Podjęto kolejny krok w sprawie usunięcia zarośli z cmentarza katolickiego w Złoczówce w obwodzie rówieńskim. 27 kwietnia wolontariusze ze Zjednoczonego Centrum Komunikacyjnego w Łucku i miejscowi mieszkańcy uporządkowali teren, wycinając gęstą i wysoką roślinność oraz podnosząc z ziemi pomniki, których nie oszczędził czas.
Udokumentowana historia Złoczówki liczy co najmniej 477 lat. Na jej ziemiach od niepamiętnych czasów mieszkali ludzie różnych narodowości. Jeszcze w latach 30. ubiegłego stulecia w tej miejscowości żyli Ukraińcy, Polacy, Czesi, Niemcy i Żydzi. Obecnie tylko kilka miejscowych nazw i zarośnięty cmentarz świadczą o dawnej obecności Polaków.


Decyzję o posprzątaniu nekropolii podjęli wolontariusze ze Zjednoczonego Centrum Komunikacyjnego (ZCK) w Łucku. Organizacja ta została założona na początku marca w celu koordynowania pracy wolontariuszy, służb mundurowych oraz władz miejskich, wymiany informacji i współpracy na rzecz obrony Wołynia i całej Ukrainy przed rosyjskimi okupantami. Centrum koordynuje przyjmowanie i dystrybucję pomocy humanitarnej, udziela wsparcia Siłom Zbrojnym, obronie terytorialnej, przesiedleńcom oraz wszystkim, którzy potrzebują pomocy w związku z rosyjską agresją.
Władysław Doroszenko, organizator akcji sprzątania i współkoordynator ZCK w Łucku, nie był wylewny w słowach. «Nasze Centrum zajmuje się przyjmowaniem, dostarczaniem i wysyłaniem pomocy humanitarnej, pomagamy wojsku, przesiedleńcom. Na ten cmentarz przybyli wolontariusze oraz osoby, które zgłosiły się na nasz apel. Nie mogliśmy zabrać wszystkich chętnych ze względu na ograniczoną liczbę miejsc w samochodach. Dlaczego tu jesteśmy? Przyjechaliśmy do Złoczówki, aby podziękować naszym polskim braciom za wielkie wsparcie, jakiego udzielili, udzielają i mam nadzieję, dalej będą udzielać nam podczas tej wojny» – powiedział.
Łącznie w pracach na cmentarzu wzięło udział ponad 20 osób: zarówno wolontariuszy, jak i mieszkańców wsi. Obowiązki były podzielone: kilku mężczyzn piłami łańcuchowymi ścinało większe drzewa, niektórzy oczyszczali teren z krzaków i mniejszych zarośli, ktoś wynosił gałęzie, inni podnosili i porządkowali pomniki.






Jak zaznaczyła starosta wsi Oksana Małecka, Złoczówka jest obecnie małą miejscowością liczącą około 370 mieszkańców. Większość z nich to ludzie starsi, młodzi są nieliczni – niektórzy wyjechali za granicę, inni przenieśli się do oddalonego o 30 km Łucka, gdzie zamieszkali już na stałe. Mężczyźni – niektórzy są na wojnie, inni na zarobkach. We wsi nie ma już Polaków. Kiedyś mieszkańcy dwa razy w roku porządkowali wiejski cmentarz, w tym samym czasie prace dotyczyły też polskiej jego części, ale w ciągu sezonu cmentarz znów zarastał. Teraz nie ma możliwości posprzątania całego terenu cmentarza.
«Pytałam teściową, urodzoną w 1949 r., a ona powiedziała, że już w jej dzieciństwie grobowce w polskiej części cmentarza były zniszczone, a niektóre jego części ogarnęły nieprzebyte zarośla. Kiedy wspólnie z Oleksijem Złatohorskim sprzątaliśmy tam zeszłego lata, to szukaliśmy seniorów, którzy mogliby nam coś o tym powiedzieć i nie znaleźliśmy takich ludzi» – mówi starosta.

