Danyło Doboszyński – mój wujek
Artykuły

«Był dla mnie jak ojciec. Wychował mnie i ukształtował mój światopogląd» – mówi Walenty Wakoluk z Łucka, założyciel gazety «Monitor Wołyński». Dziś opowiada nam o swoim wujku, Danyle Doboszyńskim, ukraińskim malarzu, grafiku, wykładowcy, bardziej znanym jako Danyło Dowboszyński.

 27 lipca mija 100. rocznica urodzin Danyły Dowboszyńskiego. Tak brzmi oficjalna wersja. W rzeczywistości Danyło Doboszyński (ukr. Данило Добошинський), bo tak brzmiało jego nazwisko od urodzenia, przyszedł na świat w maju 1924 r., a 27 lipca tego samego roku został ochrzczony.

«Praktycznie zastąpił mi ojca, którego prawie nie pamiętam. Dał mi prawie wszystko: wspaniałą przygodę życiową i moją pierwszą miłość – Lwów. To osoba, która mnie ukształtowała. Byłem z nim do samego końca. On, podobnie jak jego żona Basia, zmarł w moim domu w Łucku» – mówi Walenty Wakoluk.

Danyło Doboszyński był jego wujkiem, bratem jego matki.

W ciągu 15 lat naszej wspólnej pracy w «Monitorze Wołyńskim» wiele razy słyszałam o jego wujku. Czasem nawet myślę, że znałam Danyłę Doboszyńskiego za życia. Pamiętam jednak tylko pożegnanie z nim w Łucku w 2012 r.

Z okazji jego setnych urodzin namówiłam pana Walentego, aby podzielił się swoimi wspomnieniami o wujku. Nasza długa rozmowa zaczęła się od korzeni rodzinnych, od opowieści o Doboszyńskich, Rożkowskich i Brockich, o Wołyniu i Podolu, skąd pochodzili, a potem przez Kołki i Krasnowolę na Polesiu Wołyńskim poprowadziła do Łucka, Lwowa i Dzembroni w Karpatach.

Przedstawiam Państwu wyciąg z naszej rozmowy, oddając głos Walentemu Wakolukowi. Poniżej jego wspomnienia o wujku oraz zdjęcia z rodzinnego archiwum.

***

Doboszyński, Dowboszyński, Dowbuszyński

Nazwisko rodowe moich przodków z Kołek to Doboszyńscy. Wujek urodził się jako syn Danyły i Heleny Doboszyńskich w maju 1924 r. w Kołkach na Wołyniu. Miał brata Aleksandra oraz siostry: Annę i Nadię. W dokumentach sowieckich jako datę jego urodzenia wpisano 27 lipca, czyli dzień chrztu. Wszystkie dokumenty Doboszyńskich spłonęły w Kołkach, podobnie jak rodzinne archiwa w Krasnowoli.

Litera «W» (w wersji ukraińskiej – «В») w nazwisku pojawiła się we Lwowie. Mam jego legitymację studencką, na której widnieje «Doboszyński».

Legitymacja studencka nr 3 Danyły Doboszyńskiego. 1947 r.

Później wydano mu nowe dokumenty, w których wpisano «Dowboszyński» i nie chciano tego zmieniać, «bo to kłopotliwe». Był więc przez całe życie Dowboszyńskim. Chociaż przy następnej zmianie dowodu osobistego został w ogóle zapisany jako Dowbuszyński.

Na nagrobku podałem nazwisko Doboszyński, które nosił od urodzenia. Tym bardziej, że został pochowany obok swojej matki, Heleny Doboszyńskiej.

Danyło Dowboszyński, 1960 r.

Polacy, Ukraińcy, Tutejsi

Doboszyńscy to rodzina wołyńska z dziada pradziada. Polska, choć nie ukształtowała się u nich polska tożsamość. Mówili o sobie Tutejsi, czyli miejscowi.

Ojciec mojej matki i wujka (mój dziadek), w wyniku mieszanych małżeństw w poprzednich pokoleniach przodków, był prawosławny. A matka (moja babcia) była katoliczką. Wyszła za mąż za prawosławnego, więc dzieci zostały ochrzczone w cerkwi prawosławnej w Kołkach.

Podczas chrztu wujek otrzymał imię Daniił. Jednak przez całe życie mówiono na niego Danyło, a rodzina i najbliżsi nazywali go Dankiem. Wujek spowiadał się w kościele katolickim. Tam też wziął ślub.

W naszej rodzinie mówiono zarówno po polsku, jak i po ukraińsku. Równoległość języka polskiego i ukraińskiego w naszym domu była tak naturalna, że nigdy nie zauważałem, kiedy przechodziliśmy z jednego na drugi. Miałem książki dla dzieci w obu językach.

W domu wujka, kiedy zacząłem przyjeżdżać do niego do Lwowa, najpierw mówiono po polsku, a w latach 70. i 80. – już częściej po ukraińsku.

