Rodzinne historie: Każda niedziela była wyjątkowa
Artykuły

Mirosława Butyńska z Krzemieńca jest członkinią miejscowego Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej imienia Juliusza Słowackiego i jedną ze współzałożycielek Stowarzyszenia Kultury Polskiej imienia Ewy Felińskiej na Wołyniu. Od początku lat 90. prowadziła wycieczki dla polskich turystów, najpierw w Łucku i okolicach, a później także w Krzemieńcu.

Mama marzyła o zostaniu nauczycielką

«Dziadek ze strony matki, Dominik Stankiewicz, urodził się w 1897 r., a babcia Antonina, z domu Winicka, – w 1899 r. Pochodzili z polskich rodzin z okolic Krzemieńca. Po ślubie dziadkowie osiedlili się w Dąbrowie (dziś rejon krzemieniecki w obwodzie tarnopolskim – aut.). Uprawiali rolę, mieli około 6 dziesięcin ziemi, krowy i świnie. Czasami chodzili do pracy u bogatszych sąsiadów.

Rodzina miała sześcioro dzieci: Jadwigę, Kazimierza, Jana, Stanisława, Józefę i Feliksę. Najstarsza była moja mama Jadwiga, która urodziła się w 1919 r. Ukończyła tylko trzy klasy polskiej szkoły w sąsiednich Czugalach (obecnie rejon krzemieniecki – aut.). Mama bardzo chciała się uczyć i nawet marzyła o zostaniu nauczycielką, ale dziadek zabrał ją ze szkoły, ponieważ babcia zasłabła i trzeba było pomagać w gospodarstwie domowym oraz opiekować się młodszym rodzeństwem. Zapłacił za to nawet grzywnę, ponieważ państwo wymagało, aby dzieci uczęszczały do szkoły i zdobywały wykształcenie.

W 1938 r. dziadkowie zbudowali nowy dom w Dąbrowie. Była to raczej chutor, w którym mieszkało sześć rodzin ukraińskich i trzy polskie. Pamiętam tylko rodzinę Chmilewskich. Spokojne i ciche życie dobiegło końca wraz z początkiem wojny» – mówi pani Mirosława.

Po lewej Polina Chmilewska, Feliksа i Jadwiga Stankiewicz, 1938 r.

Pomógł sąsiad Ukrainiec

«W maju 1943 r. pewnego dnia rano przyszedł do naszej rodziny sąsiad – Ukrainiec Anton, u którego dziadkowie nawet dorabiali w okresie międzywojennym, ponieważ był zamożnym gospodarzem, miał m.in. 100 pni pasieki. Powiedział im: «Uciekajcie. Zabierajcie się do Krzemieńca, bo nocą będą «goście». Anton polecił dziadkowi, aby przygotował wóz, przywiązał do niego krowę, wziął świnię i pod pozorem wyjazdu na bazar w Krzemieńcu opuścił Dąbrowę. Babci kazał powiedzieć o tym sąsiadom, żeby wszyscy myśleli, że oni naprawdę jadą kupić coś do nowego domu. Dziadkowie zabrali ze sobą do Krzemieńca najmłodszego Jana, a starszym dzieciom kazali iść inną drogą. Dzieci ostrzegły też przed niebezpieczeństwem inne polskie rodziny. Moja mama Jadwiga i jej brat Kazimierz zostali nocować u sąsiadów w chlewie.

Dziadek Dominik Stankiewicz

Mirosława Butyńska (w środku) z matką Jadwigą, 1948 r.

O północy do naszego domu przyszli chłopaki z sąsiednich wsi i zaczęli mówić po polsku, że niby chcą o coś zapytać. W tym czasie w domu już nikogo nie było. Psa, który głośno na nich szczekał, zastrzelili. Wtedy do tych chłopaków podszedł sąsiad Anton, namówił ich, żeby poszli z nim na kolację, bo żona już nakryła stół. W taki sposób zabrał ich z naszego domu. Wracali jeszcze kilka razy i Anton znowu zabierał ich do siebie. Dużo później dziadkowie spotkali go w Krzemieńcu. Poprosił o pozwolenie na rozbiórkę ich dębowej stodoły, która została na chutorze. Babcia Antonina się popłakała i powiedziała, że Anton może zabrać wszystko, czego potrzebuje, bo uratował im życie» – kontynuuje Mirosława Butyńska.