Oleksij Złatohorski, archeolog i wolontariusz, od dawna zajmuje się porządkowaniem opuszczonych nekropolii wołyńskich, w tym polskich. «W zeszłym roku razem z Fundacją Partnerstwa dla Europy Środkowo-Wschodniej pracowaliśmy już w Złoczówce. Mieliśmy w planach dalsze porządkowanie cmentarza. Ponieważ wybuchła wojna, myśleliśmy, że w tym roku nic się nie da zrobić. Jednak samodzielnie zorganizowali się koledzy ze Zjednoczonego Centrum Komunikacyjnego w Łucku, za co należy im się ogromne podziękowanie. Oni pomagają aktualnie wschodniej Ukrainie i obwodowi kijowskiemu, które najwięcej ucierpiały z powodu rosyjskiej okupacji. Ponad 20 osób to siła. I pogoda nam sprzyja. Jeśli Bóg da, teraz wykonamy większość prac, a w maju, jak planuje Władysław Doroszenko, postaramy się je dokończyć» – powiedział Oleksij Złatohorski.
Wolontariusze stopniowo oczyścili większą część cmentarza z zarośli, wyciągnęli z ziemi i postawili na swoje miejsca kilka pomników. Wśród nich były nie tylko polskie nagrobki, ale także czeskie. Najstarszy zachowany pomnik pochodzi z 1846 r. Masywny kamień ważący kilkaset kilogramów był dużym wyzwaniem dla wolontariuszy, którzy nie dysponowali niezbędnym sprzętem, ale wspólnym wysiłkiem potrafili sprostać temu zadaniu. Wśród znalezisk były także pozostałości łuski po naboju.

Ponieważ pracy było dużo, musiałem rozmawiać z uczestnikami akcji w trakcie sprzątania.
Ludmiła postanowiła wziąć udział w przedsięwzięciu, kiedy zobaczyła ogłoszenie ZCK: «Jestem nauczycielką, pracuję w szkole nr 26 w Łucku. Teraz dzieci uczą się on-line, więc moje koleżanki i ja wyruszyłyśmy tutaj po porannych zdalnych lekcjach. Uważam, że na cmentarzu powinien być porządek».
W wymianę zdań włączyła się inna nauczycielka, Olena Czajkowska. Powiedziała: «Jestem miejscowa, mieszkam niedaleko cmentarza, po drugiej stronie ulicy. Mamy grupę w Viberze. Na niej przed Wielkanocą nasza starosta zapowiedziała, że będzie sprzątanie. Skończyłam swoje zdalne lekcje i przyszłam tu, aby pomóc. Przecież to jest moja wieś».
«Szwagier jest wolontariuszem w Centrum, zaproponował, żebym pomógł. Miałem wolny czas, czemu nie» – mówi Leonid z Łucka, kolejny uczestnik akcji.




