Nazwisko Dmytra Antoniuka znane jest osobom zainteresowanym podróżami i historią. Oprócz licznych artykułów na temat historii lokalnej, jego dorobek obejmuje m.in. kilka książek poświęconych dziedzictwu historycznemu Ukrainy. Wśród nich znajdują się «Zamki i rezydencje na Ukrainie związane z rodami polskimi». 15 października autor zaprezentował tę publikację w Przestrzeni Muzealnej «Zamek Okolny» w Łucku.
Książki Dmytra Antoniuka mogą służyć jako przewodniki dla podróżników. Na przykład na łamach książki «Zamki i rezydencje na Ukrainie związane z polskimi rodami» czytelnik znajdzie opisy i zdjęcia 512 zabytków, a także mapę, która pomoże je odnaleźć za pomocą kodów QR. Przede wszystkim jednak dla autora ważne jest badanie historii zabytków architektury na terenie Ukrainy i udokumentowanie ich aktualnego stanu.
– Dmytro, znamy Cię jako autora książek o zabytkach Ukrainy, przewodnika i dziennikarza. Co dzisiaj robisz?
– Obecnie pracuję jako korespondent polskiego Radia Wnet. Codziennie relacjonuję wiadomości z Ukrainy, przede wszystkim wydarzenia na froncie, ale nie tylko: politykę, gospodarkę i wszystko, co niepokoi ludzi po obu stronach granicy.
Audycja «Raport z Kijowa», której jestem jednym z autorów, emitowana jest na żywo o godzinie 10:30 czasu ukraińskiego, czyli o godzinie 9:30 polskiego. Prowadzę także własny program muzyczny «Wspólne Skarby». Jest w nim zawsze emitowanych sześć różnych kompozycji światowych, w tym obowiązkowo występuje muzyka z Polski, Białorusi i Ukrainy. Pomiędzy piosenkami opowiadam różne ciekawostki o wykonawcach, lokalnych obyczajach i wydarzeniach historycznych. Program ten nadawany jest w nocy ze środy na czwartek o godzinie 00:10 czasu polskiego, czyli o 01:10 czasu ukraińskiego.
Gdybym nie miał tej pracy, nie byłoby mi łatwo, bo nie mogę obecnie wykonywać swojej głównej działalności jako przewodnik. Wcześniej prowadziłem wycieczki po Ukrainie, m.in. do Czarnobyla. Kontynuuję działalność dziennikarza freelancera, ale nie można tego nazwać stabilną pracą.
– Książka «Zamki…» jest Twoim opus magnum całego życia czy tylko obecnego jego fragmentu?
– Prawdopodobnie tylko obecnego (uśmiecha się – red.).
– Czy planujesz wydać ją po polsku?
– Prace nad tłumaczeniem książki już trwają. Zajmuje się tym wspaniały specjalista, Polak Artur Deska, od wielu lat mieszkający w Drohobyczu. Dużo robi dla Ukrainy, prowadzi działalność charytatywną.
– Co czułeś, gdy otrzymałeś pierwszy egzemplarz? Czy może nie było specjalnych emocji, nie jest to przecież Twoja pierwsza książka?
– Nie, zdecydowanie to było dla mnie ważne wydarzenie. Zwłaszcza, że nosiłem się z tym pomysłem już od dawna. Zaprojektowałem okładkę i to, jak książka będzie wyglądać. Chciałem, żeby miała twardą oprawę i właśnie w takich kolorach, złocie i błękicie, barwach narodowych Ukrainy. Polskie wydanie będzie w polskich barwach. Projektant i ja włożyliśmy wiele wysiłku w to, aby trzymanie tej książki w ręku było dla czytelnika przyjemnością.
– Dlaczego wybrałeś tak długi tytuł?
– Trzeba zdać sobie sprawę, że zabytki te budowane były głównie przez Ukraińców. Podkreśla to ich ukraińskość, ale są one bezpośrednio związane z Polakami.