Opowiada też o pobycie swojego dziadka Dominika i wujka Kazimierza na przymusowych robotach w Niemczech w czasie II wojny światowej: «W lipcu 1943 r., kiedy nasza rodzina mieszkała już w Krzemieńcu, dziadek i wujek zostali wywiezieni do Niemiec. Pracowali w różnych miejscach. Wujek miał wtedy około 18 lat. Trafił do niemieckich gospodarzy, którzy dobrze go traktowali, a nawet zaproponowali zostanie u nich, ponieważ ich jedyny syn zginął na froncie wschodnim. Jednak wujek Kazimierz tęsknił za domem i postanowił wrócić. Kiedy przybył na granicę polsko-radziecką i powiedział, że jest Polakiem, nie wpuszczono go na radziecką Ukrainę, tylko skierowano do Wojska Polskiego. W taki sposób został w Polsce i zrobił karierę wojskową, doszedł do stopnia pułkownika. Dziadek też nie narzekał na pobyt w Niemczech. Był zwykłym pracownikiem w gospodarstwie rolnym. Około 1946 r. wrócił do Krzemieńca».

Wujek Kazimierz Stankiewicz w Krzemieńcu

Wujek Kazimierz Stankiewicz i Mirosława Butyńska (stoi) w Krzemieńcu

O tradycjach swojej rodziny pani Mirosława mówi: «Mieliśmy rodzinę dwujęzyczną. Rozmawialiśmy z Polakami po polsku, a z Ukraińcami – po ukraińsku. W okresie międzywojennym dziadkowie chodzili z Dąbrowy do kościoła w Krzemieńcu. Był jeszcze w Szumsku, ale do Krzemieńca mieliśmy bliżej. Zarówno moja mama, jak i ja zostałyśmy ochrzczone w Krzemieńcu».

Ojciec wyjechał do Polski

«Mój ojciec nazywał się Anton Omelański. Urodził się w 1913 r. na chutorze Warszawka (dziś wieś Sosnówka w rejonie krzemienieckim – aut.). Jego rodzina była bardziej zamożna, miała około 10 dziesięcin ziemi i duże gospodarstwo rolne. Ojciec nie służył w wojsku, bo utykał na nogę. W czasie wojny też był ostrzegany przez Ukraińców o możliwym ataku na jego rodzinę, uciekł, tak jak my, do Krzemieńca. Pewnego dnia w kościele zobaczył moją mamę, zakochał się w niej i wkrótce się z nią ożenił. Było to około 1944 r. Urodziłam się na początku 1945 r. Właściwie niewiele wiem o ojcu, ponieważ rodzice rozwiedli się niemal natychmiast po moim urodzeniu. Wiem, że był dobrym gospodarzem» – mówi pani Mirosława.

Mówi, że w latach 1944–1946 jej rodzina miała możliwość wyjazdu do Polski, ale dziadek był jeszcze na przymusowych robotach w Niemczech: «Inne rodziny wyjeżdżały, ale babcia nie chciała jechać bez dziadka. Kiedy wrócił, takiej możliwości już nie było. Wyjechał tylko ojciec, a my z matką zostałyśmy w Krzemieńcu. Ojciec zamieszkał w Drawsku Pomorskim (dziś powiat drawski w województwie zachodniopomorskim – aut.). Dostał działkę ziemi, na której pracował. Ojciec nie założył drugiej rodziny, matka również nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Jeździłam do niego dwa razy. Po raz pierwszy, gdy miałam 16 lat, a potem jeszcze raz. Wujek Kazimierz, który się mną opiekował, napisał do mojego ojca i poprosił go o wysłanie mi zaproszenia do Polski».

Mirosława Butyńska (w środku) z matką Jadwigą, 1948 r.

Mirosława Butyńska z babcią Antoniną i dziadkiem Dominikiem, 1952 r.

