali zamordowani, gdy wracali z targu, a ciała wrzucono do studni. W domu, we wsi Kolędziany (obecnie centrum hromady w rejonie czortkowskim – aut.), na rodziców czekało dwóch synów. Te dzieci przez kilka dni były same w domu i omal nie umarły z głodu.
Z pewnością wszystkie te tragedie podkopały zdrowie tej pary: oboje zmarli w 1947 r., najpierw prababcia Frania, a pół roku później – pradziadek Wawro.
W tym czasie w ich posiadłości pozostały dwie siostry wraz z rodzinami: Apolonia (moja babcia) i Helena. Obecnie mieszka tam młodszy wnuk Heleny, Ołeksandr Lehkyj. Wybudował nowy dom, a stary rozebrał. W miejscu, gdzie stał stary, postawił słup z gniazdem dla bocianów. Co wiosnę przylatują z daleka. Co wiosnę z niecierpliwością czekamy na ich powrót, a potem obserwujemy ich potomstwo. Widzę je z okna mojego mieszkania. Uważam, że te Boże ptaki są swoistym symbolem pamięci o moich przodkach, którzy mieszkali na tym podwórku. Tam urodzili się mój ojciec Bolesław, stryjek Józef i stryjek Jan, ciocia Halina, po której mam imię oraz kuzynka mojego taty – Stanisława.

Najwyższy na zdjęciu – Władysław, syn matki chrzestnej Józefy. Siedzą: babcia Apolonia, dziadek Kazimierz, który trzyma wnuczkę Halinę Pidodwirną, babcia Helena. Stoi pierwsza po prawej Maria Strzemecka. 1956 r.
Syn powinien mieć imię po dziadku
Niestety praktycznie nic nie wiem o moich pradziadkach ze strony matki, a nie ma już nikogo, kogo mogłabym o to zapytać… Dziadek Piotr Mechlowski (1910–1970) i babcia Karolina Błażej (1910–1988) mieszkali niedaleko Husiatyna, w sąsiedniej wsi Suchodół. Mieli pięcioro dzieci: Franciszka, Marię (1930–2014, moja mama), Darię, Pawła i Stefanię. Wiem, że babcia Karolina miała tylko jedną siostrę, Marysię, która wyjechała do Gdańska, a dziadek Piotr miał trzech braci.

Babcia Haliny Pidodwirnej – Karolina Mechlowska, z domu Błażej
W rodzinie Mechlowskich była tradycja: synu nadawano imię po dziadku. Na przykład, jeśli mój dziadek Piotr był synem Pawła, to syn dziadka będzie Pawłem, a wnuk – Piotrem. Tak jest do dziś.
Babcia Karolina ciężko pracowała w kołchozie. Uczyła mnie pracy na polu tytoniowym, pokazywała, jak nawlekać tytoń na sznurek do suszenia, a także potajemnie uczyła mnie modlitw. Mama opowiadała: kiedy kościół był jeszcze otwarty, babcia Karolina zabierała ją do Husiatyna na odpust Świętego Antoniego. Podkreślała, że było to ważne wydarzenie. Wówczas tydzień przed odpustem do Husiatyna zaczynali przybywać ludzie, którzy wierzyli, że Święty Antoni ich pobłogosławi i uzdrowi.
Trochę bałam się dziadka Piotra: nigdy nie widziałam go uśmiechniętego, zawsze był zapracowany, poważny. Czułam, że cieszył się z każdej mojej wizyty, choć nie pozwalał mi brać książek z jego domowej biblioteki. Był człowiekiem wykształconym, pracowitym, uczciwym. Pracował jako przewodniczący kołchozu, a potem jako przewodniczący komisji rewizyjnej w radzie wiejskiej.
Bardzo kochałam siostry i braci mojej mamy. O każdym z nich mam ciepłe wspomnienia. Pamiętam wieczory w rodzinie wujka Franciszka. Jego córki, Wira i Maria, to moje najlepsze przyjaciółki. Wujek Paweł przy każdej okazji, gdy bywał w Husiatynie, odwiedzał nasz dom. Pamiętam także, jak w Wigilię wraz z ciocią Stefanią zapalałyśmy znicze na cmentarzu. Był mróz, zaspy, a żeby znicze nie zgasły, musiałyśmy wykopać w śniegu wnękę.
Kuzyni razem poszli na dancing, gdzie poznali swoje przyszłe żony
Mój tata Bolesław był najstarszy w rodzinie i już w wieku 16 lat pracował jako traktorzysta w stacji maszynowo-traktorowej. Orał pola w okolicy. Razem z nim pracował jego kuzyn Zbyszek, syn Marii. Pewnego razu wykonywali prace w Suchodole. Tam poszli na dancing, gdzie poznali swoje przyszłe żony. Moja mama miała wspaniały głos. Wtedy na wsi jeszcze wystawiano sztuki teatralne.
Rodzice pobrali się w lutym 1952 r., a w listopadzie tego samego roku urodziłam się ja. Mój brat Anatol urodził się w 1958 r.