Kiedy książka już się ukazała, jeden z czytelników skarcił mnie: «Dlaczego znowu coś «polskiego», a nie, powiedzmy, «rzeczpospolitańskiego»? W odpowiedzi zaproponowałem mu sprecyzować sytuację, dotyczącą np. pałacu Hańskich w Wierzchowni na Żytomierszczyźnie, gdzie mieszkali małżonkowie Honoré de Balzac i Ewelina Hańska. Pałac powstał na początku XIX w., kiedy Rzeczpospolita Obojga Narodów już nie istniała. A co z wieżą Czartoryskich w Łucku, która została zbudowana, gdy Rzeczpospolita jeszcze nie istniała? Specjalnie wybrałem tę nazwę, aby podkreślić, że są to zabytki przede wszystkim ukraińskie, ale które były finansowane polskie rody i to czyni je naszymi wspólnymi zabytkami.
– Jak zacząłeś badać zabytki w ogóle, a zabytki polskie w szczególności?
– Fascynacja zabytkami pochodzi z dzieciństwa i jest spadkiem po rodzicach. Jako dziecko sadzali mnie na tylnym siedzeniu naszego Żiguli i jechaliśmy na wycieczki. Często wyjeżdżaliśmy na zachód Ukrainy. Widziałem wiele zamków, pałaców, kościołów i cerkwi. A kiedy dorosłem i zacząłem samodzielnie zgłębiać temat, okazało się, że większość tych zabytków jest związana z Polakami. Zacząłem sięgać po źródła w większości polskojęzyczne. W ten sposób nauczyłem się języka polskiego.
Moją pierwszą samodzielną wycieczkę odbyłem do Berdyczowa, do klasztoru Karmelitów Bosych. Było to w lutym 1992 r. Klasztor był w katastrofalnym stanie, do podziemi można było wejść przez dziury. Mój przyjaciel i ja mieliśmy wtedy po 16 lat, złaziliśmy tam wszystko i bardzo nas to zainspirowało.
– Czy to publikacja dla podróżników, czy dla miłośników historii?
– Myślę, że będzie przydatna i dla pierwszych, i dla drugich. Jednak jednym z głównych zadań publikacji jest przedstawienie aktualnego stanu zabytków. Ponad jedna trzecia z nich jest w tak złym stanie, że grozi nam ich utrata w ciągu pięciu do siedmiu lat. Wstyd to mówić, ale w czasach niepodległości przez zaniedbania straciliśmy kolosalną liczbę zabytków. W książce pokazuję te, które zachowały się przynajmniej częściowo, można je zobaczyć i dotknąć. Nawet jeśli ocalała tylko jedna ściana, nawet jeśli wejście do niej było już niebezpieczne, przyjechałem, zrobiłem zdjęcia, napisałem o tym budynku, aby przyczynić się do zachowania naszego dziedzictwa kulturowego.
– Działasz w tej dziedzinie od wielu lat. Czy z Twoich obserwacji wynika, że zmienia się stosunek Ukraińców do pomników przeszłości?
– Wcześniej, gdy odwiedzałem miejsca, w których zabytki były w złym stanie, starałem się zwrócić na to uwagę lokalnych mieszkańców. W odpowiedzi natomiast często słyszałem coś takiego: «Po co mielibyśmy coś robić, przecież to nie nasze, lecz polskie? Niech Polacy przyjdą i zrobią, jeśli chcą». Teraz w niektórych miejscach takie podejście nadal istnieje, ale raczej jako wyjątek. Cieszy mnie to, bo ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę, że to są nasze ukraińskie skarby. Tak, być może ta zmiana dzieje się ze względów czysto praktycznych, tj. związana jest z możliwością zarobienia na przykład na sprzedaży magnesów, organizowaniu wycieczek, wynajmowaniu mieszkania… Ale moim zdaniem jest to zmiana bardzo pozytywna.