To od niego ja, wołyńskie dziecko, jeszcze w latach 60. dowiedziałem się o Katyniu i Powstaniu Warszawskim.

Kołki i Krasnowola

Wujek ukończył szkołę powszechną w Kołkach. Jako pierwszy jego talent do rysowania zauważył, a właściwie określił jego drogę, nauczyciel z Kołek – Polak Jan Jasek. Powiedział mojemu dziadkowi: «Panie Danielu, chłopak ma talent, niech pan weźmie to pod uwagę. Powinien mu pan kupić farby». Dziadek odpowiedział, że jego syn ma nauczyć się krawiectwa, bo malarstwo nie nakarmi.

Doboszyńscy mieszkali w Kołkach. Tuż przed wojną kupili ziemię, której nie zdążyli nawet zarejestrować. To ich uratowało – według władz sowieckich nie byli kułakami.

W czasie okupacji niemieckiej wujek i jego brat ukrywali się. Kiedy Niemcy wywozili młodzież do pracy, dziadek wymyślił, żeby we dwóch kładli się w łóżkach obandażowani i wszędzie było rozsypane wapno. Niemcy myśleli, że w domu jest tyfus i nie wchodzili. Kiedy przychodzili banderowcy, by zabierać do ukraińskiej partyzantki, bo to był czas, kiedy bulbowcy już prawie oddali swoje pozycje, legenda o tyfusie też jakoś się sprawdzała.

W pewnym momencie, kiedy już nie trzeba było się ukrywać, a rozeszła się pogłoska, że idzie Wojsko Polskie, Aleksander ubrał się przyzwoicie, założył bardzo ładne buty, wyszedł z domu i zniknął. Kiedy krewni go znaleźli, leżał martwy pod cerkwią, rozebrany i bez butów. Do dziś nie wiemy, kto go zabił. Ludzie mówili, że to «czerwoni».

W Kołkach banderowcy nie zaczepiali naszej rodziny, która była uważana za miejscową. Za to nasza rodzina w Krasnowoli ucierpiała z rąk banderowców, i to nie miejscowych, – przyszli z Kopyla. Moja babcia, Helena Doboszyńska, z pomocą miejscowych pochowała swojego ojca i dwie siostry (ciotki mojego wujka), którzy zostali zarąbani przez banderowców.

A potem Niemcy spalili Kołki. Spłonęło wiele ulic, w tym ta, przy której stał dom mojego dziadka. Rodzina nie ucierpiała, bo dziadek dawno temu wykopał kryjówkę na niepewne czasy. Wszyscy się w niej schowali i zabrali ze sobą maszynę do szycia Singer. To wszystko, co im zostało. Spłonęły nawet ich dokumenty.

Po pożarze Doboszyńscy przez jakiś czas mieszkali u krewnych w Kołkach. Kiedy zbliżał się front, wujek został zmobilizowany do Armii Czerwonej. Pozostali dołączyli do kolumny z cywilami i wraz z nimi przyszli do Łucka. Tutaj zamieszkali u dalekiego krewnego. Miał dokumenty potwierdzające, że jest Polakiem, więc po pewnym czasie przeniósł się do Polski w ramach repatriacji. Nasza rodzina też początkowo chciała uciekać do Polski, ale wszystkie ich dokumenty spłonęły, więc zostali w Łucku, mieszkali w domu tego krewnego.

«Podarowałem ci życie»

Kiedy sowieci zmobilizowali wujka, wysłali go na «szkolenie» do Charkowa, na Chołodną Górę. Razem z nim trafiło tam wielu chłopaków z Kołek.

Było bardzo głodno i zimno, a oni mieli ubrania po zabitych żołnierzach. Wujek zachorował na gruźlicę. Kiedy był w szpitalu, politruk, Żyd z pochodzenia, zapytał pewnego razu chorych, kto z nich może napisać ręcznie żołnierską gazetkę. Wujek zgłosił się i nawet narysował żołnierza z karabinem.

Politruk podszedł do niego i zapytał: «To ty narysowałeś? A możesz narysować Stalina?». Wujek przerysował go z plakatu. «A Lenina?». Lenina również. W ten sposób udało mu się przetrwać, gdyż politruk zabrał go do sztabu. Po raz pierwszy po długim czasie wujek zjadł wówczas trochę więcej niż dawano w szpitalu polowym. W sztabie rysował i pisał.

Pewnego dnia chłopakom z Kołek wydano nowe mundury. Wujkowi też. Jednak politruk kazał mu zdjąć mundur, założyć swoje łachmany i iść z nim. Wujek zapłakał: «Ja też chcę iść na front». «Widać, że jesteś głupcem i zawsze nim będziesz! Podarowałem ci życie! Dzisiaj na nowo się urodziłeś! Oni mogą nie wrócić!» – krzyknął do niego politruk. Chłopaków rzucono wówczas na szturm Królewca. Żaden z nich nie wrócił – wujek dowiedział się o tym później, gdy przyjeżdżał do Kołek.