Wśród tych, którzy pracowali na cmentarzu, był także Anatolij Kurnosow, ekspert kijowskiego Centrum Studiów Politycznych «Doktryna». Zajmuje się badaniem dialogu polsko-ukraińskiego, pisze m.in. dla «Radia Swoboda».
«W ostatnich latach zorganizowaliśmy szereg przedsięwzięć, poświęconych rosyjskiemu zagrożeniu hybrydowemu i mechanizmom destabilizacji. Widzimy, że przekształciły się już w agresję zbrojną na dużą skalę. Po ewakuacji z Kijowa pomagam tu na Wołyniu jako wolontariusz w łuckim ZCK. Dzięki przyjaciołom i partnerom z Polski – dziennikarzom Radia Wnet, Pawłowi Bobołowiczowi, Ambasadzie RP w Kijowie – udało nam się zorganizować kilka ładunków pomocy humanitarnej. Przybyły już na Wołyń i zostały przekazane dalej, do najbardziej dotkniętych wojną regionów na wschodzie Ukrainy. Postanowiliśmy wesprzeć inicjatywę wolontariuszy, którzy sprzątali cmentarze w Hołobach, Żurawnikach, Szpanowie i innych miejscowościach. To nie tylko znak wdzięczności, ale także znak solidarności i przyjaźni z Polakami, bo w naszej historii więcej nas łączy niż dzieli. Kwiecień jest na ogół bogaty w daty znaczące, symboliczne, bo w kwietniu 1920 r. podpisany został sojusz polityczny Piłsudski-Petlura, a kilka dni później część militarna tego sojuszu. Zaowocowało to udaną ofensywą i wyzwoleniem Kijowa od bolszewików. Teraz wszyscy mówią, że Putin potrzebuje zwycięstwa na «świętą» datę 9 maja. Mamy wspaniały przykład polsko-ukraińskiego zwycięstwa i defilady wojskowej w Kijowie właśnie 9 maja. Jestem przekonany, że sojusz polsko-ukraiński będzie się dalej umacniać. A teraz mamy wyjątkową historyczną szansę, aby przenieść na jakościowo nowy poziom. Nie możemy jej zignorować».
Pochodzący z Wołynia Witalij Sztepenko, od dłuższego czasu mieszkający w stolicy, również ewakuował tu swoją rodzinę. «W drugim dnia po przybyciu z Kijowa, który był ostrzeliwany przez Rosjan, zgłosiłem się do komisariatu wojskowego, lecz odmówili mi, ponieważ Siły Zbrojne w tej chwili są wystarczająco obsadzone. Żona jest wolontariuszką, opowiedziała mi o planowanym porządkowaniu cmentarza. Więc wziąłem samochód, narzędzia – i oto jesteśmy tu z przyjaciółmi. Przyjechałem tutaj, aby podziękować naszym partnerom i przyjaciołom z Polski. Teraz oczyszczamy i podnosimy z ziemi pomniki, oddając hołd naszym polskim rodakom. Jest to zarówno potrzebne, jak i interesujące zajęcie, ponieważ poznajemy własną historię».
Pod koniec sprzątania mieszkańcy Złoczówki, którzy również pracowali na cmentarzu, poczęstowali wszystkich sokiem brzozowym własnej produkcji. Wolontariusze zapalili następnie biało-czerwone znicze pod oczyszczonymi pomnikami. Przekazał je Konsulat Generalny RP w Łucku. Przed powrotem do Łucka, jako jedyny obecny katolik, pełniąc mój chrześcijański obowiązek, zmówiłem na cmentarzu tradycyjny Anioł Pański.
Pracy pozostało sporo, ale zdaniem uczestników akcji jej zakończenie nabiera już realnych kształtów.




W przydrożnej części katolickiego cmentarza w Złoczówce wzrok przykuwa jedyny zadbany pomnik, otoczony zaroślami krzewów i drzew. Miejscowy mieszkaniec Petro Szandera zaprosił mnie do swojego domu, aby opowiedzieć historię tego grobu.

Okazało się jednak, że jego «tu bliziutko» to około półtora kilometra w jedną stronę. Droga zeszła jednak szybko. Mężczyzna kulał, ale dość żwawo pokonywał szlak przebiegający przez pagórki, po drodze opowiadając historię tego terenu. Okazało się, że pola, po których idziemy, były kiedyś zabudowane. Była tu część wsi zamieszkała przez Polaków. Teraz nie ma po niej śladu. Dopiero cegła, którą wyłożono głęboką kałużę sugeruje, że prawdopodobnie pochodzi z polskiego domu lub piwnicy.



Dotarliśmy więc do posiadłości, znajdującej się na jednym z sąsiednich pagórków. «Tu jest pięknie i stąd wszystko dobrze widać» – pokazuje gospodarstwo. Okolica rzeczywiście jest bardzo malownicza. Podwórko zadbane, winogrona, czereśnie, kwiaty na klombach. Oczywiście oprócz domu i kuchni jest obora, a w niej krowa, świnie, króliki. Jest także kuźnia, w której rządzi syn Konstantyn, uczestnik operacji antyterrorystycznej na wschodzie Ukrainy. «Zbudował dla siebie kuźnię, sam zrobił narzędzia, sam kuje. Krzesła, stoły, takie rzeczy praktyczne i artystyczne. I buduje też, z cegły i kamienia» – chwali się ojciec.