– Podróżując po Ukrainie często można spotkać bardzo zaniedbane zabytki architektury i historii. Jak zapobiec ich zniszczeniu?
– Jestem zwolennikiem koncepcji, która sprawdza się w Polsce lub Czechach, gdzie zabytek mogą kupić lub wynająć osoby prywatne. Warto podkreślić, że w takich krajach działają profesjonalni konserwatorzy i historycy sztuki, którzy nie pozwalają nowym właścicielom robić, co im przyjdzie do głowy, nie pozwalają na zniekształcanie zabytków. Mamy z tym duży problem – specjalistów jest niewielu, uczelnie w ogóle nie kształcą fachowców w niektórych dziedzinach. Ten problem prawdopodobnie będzie się tylko pogłębiał. Niestety ukraińskie ustawodawstwo nie pozwala na prywatyzację zabytków o znaczeniu narodowym czy lokalnym, a status chroniony często prowadzi nie do ocalenia, ale do zniszczenia.
– Czy kiedykolwiek byłeś świadkiem tego jak umiera zabytek?
– Tak i to niejednokrotnie. Jako przykład mogę przytoczyć pałac Lanckorońskich we wsi Peremożne (dawniej wieś Chłopy) w obwodzie lwowskim. W 2010 r. byłem tam i robiłem zdjęcia. Choć zniknął dach i strop między piętrami, fasada nadal stała. Teraz, w roku 2023, mury się zawaliły i pozostały po nich żałosne ruiny, z których cegła stała się łupem miejscowych mieszkańców.
Jeżeli obiekt ma status zabytku o znaczeniu narodowym, musi być objęty ochroną państwa. W praktyce prawo często odbiega od rzeczywistości.
– Czy to oznacza, że tracimy zabytki z powodu swojej nieodpowiedzialności?
– Niestety, nie jest to jedyny powód. Na stronie internetowej Ministerstwa Kultury znajduje się zakładka, która prowadzi do «martyrologii» zabytków zniszczonych lub uszkodzonych przez Rosjan w czasie tej wojny. Jest ich już ponad 800 i jest to przerażająca liczba.
Zabytki ulegają zniszczeniu nie tylko na linii starć bojowych czy w strefie frontu. Byłem niedawno w Międzybożu (obw. chmielnicki – red.), tam w murach twierdzy znajduje się pałac Sieniawskich, który jest obecnie odnawiany. Dosyć daleko od zamku spadł i wybuchnął jakiś pocisk. Eksplozja była tak potężna, że fala uderzeniowa wybiła okna, a nawet drzwi w zamkowej kaplicy. I to pomimo faktu, że jest chroniona ze wszystkich stron grubymi ścianami. Wojna jest realnym zagrożeniem dla naszych zabytków.
W styczniu tego roku odwiedziłem Bachmut. Udało mi się tam dostać tylko dzięki pomocy chłopaków z Sił Operacji Specjalnych i to dosłownie na pół godziny. Miasto było pod ostrzałem.
Dotarliśmy pod kościół, zbudowany na początku XX w. przez Polaków, którzy tam położyli linię kolejową. Świątynia przetrwała czasy władzy sowieckiej, po odzyskaniu niepodległości w opłakanym stanie została zwrócona katolikom. Kiedy tym razem byłem w kościele, nie było na nim dachu. W Internecie pojawiło się wideo, na którym ukraiński żołnierz gra na pianinie w jego murach. Nie wiem, czy ta świątynia przetrwała.
Równie godny ubolewania jest los kościoła w Kisielówce, zbudowanego przez polskich imigrantów w latach 50. XIX w. na granicy współczesnych obwodów chersońskiego i mikołajowskiego. Świątynia przez długi czas znajdowała się na linii ognia. Moskale zdewastowali go strzelając z czołgów. Zabytku nie ma, a katolicy modlą się w namiocie.
– Perspektywy nie są różowe: obojętność i wojna niszczą nasze zabytki. Czy są skazane na zagładę?