Po jakimś czasie jego choroba powróciła, przeszedł więc operację, po której zwolniono go z wojska.

Żołnierz Danyło Doboszyński. Charków, 1944 r.

Łuck, teatr, malarstwo

Po demobilizacji wujek przyjechał do Kołek, ale naszej rodziny już tam nie było. Miejscowi powiedzieli mu, że albo wyjechali do Polski, albo do Łucka, gdzie właśnie później ich odnalazł.

W Łucku zatrudnił się w teatrze. Na początku był malarzem, potem «bobikiem» – jak nazywano młodszych artystów, a później aktorem, nawet dostał jakąś drugorzędną rolę. Jednocześnie malował. Głównym malarzem w teatrze był wówczas Jurij Myc. Zauważył u wujka talent malarski i doradził mu, aby pojechał do Lwowa i wstąpił do szkoły artystycznej. W ten sposób stał się jego drugim ojcem chrzestnym.

Pracownicy teatru dramatycznego w Łucku. Danyło Doboszyński stoi pierwszy po prawej. 1946 r.

Kiedy Danyło Doboszyński mieszkał w Łucku, przyjaźnił się z Wiktorem Pastrykiem i Leonidem Doroszkiewiczem. Byli Polakami. Wiktor Pastryk pozostał w Łucku, pracował w szkolnictwie. Natomiast Doroszkiewicz, na którego wszyscy mówili Lodik, również wyjechał na studia do Lwowa, na Politechnikę Lwowską.

Lwowscy studenci Danyło Doboszyński i Leonid (Lodik) Doroszkiewicz. Łuck, 1948 r.

Lwów

Wujek wstąpił do Lwowskiej Szkoły Sztuki Stosowanej. Zachowały się pierwsze zdęcia, zrobione mu jako studentowi szkoły i instytutu, szkice wykonane w akademiku w 1947 r., rysunki. «Uwieczniono» na nich m.in. młodych artystów Sofię Karaffę-Korbut i Iwana Katruszenkę. Następnie wstąpił na drugi rok studiów w Lwowskim Instytucie Sztuki Użytkowej i Dekoracyjnej (obecnie Lwowska Narodowa Akademia Sztuki), który ukończył w 1953 r. Po studiach pracował na tej uczelni.

Pierwsi studenci Lwowskiego Państwowego Instytutu Sztuki Użytkowej i Dekoracyjnej. Lwów, 1947 r.

Jego nauczycielami byli m.in. Josyp Bokszaj, Iwan Sewera i Roman Sielski. Studiowali z nim Iwan Skobało, Sofia Karaffa-Korbut, Karlo Zwiryński i wielu innych słynnych w przyszłości malarzy.

Obronił pracę dyplomową na temat «Łomonosow i niemieccy naukowcy». Wszystko wtedy było zideologizowane.

Wydawało się, że same mury broniły wówczas Lwowa, niemal całkowicie opustoszałego po wojnie, przed nowymi «gospodarzami». Europejska tradycja i resztki kultury były wciąż żywe. Wujek już wówczas rozumiał, że istnieje coś innego niż socrealizm. Dzięki Sielskiemu i innym «starszym» nauczycielom dowiedział się, czym była szkoła wiedeńska, warszawska czy krakowska.

Pasjonował go impresjonizm, który był zakazany w czasach stalinowskich. Pewnego razu ledwie nie doszło do wyrzucenia go z Instytutu za przyniesienie studentom polskiego wydania dzieł Renoira i Cézanne’a. Wtedy ktoś doniósł na niego. To były lata 50.

Pierwsi studenci Lwowskiego Państwowego Instytutu Sztuki Użytkowej i Dekoracyjnej. Lwów, 1947 r.

Absolwenci i wykładowcy Lwowskiego Państwowego Instytutu Sztuki Użytkowej i Dekoracyjnej. Lwów, 1960 r.

Danyło Doboszyński, Roman Sielski i Iwan (Jasio) Skobało. Lwów, początek lat 50.

Dzembronia

Lwowscy malarze cały czas jeździli w Karpaty, do Dzembroni, gdzie nie było nikogo poza Hucułami i ich zaufanym towarzystwem. Tam mieli coś w rodzaju lwowskiego Barbizonu. W Dzembroni gromadziła się lwowska inteligencja, Roman i Margit Sielscy oraz Roman Turyn, którzy należeli do przedwojennej grupy «Artes», a także Witold Monastyrski i Karlo Zwiryński. Regularnie przyjeżdżała również tam rodzina Jakutowiczów z Kijowa.