Wracając do tematu wspomnianego wyżej pochówku, Petro Szandera powiedział, że został tam pochowany Polak Mikołaj Masłowski, dyrektor tartaku w Boremelu. Był to austriacki tartak, w którym można było ciąć 50-centymetrowe kłody, nigdzie w pobliżu nie było tak potężnego. Pracowało w nim do 70 osób. Działał jeszcze do niedawna, Petro też tu pracował.

«W 1942 r. w Hrinnikach odnaleziono jego związane drutem ciało. Wypłynęło w Styrze gdzieś po dwóch tygodniach, może miesiąc po zniknięciu Masłowskiego. Sprowadzono go do Złoczówki, bo był tu kościół. Został pochowany w nocy. A w połowie lat 70. jego siostra, lekarz wojskowy, przyjechała do naszej wsi z krajów bałtyckich. Szukała grobu brata i znalazła go. Ta siostra nocowała w naszym domu. Miała przy sobie pistolet, miała zezwolenie na posiadanie broni, na noc kładła go pod poduszkę» – wspominał Petro Szandera.
Żona Larysa uzupełnia: «Mieszkał tu Jakym Poliszczuk, mężczyzna w bardzo sędziwym wieku, miał jedną rękę. Pokazał tej kobiecie dokładnie, gdzie został pochowany jej brat. Był obecny na jego pogrzebie i pamiętał szczegóły, o których inni nie wiedzieli, ponieważ było to utrzymywane w tajemnicy. Cmentarz polski, jak powiedziała mi moja babcia, był otoczony murem i miał piękne krypty. Kiedyś była tu duża polska kolonia. Nawet do dnia dzisiejszego zachowały się polskie nazwy. Oto naprzeciwko naszego domu – Kantarów Brzeg, tam mieszkał pan Kantar. Siostra Mikołaja Masłowskiego, która nocowała u nas, powiedziała, że po tym, jak został zamordowany, jego żona, syn i córka uciekli do Polski. Moja córka aktualnie mieszka w Polsce, więc poprosiłam, żeby poszukała potomków, ale na razie nic nie wiadomo. Siostra Masłowskiego dała pieniądze na pomnik i poprosiła o opiekę nad grobem. Wówczas przewodniczącą rady wiejskiej była Walentyna Bobryk. Za te pieniądze postawiła pomnik, w czasach sowieckich tym pochówkiem opiekowali się miejscowi mieszkańcy. Potem o mogiłę dbał mój mąż, który pracował w tartaku i zainteresował się tą historią».
Jak wspominają państwo Szanderowie, na początku lat 2000. Petro Szandera samodzielnie zajął się sprzątaniem polskiego cmentarza, sprowadził tu też księdza. Dzięki fotografii zachowanej w rodzinie ustalono, że był to ks. Bazyli Żyński, kapłan diecezji łuckiej. W 2004 r. poświęcił pomnik Mikołaja Masłowskiego. Następnie Petro Szandera zaprowadził księdza Bazylego Żyńskiego do miejsca, w którym kiedyś stał kościół. Mężczyzna sam próbował posprzątać cmentarz, przybił tabliczkę, żeby ludzie nie rzucali tam śmieci. «Ale człowiek nie da rady tak wiele brać na siebie, ponadto później Petro poważnie zachorował. I tak ten cmentarz zaczął coraz więcej zarastać» – powiedziała pani Łarysa.

Gościnni gospodarze szybciutko nakryli do stołu, częstowali pysznym pieczywem, ciastem wielkanocnym i lokalnym «mazurem». Wśród przysmaków były ugotowane przez gospodynię oraz przez gości – krewnych, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Kijowa z powodu rosyjskiego ostrzału i zamieszkali w jej domu.

«Nazwisko męża pochodzi od dubieńskich kozaków szeregowych. A ja jestem miejscowa. Ta ziemia została kupiona jako posag dla mojej prababci, kiedy została zaręczona w wieku czterech lat. Więc przez tyle lat tu mieszkamy» – opowiedziała Larysa Szandera.
Tekst i zdjęcia: Anatol Olich