Bolesław i Maria Strzemeccy. 1952 r.

Maria Strzemecka z córką Haliną. Połowa lat 50.

Maria Strzemecka

Bolesław Strzemecki
Mama pracowała w piekarni. Często przychodziłam do niej do pracy i patrzyłam, jak piecze się chleb i bułki. A tata, po pracy w stacji maszynowo-traktorowej, przez wiele lat pracował w spółdzielni spożywczej: rozwoził towary do sklepów, odbierał puste opakowania, wywoził nieczystości na traktorze. Nawet po przejściu na emeryturę pracował jeszcze przez sześć lat.
Nasza rodzina trzymała się dzięki przyjaźni i miłości. Każdy znał potrzeby innych. Nikt sam nie uprawiał pola. Mój tata mówił: dzisiaj kopiemy ziemniaki u stryjka Zbyszka, a jutro wszyscy do mnie. Mama z tej okazji nadziewała kaczkę. Stryjek Jan zawsze pomagał przy uboju świń i rozbiorze tusz.
Kobiety w rodzinie organizowały wspólne prace. Mieszkaliśmy nad Zbruczem, co dawało nam możliwość hodowli kaczek. Mama składała pióra do worków, a potem oddzielała od nich puch, by wypełnić nim kołdry i poduszki. Wieczorem zbierało się nawet 10 kobiet. Każda przynosiła z domu sito. Były to niezapomniane zimowe wieczory: panował gwar śmiechu, opowieści i piosenek.

Trzecia od lewej – Apolonia, czwarty – stryjek Józef, piąta – babcia Helena, szósty – dziadek Kazimierz. Po prawej – brat Anatol, Halina i jej córka Lilia. Pośrodku – Walery, kuzyn Józefa. Boże Narodzenie, 25 grudnia 1976 r.
Dbam o to, by moi bliscy znali swoje korzenie
Ukończyłam miejscową szkołę. W mojej klasie było nas czworo: ja, Tadeusz Artym, Halina Ryszowska i Lubomyr Czuprij. Wiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami. Razem z nami uczył się jeszcze jeden Żyd. Pozostali byli Ukraińcami.
Pamiętam, że kiedy chodziłam do szkoły, język polski słyszałam głównie w Wigilię, kiedy zbierała się cała rodzina, by spędzić wspólnie czas, i śpiewała polskie kolędy. Słuchałam tego bardzo uważnie. W moim domu zawsze pielęgnowano tradycje.
Chociaż miałam skłonność do nauk humanistycznych i marzyłam, by zostać filologiem, tak się złożyło, że ukończyłam szkołę ekonomiczną w Tarnopolu i zostałam księgową. Posłuchałam taty i nie żałowałam. Z czasem polubiłam księgowość i przez całe życie pracuję w tym zawodzie.
Po raz pierwszy rodzice pojechali do Polski w 1967 r. Ja również często jeździłam do krewnych. Pierwszy raz odwiedziłam ich w 1969 r. wraz z mamą i ciocią Haliną. Najpierw pojechałyśmy do Obornik Śląskich, a potem do Bogatyni. Jeździłam tam również z mężem. Potem długo tam nie byłam. Przez 35 lat nie jeździłam do Polski, aż w końcu zeszłego lata odwiedziłam Wrocław.