Robili tam szkice, zbierali grzyby i odwiedzali się nawzajem. Taras z widokiem na Czarnohorę czy weranda domu gazdy Wetoszczuka były swoistym Hyde Parkiem. Można tam było swobodnie dyskutować na tematy artystyczne i polityczne.

Kolejnym elementem wolności było radio. W górach był dobry odbiór Radia Liberty, Radia Londyn i Radia Wolna Europa.

To były najszczęśliwsze czasy twórczości. Doładowywał się tam nie tylko fizycznie, ale i moralnie.

Od lewej: Rostysław Sylwestrow, Margit Sielska, Roman Sielski, Genio Sereda, Oleś Sereda, Danyło Dowboszyński. Dzembronia, 1974 r.

Dzembroński Hyde Park – taras w domu Wetoszczuków. 1974 r.

Rodzina

Wujek ożenił się z Barbarą Gałecką – Basią, która zarabiała na życie jako modelka w instytucie. W 1946 r. rodzina enkawudzistów wyrzuciła ją z matką z mieszkania. Jej ojciec został rozstrzelany. Pierwszy mąż, polski oficer, zginął w 1941 r. podczas masakry w więzieniu przy ul. Łąckiego. Kiedy do miasta wkroczyli Niemcy, ciocia, która była wtedy w ciąży, wraz z innymi mieszkańcami Lwowa, którzy szukali swoich krewnych, poszła szukać swojego męża. Przez to, co zobaczyła, straciła dziecko.

Barbara Gałecka. Lwów, 1938 r.

Po wyrzuceniu z mieszkania ciocia wraz z matką zamieszkały przy ulicy Snopkiwskiej u dawnej znajomej, która pracowała w ich byłej kamienicy jako dozorczyni.

Po ślubie wujek i ciocia wynajmowali różne mieszkania. W latach 50. wujkowi zaproponowano mieszkanie po polskiej rodzinie, «którą wyjechano». Powiedział: «Nie mogę mieszkać w tym, co nie moje». Swoje dostali w latach 60. – było to mieszkanie w Budynku Artystów przy ulicy Tarnopolskiej. W tej samej kamienicy wujek miał pracownię. To było jego szczęście: Instytut, pracownia i Dzembronia. A także «salony Turynów i Sielskich» oraz wierni przyjaciele.

Barbara Doboszyńska i Danyło Dowboszyński. Ciocia do końca życia miała nazwisko Doboszyńska – tak, jak miała wpisane w akcie małżeństwa, bez litery «w», która została dodana do nazwiska męża. Lwów, 1961 r.

Związek

Pod koniec lat 50. wujek zainteresował się nowym nurtem – surowym realizmem, którego czołowym artystą był moskiewski malarz Tair Sałachow. Nurt ten łączył pewne tradycje sztuki światowej z potrzebami okresu odwilży.

Wujek i jego kolega ze studiów Iwan Skobało postanowili pojechać do kopalni w Czerwonohradzie. Mieszkając w hotelu z górnikami robili szkice. Na skutek tej wyprawy powstał obraz «Szachtarska zmina» (pol. «Górnicza szychta»). Wysłano go do Kijowa na wystawę republikańską. Stamtąd przyszła «wskazówka»: natychmiast «ocucić tych domorosłych formalistów» i nie przyjmować ich do Związku Artystów Plastyków Ukraińskiej SRR.

Później jednak ktoś podpowiedział im, żeby wysłali ten obraz na wystawę do Moskwy. Zdobył tam nagrodę, wydawano nawet pocztówki na podstawie tego obrazu. A z Moskwy do Kijowa przyszła kolejna «wskazówka»: «natychmiast przyjąć do Związku Artystów Plastyków».

Co dawało członkostwo w Związku Artystów Plastyków? Łatwiej było dostać farby, pędzle i płótna, a w dodatku można było je kupić po obniżonej cenie. Ponadto artysta otrzymywał pewną ochronę ideologiczną – trudniej było «nacisnąć» na niego w Kijowie czy Lwowie.

W tym czasie do Związku Artystów Plastyków zostali przyjęci Danyło Doboszyński i Iwan Skobało. Następnie wujek został kierownikiem Katedry Malarstwa Monumentalnego w Instytucie. Kierował nią przez 20 lat, chociaż nie był członkiem partii.

Danyło Dowboszyński i Iwan Skobało. Lwów, ulica Akademiczna, lata 60.

Pewnego razu powiedział mi, że w Związku zlecili namalowanie czegoś na stulecie Lenina, m.in. serii obrazów na temat Lenina i zagranicznych robotników.

Wujek przyszedł i powiedział: «Temat groteskowy, ale to świetna okazja, żeby pobawić się kolorem i fakturą. Zrobię im niespodziankę: brzeg morza, Lenin stojący przed jakimś francuskim rybakiem, ale rybak będzie miał twarz i posturę Jeana Gabina. I tak nikt tego nie zrozumie».