Co niedzielę byli w kościele

«Po wojnie mieszkaliśmy w Krzemieńcu: ja, moja mama i dziadkowie. Nasz dom położony był w centrum miasta. Często chodziliśmy do kościoła. Każda niedziela była wyjątkowym dniem, ponieważ zawsze byliśmy w świątyni. Nabożeństwa odprawiano najpierw po łacinie, a później po polsku. Pamiętam nawet coś z łaciny (uśmiecha się – aut.).

W Krzemieńcu uczyłam się w Szkole nr 1. Brałam czynny udział w różnych masowych wydarzeniach, zostałam wybrana na starostę klasy, przewodniczącą komitetu uczniowskiego, a także sekretarza organizacji komsomolskiej. W 1963 r. po szkole wstąpiłam do Rówieńskiego Instytutu Pedagogicznego na Wydział Języka i Literatury Rosyjskiej, który ukończyłam w 1967 r. Następnie przez rok pracowałam jako nauczycielka na rówieńskim Polesiu we wsi Osowa (obecnie rejon sarneński – aut.). Było mi tam dobrze. Zarówno rodzice, jak i uczniowie dobrze mnie traktowali. Dużo czasu poświęcałam dzieciom. Jeździłam z nimi na wycieczki do Równego i nawet do Kijowa. Pamiętam, że jeden chłopiec nie miał nawet butów, dlatego nauczyciel wychowania fizycznego dał mu trampki na wycieczkę» – wspomina pani Mirosława.

«Mój przyszły mąż, Wołodymyr Butyński s. Pawła, przyjechał do mnie do obwodu rówieńskiego i się oświadczył. Urodził się we wsi Szumbar (dziś w rejonie krzemienieckim – aut.) w rodzinie ukraińskiej. Po ukończeniu instytutu został skierowany do Ługańska. Stamtąd przyjeżdżał do mojej wsi w obwodzie rówieńskim. Wzięliśmy ślub w 1968 r. i pojechaliśmy do Ługańska, gdzie otrzymaliśmy mieszkanie. Mąż pracował jako główny inżynier, a później jako brygadzista na budowie. Byłam wychowawczynią w dwóch akademikach. Udało się nam wtedy otrzymać bilet na wycieczkę i zwiedzić kraje bałtyckie oraz Petersburg.

Dobrze nam było w Ługańsku. Tam oczywiście wszyscy rozmawiali po rosyjsku. W 1973 r. urodził się nasz syn Aleksander. Mama zaczęła mnie namawiać, abym przeniosła się bliżej Krzemieńca, a później udało się nam zamienić mieszkanie w Ługańsku na mieszkanie w Łucku» – mówi pani Mirosława.

Do Łucka przeniosła się z mężem i synem w 1977 r.: «Tu było inne życie. Wszyscy rozmawiali po ukraińsku. Kiedy przyjechaliśmy, syn jeszcze mówił po rosyjsku. Wujek męża żartował, że przywieźliśmy kacapa (uśmiecha się – aut.). Chciałam pracować w szkole, ale się nie udało. Później dostałam pracę kierowniczki gabinetu metodycznego w Wołyńskim Obwodowym Komitecie Wykonawczym. Pracowałam tam przez dwa lata, a następnie zatrudniłam się w regionalnym centrum dystrybucji filmów. Pod koniec lat 90. przeniosłam się do Krzemieńca, ponieważ musiałam zaopiekować się mamą. Wówczas byłam już na emeryturze».

Mirosława Butyńska z synem Aleksandrem

Mirosława Butyńska i jej syn byli jednymi z tych łuckich katolików, którzy w 1990 r. jako pierwsi zaczęli chodzić na nabożeństwa odbywające się w kaplicy katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Jej wspomnienia o tym zapisał wcześniej dziennikarz «Monitora Wołyńskiego» Anatol Olich w artykule poświęconym 30-leciu Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu. Syn pani Mirosławy Aleksander był jednym z pierwszych ministrantów parafii katolickiej w Łucku.