– Nie. Są świetne przykłady, jak można zadbać o zabytek. Oto ilustracja: obwód chmielnicki, wieś Otroków koło Nowej Uszycy. Tam na przełomie XVIII i XIX w. istniało tzw. Państwo Mińkowieckie, które należało do ekscentryka nazywanego Podolskim Münchhausenem Ignacego Ścibora-Marсhockiego. We wsi zachowała się część jego letniej rezydencji. W czasach sowieckich mieściła się tam szkoła, już po odzyskaniu niepodległości – rzeźnia, potem budynek po prostu opuszczono. Nie znajdował się na oficjalnej liście zabytków architektury.
Około 15 lat temu rezydencję tę kupił lwowski biznesmen Ihor Skalski. Ma teraz piękny dach kryty gontem i kilka pokoi gościnnych ze wszystkimi udogodnieniami i Wi-Fi. Właściciel wyposażył je w stare meble, które sam odnalazł w okolicznych wsiach i oddał do renowacji. Oprócz ratowania budynku, to także szansa dla turystów na przystanek noclegowy, a dla okolicznych mieszkańców na kilka miejsc pracy.
W pałacu w Malejowcach w obwodzie chmielnickim znajdowało się sanatorium. W 2020 r. Ministerstwo Zdrowia zamknęło go. Lokalna entuzjastka Anastasija Doneć zaapelowała w mediach społecznościowych o uratowanie zabytku, ponieważ zbliżała się zima. Dzięki zebranym funduszom udało się ogrzać pałac zimą, a w następnym roku utworzono w nim muzeum krajoznawczo-historyczne. Teraz Anastasija Doneć jest jego dyrektorką.
Pałac się rozwija, odrestaurowano w nim kaplicę, uporządkowano park, odbywają się tam autorskie wycieczki. W odrodzonej stajni trzymanych jest kilkanaście koni, a obecnie na rehabilitację trafiają tam ranni żołnierze. Również w obwodzie chmielnickim lokalni pasjonaci próbują ratować pałac w Udrzejowcach.
– Które zabytki Ukrainy zrobiły na Tobie największe wrażenie?
– Trudno powiedzieć. Takich zabytków jest wiele. Znacznie częściej wspominam te epizody, kiedy nie miałem własnego samochodu i podróżowałem pieszo lub komunikacją publiczną. A do Nowomalina koło Ostroga trafiłem na konnym wozie, bo od autostrady prowadzi tam siedem kilometrów tzw. soszy, czyli lokalnej kostki brukowej. Te wyjazdy pamiętam najbardziej, zwłaszcza, że musiałem nocować w namiocie. Utrwaliło mi się w pamięci, jak spędziłem noc w lesie w pobliżu pozostałości klasztoru Bernardynów z XVII wieku w Iwaniczach na Wołyniu.
– Z jakimi zabytkami kojarzy Ci się Wołyń?
– W 2002 lub 2003 r. po raz pierwszy przyjechałem do Łucka i dostałem się do podziemi Katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła, do Oleha Wynohradowa. Podziemia zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Niezapomniana była także wizyta w dawnym klasztorze franciszkanów w Międzyrzeczu Ostrogskim, gdzie zachowała się oryginalna ikona Matki Bożej z XVI wieku. Jej namalowanie zlecił książę Konstanty Ostrogski po zwycięstwie nad wojskami moskiewskimi pod Orszą. Zachowało się bardzo niewiele oryginałów tak dawnych ikon, są one unikatowe. Wspomniałbym także o pałacu Wiśniowieckich w Wiśniowcu, gdzie obecnie mieści się rezerwat historyczno-architektoniczny.
– I tradycyjnie: jakie masz plany?
– Myślę, że polskie wydanie «Zamków…» ukaże się w przyszłym roku. Mam jeszcze kilka projektów, jeden z nich szczególnie dotyczy Wołynia. Ale o tym za wcześnie jeszcze mówić.
Tekst i zdjęcie: Anatol Olich