Znalazła się jednak osoba, która zapytała: «Dlaczego namalowaliście Gabina?». Wujek odpowiedział: «Cóż, Francuzi wszyscy są podobni do siebie».

Nazwałbym ten obraz swoistym symbolem tamtych czasów. Teraz jest w zbiorach jednego ze lwowskich muzeów.

Kiedy wujek był kierownikiem katedry, podczas rekrutacji wielokrotnie pomagał dostać się na studia «swoim ludziom». «Swoimi» były dzieci grekokatolików, ukraińskich nacjonalistów, Polaków, Żydów i ogólnie ci, którym władze radzieckie nie pozwalały na podjęcie studiów wyższych. Ci, którzy nie mieli układów. Bo istniała przecież partyjna kwota – ci, którzy dostawali się na studia po tym, jak dzwonił «z góry».

Danyło Dowboszyński, Iwan Skobało i jego syn Mychajło. Lwów, lata 60.

«Pacziemu ty, Daniła, nie w partii»

Wujek nigdy nie był w partii. Ale w latach 70. KGB wywierało na niego z tego powodu dużą presję.

Jeszcze wcześniej pytano go, dlaczego nie jest członkiem partii. Według nich oznaczało to, że nie lubił sowieckiej władzy. «Jesteście chyba ukraińskim nacjonalistą?» – pytano. Odpowiadał, że pochodzi z polskiej rodziny, więc nie może być ukraińskim nacjonalistą. Usprawiedliwiał się też, że nie jest jeszcze gotowy. Ale minęło 10–15 lat, a ciągle nie jest gotowy? O kagiebistach wspominał, że pracował z nim dziwny duet śledczych: «charoszyj» i «płachoj» (pol. dobry i zły). Dobry był Rosjaninem. Mówił, że rozumie – do wstąpienia do partii rzeczywiście trzeba się przygotować. Drugim był młody galicyjski specjalista, który krzyczał: «Ja cię, bydlaku, bardzo dobrze znam. Zmiażdżę cię». Groził mu, że zrobi z niego kapusia.

Wujek zdawał sobie sprawę, że jest pod presją. Wywierali na niego przede wszystkim nacisk moralny. A wujek, pamiętając czasy represji stalinowskich, ich się bał. Pamiętam, jak wracał do domu i kładł się na kanapie w pozycji embrionalnej. Prosił, żeby nikt z nim nie rozmawiał.

Później to dotknęło także mnie. Wujkowi grożono, że zajmą się mną: «Wiemy, że chciał uciec do Polski».

W tamtym czasie marzyłem o pracy w zespole projektanckim. Ale pewnego dnia wujek powiedział: «Walenty, przykro mi, ale chyba nie uda ci się zrealizować tego planu». I opowiedział mi o tym, jak KGB wywierało na niego presję: «Zniszczą cię tylko dlatego, że nie zniszczyli mnie. Nie będę już kierownikiem katedry. Sam zrezygnuję, ale nigdy nie będę członkiem partii i nie będę współpracował z resortem».

Tego nauczył go ojciec, były marynarz bałtycki i weteran I wojny światowej. W Kołkach, za pierwszych sowietów, również chciano zmusić go do wstąpienia do partii. «Pacziemu ty, Danila, rosyjski sałdat, nie jesteś w partii?» – pytał dziadka politruk. Dziadek też wymyślał różne wymówki.

Kiedy opuściłem Lwów, wujek kierował katedrą jeszcze chyba przez sześć miesięcy czy rok, a następnie tymczasowo pełnił obowiązki kierownika. Potem była kolejna próba nakłonienia go do wstąpienia do partii, ale tym razem stanowczo odmówił.

Byłem już wtedy w Łucku. Wujek był mi za to wdzięczny. Dopiero później zrozumiałem, że chronił mnie przez całe życie. Nie chodziło wówczas o niego. Bał się, że KGB zniszczy mnie.

Święta Elżbieta

Ciocię Basię również wzywano do KGB na rozmowę. Po raz pierwszy w latach 60., bo była wśród czuwających przy kościele Świętej Elżbiety, który sowieci chcieli wysadzić w powietrze. Ciocia została wtedy wezwana do zarządu spółdzielni mieszkaniowej, gdzie kagiebista kazał jej napisać oświadczenie, że to wszystko sprawa Watykanu, że Watykan podburza mieszkańców Lwowa, żeby pokazać nieludzki stosunek władz sowieckich do Kościoła katolickiego. Powiedziała, że tego nie napisze, bo ten kościół jest dla niej święty, więc chciała go uratować.