Halina Pidodwirna (po lewej). Wrocław, 2025 r.

70. urodziny Haliny Pidodwirnej
Mój mąż, Roman Pidodwirny (1952–2006), pochodził ze wsi Kluwińce (obecnie Hromada Chorostków w rejonie czortkowskim – aut.). Poznaliśmy się dość romantycznie. Był początek maja 1970 r. Jechałam autobusem z Tarnopola do domu. Ze względu na święta majowe nie było dużo ludzi. I oto w Grzymałowie (dziś centrum hromady w rejonie czortkowskim – aut.) do autobusu wsiadł chłopak: wysoki, z pięknymi włosami i niebieskimi oczami. Usiadł trochę z dala ode mnie. Gdy tylko autobus podjeżdżał do przystanku, rozglądał się. Potem wyznał mi, że sprawdzał, czy nie wysiadam. Jechał do Husiatyna po wezwanie do wojska. Tam znajdował się komisariat wojskowy, a on właśnie miał odbyć zasadniczą służbę w armii. I oto niedaleko Husiatyna odważył się usiąść obok mnie. Dowiedział się, jak się nazywam i gdzie mieszkam w Tarnopolu, po czym wysiadł, a ja pojechałam dalej. Potem znalazł mnie w Tarnopolu.
Wychowaliśmy dwie córki: Lilię (ur. 1974 r., bibliotekarka) i Natalię (ur. 1985 r., główna specjalistka w Funduszu Emerytalnym). Mamy dwie wnuczki: Karolinę (ur. w 1996 r., nauczycielka sztuk plastycznych) i Apolonię (ur. w 2008 r., studentka). Moje wnuczki mają imiona po swoich praprababciach. Wiedzą o tym i wiedzą również, gdzie są pochowane ich praprababcie. Dbam o to, by moi bliscy znali swoje korzenie.
Pamiętam, że w drodze do szkoły i z powrotem przechodziłam obok domu babci Apolonii. Często do niej wpadałam, a ona dużo mi opowiadała i częstowała czymś pysznym. W jej domu zawsze smacznie pachniało. Jej popisowe flaczki były wyśmienite. Niestety, wiele przepisów babci zaginęło, na przykład przepis na konfiturę z zielonych pomidorów.
Babcia Apolonia była bardzo życzliwa i mądra. To właśnie ona opowiedziała mi wiele historii o naszej rodzinie. Dopóki żyjemy, nigdy nie powinniśmy o tym zapominać. Teraz mam wiele pytań, ale nie mam komu ich zadać. Nikt już nie udzieli na nie odpowiedzi. Dlatego trzeba pytać, dopóki żyją nasi rodzice, babcie i dziadkowie.

Halina Pidodwirna z córkami Lilią i Natalią oraz wnuczkami Karoliną i Apolonią

Stoją od lewej: Maria Strzemecka, jej prawnuczka Karolina, wnuczka Natalia z prawnuczką Apolonią na rękach oraz wnuczka Lilia. Pierwsza od lewej siedzi córka Marii, Halina Pidodwirna. Boże Narodzenie
Po raz pierwszy zobaczyłam, jak tata płacze
Nasza rodzina włożyła wiele wysiłku, aby w Husiatynie otwarto kościół Świętego Antoniego dla miejscowej wspólnoty. W szczególności mój tata aktywnie uczestniczył w jego odzyskaniu. Kościół był zagracony, było tam tyle śmieci… Długo gromadziliśmy dokumenty. Trudne było odzyskiwanie kościoła, a potem jego odnawianie. W końcu jednak – po latach zaniedbania – udało się otworzyć kościół Świętego Antoniego.