Wówczas, na początku lat 90., Polacy, którzy co niedzielę przychodzili do kościoła, postanowili założyć własną organizację – Stowarzyszenie Kultury Polskiej, którego patronką dziś jest Ewa Felińska. Pani Mirosława była obecna na pierwszym jego posiedzeniu. Brała czynny udział w działalności SKP, a później za namową ówczesnej prezes Anny Marii Steciak zaczęła prowadzić wycieczki w języku polskim dla polskich turystów. Pierwsza taka wyprawa odbyła się do Łucka, Rożyszcz i Ołyki. Po powrocie do Krzemieńca zaczęła oprowadzać takie wycieczki tam, ponieważ do miasta zawsze przyjeżdżało wielu Polaków. Tu została aktywną członkinią Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego, ale nadal utrzymuje kontakt z Polakami z Łucka.

Mirosława Butyńska, kwiecień 2022 r.

***

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Serhij Hładyszuk
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Mirosławy Butyńskiej

Powiązane publikacje
W Kijowie uczczono 235. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja
Wydarzenia
14 maja z okazji 235. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja na terenie Soboru Sofijskiego w Kijowie zgromadzili się przedstawiciele władz Ukrainy, Polski i Litwy, placówek dyplomatycznych różnych państw, w tym konsulowie generalni Rzeczypospolitej Polskiej na Ukrainie, a także organizacji polskich, duchowieństwa oraz wojska.
17 maja 2026
Rodzinne historie: Ojczysty dom w Husiatynie
Artykuły
«Na początku lat 50. rodzice zaczęli budować dom. Wprowadzili się tutaj już w 1956 r., akurat wtedy, kiedy się urodziłem. Drugą połowę domu zaczęliśmy z tatą dobudowywać, gdy miałem 13 lat. Pamiętam, jak pomagałem mu kopać fundamenty. I tak, krok po kroku, w ciągu siedmiu lat skończyliśmy budowę» – wspomina Włodzimierz Bodryn z Husiatyna w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim, parafianin kościoła Świętego Antoniego, członek Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego.
15 maja 2026
Rodzinne historie: «Jesteśmy jedyną katolicką rodziną w całej wsi»
Artykuły
«Mój dziadek i babcia byli Polakami. To oni mnie wychowali. I to właśnie oni zaszczepili we mnie wiarę katolicką i polskie tradycje, nauczyli mnie czytać i pisać po polsku» – opowiada Oksana Wełyka, z domu Poliszczuk.
10 kwietnia 2026
Tradycyjne spotkanie wielkanocne w Stowarzyszeniu im. Ewy Felińskiej
Wydarzenia
Co roku w drugim dniu Świąt Wielkanocnych w siedzibie Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu odbywa się spotkanie członków organizacji.
07 kwietnia 2026
Rodzinne historie: Lechowie z Łomska
Artykuły
«Dorastałam ze świadomością, że jesteśmy jedną rodziną i pomagamy sobie nawzajem. Cenię to, skąd pochodzę, jakie są moje korzenie, kim jestem. I jestem bardzo dumna, że pochodzę z takiej rodziny. Chyba nie byłabym tak pewna siebie, gdyby nie mama, dziadek i babcia, którzy zawsze mnie wspierali» – mówi Tetiana Poliszczuk.
27 marca 2026
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Zmarła Leokadia Trusz – najstarsza Polka w Łucku
Wydarzenia
W wieku 98 lat zmarła Leokadia Trusz – najstarsza Polka w Łucku. Urodziła się 11 października 1927 r. w Maniewiczach w rodzinie Polaków Joanny (z domu Hawryszko) i Piotra Sieków. Pod koniec II wojny światowej wraz z matką i rodzeństwem przeniosła się do Łucka, gdzie mieszkała do końca życia.
01 marca 2026
W Stowarzyszeniu Ewy Felińskiej zaprezentowano polsko-ukraińską monografię o Łesi Ukraince
Wydarzenia
Tydzień obchodów 155. rocznicy urodzin znanej ukraińskiej pisarki, działaczki kulturalnej i społecznej, tłumaczki Łesi Ukrainki na Wołyniu przebiegł bardzo owocnie. Szczególnie bogaty program wydarzeń miał Wołyński Uniwersytet Narodowy, którego jest patronką.
28 lutego 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026