A drugi raz została wezwana przez KGB w latach 70., kiedy zaczęła opiekować się matką swojej szkolnej koleżanki. Chodziła ją myć oraz przynosiła jedzenie. Okazało się, że umierała samotna i sparaliżowana w wilgotnej piwnicy własnego domu, do którego kiedyś eksmitowali ją sowieci. Ciocia powiedziała o tym parafianom w kościele. Oni również zaczęli opiekować się tą kobietą. Następnie chodziła do domów innych potrzebujących Polaków, o których opowiadali jej znajomi. Wtedy ponownie została wezwana do zarządu spółdzielni mieszkaniowej. Kagiebista zapytał ją: «Dlaczego podburzacie ludzi? Myślicie, że zapomnieliśmy o Świętej Elżbiecie?».

Ważne wydarzenia

Wśród ważnych wydarzeń, które wpłynęły na jego twórczość, była podróż do Norwegii w latach 70. W tym czasie w ZSRR zebrali grupę inteligencji.

Wujek wrócił zachwycony tym, co zobaczył. Powiedział do mnie: «Teraz rozumiem, dlaczego tak bardzo chcesz uciec do Polski». Dzięki temu, co zobaczył, jakby na nowo się narodził. Zakochał się również w muzyce Jeana Sibeliusa i Edvarda Griega.

W Norwegii wykonał wiele szkiców ze swojej podróży i podarował je członkom delegacji. Z tego powodu zaproponowano mu kolejną podróż zagraniczną – rejs po Morzu Śródziemnym. Odwiedził wówczas m.in. Hiszpanię, Francję i Włochy.

Kolejnym epokowym wydarzeniem w jego życiu było spotkanie z Siergiejem Paradżanowem w latach 60. podczas kręcenia filmu «Cienie zapomnianych przodków». Ja również byłem wtedy w Dzembroni. Później jeszcze raz spotkał Paradżanowa, kiedy gościł go Roman Turyn.

Dzembronia, 1967 r.

Dzembronia, lata 60.

Wołyń

Wujek odwiedzał rodzinę w Łucku cztery lub pięć razy w roku. Pomagał nam finansowo, bo żyliśmy bardzo biednie.

Pewnego razu poszliśmy z nim do Mykoły Gołowania, do jego pracowni na rogatce w Łucku, gdzie kiedyś było kino «Komsomolec». «Szczęśliwy człowiek w swoim rzeźbiarskim świecie» – powiedział o nim wujek.

Kilka razy jeździł do Kołek. Miejscowi zaprosili go kiedyś, jako znanego malarza, na dyskusję miejscowej inteligencji na temat «Czy można malować pociągnięciami pędzla?». Była to miejscowa inteligencja, nauczyciele wychowani na pieriedwiżnikach.

Z Kołkami łączyły go wspomnienia z dzieciństwa i młodości. «Wciąż mamy tam zaprzyjaźnione rodziny Janczyków i Sadowych. Moja babcia też zawsze chciała zobaczyć swoje przyjaciółki z dzieciństwa i młodości, których potomkowie później opowiedzieli nam, kto ukrywał naszych, Polaków, którzy uratowali się w Krasnowoli.

Pewnego razu w latach 80., kiedy byłem z wujkiem w Kołkach, postanowiliśmy pojechać na miejsce, gdzie pochowano Żydów. Stał tam już pomnik. Po rozstrzelaniu pogrzebano ich na naszym polu. To miejsce nazywało się Gorki. Doboszyńscy zazwyczaj uprawiali tam ziemniaki. Kiedy zamordowano Żydów, dziadek powiedział: «To pole nie jest już nasze, teraz należy do nich».

Kiedy pojechaliśmy tam z wujkiem, musieliśmy przejść przez sanatorium dla górników, które zostało zbudowane w pobliżu. Wujek nie mógł się odnaleźć, bo tam, gdzie kiedyś było pole, wszystko zarosło drzewami. I jakiś wczasowicz powiedział do nas po rosyjsku: «Tam leżą ludzie waszej narodowości». Myślał, że jesteśmy Żydami, bo rozmawialiśmy między sobą w galicyjskim dialekcie. Wujek miał brodę i beret – w ogóle nie wyglądał na miejscowego.

W drodze powrotnej wujek podszedł do wczasowicza, aby mu podziękować. «To co, znaleźliście ich?» – zapytał. «Tak, wielu z nich było naszymi sąsiadami» – odpowiedział wujek. Powiedział, że cieszy się, że uznano go za Żyda. «Ale my jesteśmy Polakami» – dodał.

«Jacy tutaj mogli być Polacy?» – zapytał ze zdziwieniem wczasowicz. Słyszałem to pytanie później wiele razy.

A wujek powiedział wtedy: «Teraz rozumiem, dlaczego dziadek mówił, że nie mamy już pola. Nawet z tego powodu. To już naprawdę nie jest nasze miejsce».

Barbara Doboszyńska i Helena Doboszyńska. Lwów, lata 50.

Rodzina Doboszyńskich. Lwów, 1960 r.

Spuścizna

Najbardziej owocnym okresem w jego twórczości były lata 70. i 80. Generalnie najwięcej malował od górników, czyli od lat 60. do 90., kiedy to doznał pierwszego udaru mózgu.