СStoją u góry od lewej: Ludwik Tatuś, Kazimierz Żabiński, Eustachy Małkiewicz, Kazimierz Korolik. Stoją na dole od lewej: Kazimierz Krzynowy, Michał Badiukiewicz, Bolesław Strzemecki. Nastolatek na zdjęciu – Walery Bodryn. Podczas renowacji kościoła w Husiatynie, 1990 r.

Kazimierz Żabiński, Eustachy Małkiewicz, Kazimierz Korolik, Kazimierz Krzynowy, Bolesław Strzemecki i Walery Bodryn. Podczas renowacji kościoła w Husiatynie, 1990 r.
Jest to kościół drogi mojemu sercu. Tam został ochrzczony mój tata, tam przyjął również Pierwszą Komunię Świętą. W tej świątyni babcia Apolonia i dziadek Kazimierz wzięli ślub…

Bolesław Strzemecki podczas Pierwszej Komunii Świętej. Husiatyn, 1938 r.
Pamiętam, jak 21 listopada 1990 r. otwierano kościół. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, że mój tata płacze. Był bardzo szczęśliwy. Zarówno parafianie, jak i wszyscy inni mieszkańcy Husiatyna przybyli na otwarcie. Ludzie nawet całowali podłogę kościoła.
Kiedy kościół został przekazany wiernym, moja córka Lilia jako pierwsza w Husiatynie wzięła ślub w odnowionej świątyni. My z mężem również wzięliśmy ślub kościelny, podobnie jak wiele innych par.

Halina i Roman Pidodwirni biorą ślub w kościele w Husiatynie
Od tamtego czasu minęło już prawie 36 lat. Obecnie kościół prezentuje się tak, jak chcieliby go widzieć moi dziadkowie i babcie, mój tata. Staje się ozdobą Husiatyna. Nasza parafia się rozrosła. Obecnie do kościoła chodzi wielu młodych ludzi. Ktoś przychodzi do świątyni i po raz pierwszy staje na drogę do Boga, ktoś przychodzi, aby umocnić się w wierze, a ktoś – aby po prostu odpocząć. Mamy bardzo piękny chór, organy brzmią majestatycznie. To sprawia, że msze święte nabierają wyjątkowego charakteru. Czasami chór śpiewa tak, że nie da się powstrzymać łez, a dusza odczuwa wtedy ulgę. Teraz żyję kościołem.

Halina Pidodwirna (pierwsza po lewej). Husiatyn, Wielkanoc, 2022 r.
PS. Chciałabym zakończyć swoją opowieść słowami życiowej mądrości. Żyjcie w ruchu i czyńcie dobro. Cieszcie się każdą chwilą swojego życia. Nie szukajcie idealnych ludzi, bo tacy nie istnieją. Przede wszystkim szukajcie osoby, która zna swoją wartość i ceni was. I pielęgnujcie cztery rodzaje miłości: do Boga, do życia, do rodziny i do domu. Do Boga, ponieważ jest On samym życiem. Do życia, gdyż jest krótkie. Do rodziny, ponieważ jest wyjątkowa. I do przyjaciół, ponieważ są jak rodzina. Życzę wam wszystkim powodzenia.

Halina Pidodwirna. Husiatyn, 2026 r.
***
Tekst powstał w ramach projektu «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» realizowanego przez redakcję gazety «Monitor Wołyński».
Rozmawiała Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Haliny Pidodwirnej
Na głównym zdjęciu: Dziadkowie Karolina i Piotr Mechlowscy, ciocia Daria oraz Halina Pidodwirna. Bryczka przewodniczącego kołchozu z woźnicą. 1956 r.