Po odejściu z katedry tworzył w swojej pracowni. Namalował szereg bardzo ciekawych obrazów. Był wybitnym kolorystą, tworzącym swoistą syntezę faktury, koloru, formy przestrzennej i wewnętrznej ekspresji. Dzięki przedwojennemu dziedzictwu «Artesu», Sielskim i Turynowi oraz otwartości na polską kulturę, świadomie podążał za wartościami malarstwa światowego, w tym polskiego.

Potem zaproszono go, by powrócił na katedrę. Pracował tam jeszcze dwa lata. O tym okresie mówił: «To było jak powrót do Dzembroni, kiedy była już pusta». Przestał jeździć do Dzembroni, kiedy zmarł Roman Sielski. Po jego śmierci był tam tylko dwa razy.

Danyło Doboszyński ukształtował całą plejadę artystów. Wśród jego uczniów są Iwan Marczuk, Andrij Bokotej, Lubomyr Medwid, Oleh Mińko, Zynowij Flinta – to wszystko studenci Lwowskiego Państwowego Instytutu Sztuki Użytkowej i Dekoracyjnej.

Jego prace były wystawiane w USA, Kanadzie oraz Polsce. I oczywiście w Ukrainie: we Lwowie i Kijowie.

Ukraińskie muzea kupowały prace jeszcze za jego życia. Dziś można je oglądać w szczególności w Lwowskiej Galerii Sztuki oraz Muzeum Narodowym im. Andrzeja Szeptyckiego we Lwowie. Namalowany przez niego portret Łesi Ukrainki znajduje się w zbiorach Muzeum Sztuki w Łucku. Jego obrazy są również w Kijowie, Iwano-Frankiwsku oraz innych miastach Ukrainy.

Wiele jego prac znajduje się obecnie w prywatnych kolekcjach w Ameryce Łacińskiej, Ameryce Północnej, Australii oraz Europie.

Niestety, nie znam losów wielu jego dzieł. Po śmierci jego najbliższych przyjaciół i żony Basi, opiekę nad nim przejęło nowe towarzystwo. Organizowało kolejne wystawy, wydawało katalogi i czasopisma, modyfikując jego życiorys i dostosowując go do swoich społeczno-politycznych potrzeb i wizji. Często ignorowali prawdę rodzinną i ówczesne realia, zastępując pierwszego inspiratora, polskiego nauczyciela Jana Jaska, upowcem Klaczkiwskim.

Własna kultura i deklarowana wielokulturowość odbiły się na nim pod koniec złym żartem. Pragnął wolności, a na tamtym etapie dawał mu ją alkohol, który pił z nowymi przyjaciółmi. Potem znalazłem go w domu we Lwowie prawie sparaliżowanego, z drugim udarem.

«Tak właśnie odchodzimy»

Pod koniec życia zaczął malować obraz, na którym przedstawił siebie i swoich przyjaciół w Dzembroni: Sielskiego, Turyna, Kolessę i Monastyrskiego. Ale nigdy nie ukończył tego dzieła. Powiedział mi, że nie wie, dlaczego je zaczął: «Nie można wracać do przeszłości».

Danyło Dowboszyński długo pracował nad obrazem, którego nigdy nie ukończył. Nazwał go «Pożegnanie z przyjaciółmi». Na obrazie od lewej: Margit Sielska, Mykoła Kolessa, Danyło Dowboszyński, Roman Sielski, Witold Monastyrski i Roman Turyn. Wujek mówił: «Są już tak daleko, ale wciąż bardzo blisko». Zdjęcie zostało zrobione w pracowni we Lwowie ok. 2008–2010

Warto też wspomnieć, że wśród jego przyjaciół byli legendarni historycy sztuki: Borys Woznycki i Wołodymyr Owsijczuk, którzy ratowali zabytki w Ukrainie.

Kiedy zabrałem wujka do Łucka, czasami odwiedzali go jego lwowscy przyjaciele, studenci i znajomi.

Najbardziej pamiętam jego ostatnie spotkanie z Wołodymyrem Owsijczukiem. Wujek go nie poznał, bo nie reagował już wówczas na świat zewnętrzny. Owsijczuk poprosił mnie, żebym zostawił go z nim na chwilę. Zostawiłem więc ich samych. Wtedy wszyscy poczuli powagę sytuacji.

«Tak właśnie odchodzimy. Danyło już, a wkrótce i ja odejdę. To szczęście, że ma przy kim odchodzić» – powiedział Wołodymyr Owsijczuk.

Utkwił mi w pamięci także jeden przykład tego, jak świadomość człowieka może przynosić niespodzianki. Było to po śmierci Borysa Woznyckiego. Powiedziałem mojemu wujkowi (nie spodziewając się, że wyjdzie ze swojego stanu i zrozumie), że Borys zginął.

«Jaki Borys?» – zapytał.

«Woznycki prowadził samochód i rozbił się» – odpowiedziałem.

«Jechał do Oleska?»

«Nie, do Dubna».

«A widzisz? Borys odszedł jak chłop, za kierownicą i w drodze» – powiedział.

Wujek zmarł 8 sierpnia 2012 r. Został pochowany w Kołkach. Tam, gdzie się urodził. Jego żonę Basię pochowaliśmy we Lwowie, w grobie jej matki na Cmentarzu Łyczakowskim. A wujek jest pochowany na cmentarzu obok swojej matki Heleny, brata Aleksandra i siostry Anny. Chociaż bardzo chciał być pochowany tutaj, w Łucku, obok swojego ojca Danyły i siostry Nadii (mojej mamy), ale niestety nie było tam już miejsca.

Danyło Doboszyński jest pochowany na cmentarzu w Kołkach obok swojej matki Heleny Doboszyńskiej, brata Aleksandra Doboszyńskiego i siostry Anny Bielskiej (z domu Doboszyńskiej)

Rozmawiała i opracowywała wspomnienia: Natalia Denysiuk

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Walentego Wakoluka

Na głównym zdjęciu: Danyło Dowboszyński w swojej pracowni. Lata 80.

Powiązane publikacje
Feliks Sznarbachowski i Wołyń
Artykuły
Ksiądz Feliks Sznarbachowski zmarł dość wcześnie, ale zdołał pozostawić zauważalny ślad w historii Wołynia. Oprócz pracy duszpasterskiej we Włodzimierzu i Kowlu, Sznarbachowski spędził znaczną część swojej kariery kapłańskiej w Ołyce.
29 maja 2026
W Równem odbędzie się prelekcja upamiętniająca Annę Walentynowicz
Wydarzenia
8 kwietnia Rówieńska Obwodowa Biblioteka Naukowa zaprasza na spotkanie poświęcone polskiej działaczce społecznej, współzałożycielce NSZZ «Solidarność» Annie Walentynowicz.
07 kwietnia 2026
«Nie zamykamy tej historii». W Łucku podsumowano projekt o rzeźbiarzu Stanisławie Sarcewiczu
Wydarzenia
Podczas końcowej prezentacji projektu «Sarcewicz: wirtualny powrót łuckiego geniusza sztuki naiwnej» zespół, który go realizował, przedstawił jego rezultaty, podzielił się doświadczeniami z jego wdrażania oraz przemyśleniami na temat innych inicjatyw.
05 grudnia 2025
Ogród rzeźb łuckiego artysty Stanisława Sarcewicza można obejrzeć on-line
Wydarzenia
Platforma «Algorytm Działań» uruchomiła stronę internetową sartsevych.algorytm.ngo, poświęconą życiu i twórczości łuckiego rzeźbiarza Stanisława Sarcewicza.
24 listopada 2025
Oświecicielka z Korca
Artykuły
O Zofii Rudominie-Dusiatskiej (z domu Endrukajtis) historycy napisali niewiele. Wspominając tę «cichą kresową bohaterkę» w 140. rocznicę jej urodzin, będę się opierał nie tylko na ich publikacjach, lecz też na danych, które znalazłem w źródłach drukowanych i archiwalnych z XIX–XX w.
21 listopada 2025
Zajrzeć do ogrodu Sarcewicza
Artykuły
Już od czterech miesięcy Platforma «Algorytm Działań» przy wsparciu Ukraińskiej Fundacji Kultury prowadzi badania nad postacią rzeźbiarza naiwisty Stanisława Sarcewicza, który mieszkał i tworzył w Łucku.
22 września 2025
W Łucku zaprezentowano książkę o żołnierzach Armii Andersa związanych z Wołyniem
Wydarzenia
W Łucku ukazała się książka «Wołynianie w Armii W. Andersa w czasie II wojny światowej». Publikacja została zaprezentowana w Bibliotece Ołeny Pcziłki.
06 marca 2025
Emanuel Małyński – człowiek legenda z Polesia. Dziedzictwo publicystyczne i pisarskie
Artykuły
Emanuel Małyński (1873–1938) to postać nietuzinkowa – polski pisarz i publicysta, którego życie i twórczość pozostają interesującym świadectwem złożonych czasów, w których przyszło mu żyć.
28 stycznia 2025
Emanuel Małyński – człowiek legenda z Polesia. Hojny darczyńca, filantrop
Artykuły
Na Wołyniu Emanuel Małyński włączył się w liczne prace społeczne, wspierając działania wojewody Henryka Józewskiego. Był znanym filantropem i hojnym darczyńcą dla instytucji publicznych. Jego działalność filantropijna przyciągała najwięcej uwagi i szacunku. W pamięci ludowej pozostał jako człowiek, który z hojnością i oddaniem służył swojej ziemi i mieszkańcom.
14 stycznia 2025