Dobrego wychowania, podobnie jak markowej, wyśmienitej porcelany, dziś używa się głównie na specjalne okazje. Od wielkiego dzwonu. Kiedyś stała w kredensie, była na widoku i broń Boże nie wolno było jej bez powodu dotykać w obawie przed stłuczeniem.
Dzieci miały absolutny zakaz zbliżania się do owego, najczęściej przekazywanego z pokolenia na pokolenie serwisu, na odległość nie mniejszą niż bezpieczne 2 metry. Dziś owszem, większość ludzi posiada takie skarby, ale raczej ukryte głęboko na systemowych półkach mebli kuchennych za 50 tys. złotych. Podobnie głęboko skryta jest kindersztuba, gdzieś między niepotrzebną instrukcją obsługi ekspresu ciśnieniowego, a serwetkami z wyszytym jeszcze przez prababcię monogramem.
Dawniej dobre wychowanie wysysało się z mlekiem matki. Dziecko ledwo nauczyło się chodzić, ledwie odrosło od matki ziemi, a już wiedziało, że dzień dobry mówi się głośno, wyraźnie i najlepiej bez przeżuwania kanapki tudzież mamlania gumy do żucia. Rodzice mieli prostą, ale niezwykle skuteczną metodę pedagogiczną: wystarczyło jedno spojrzenie i człowiek natychmiast stawał do pionu.
Nie było negocjacji, aplikacji wspierających emocje ani setek poradników rozwiewających wątpliwości w każdym dowolnym zakresie. W ogólnym zastosowaniu było: nie przerywaj, zwłaszcza dorosłym, nie mlaskaj, nie kręć się. Kiedyś dobre wychowanie polegało też na tym, żeby nie wychodzić przed szereg. Dziecko miało być dzieckiem, dorosły dorosłym, a sąsiad wiecznie czujnym obserwatorem.
W tramwaju bez szemrania ustępowało się miejsca starszym, w sklepie stało się w kolejce, a w gościach nie grzebało się w cukiernicy jak koparka w żwirze. Nawet jeśli ktoś miał muchy w nosie, to trzymał je na wodzy, bo publiczne fochy były uznawane za objaw braku ogłady, a nie wyrażania siebie i swoich emocji. Podobnie było z odzieniem i tym, co każdy miał na głowie.
Gotyckie makijaże u dwunastolatek nie przeszłyby w żadnej szkole, a i rodzic nie wypuściłby z domu kilkunastoletniego ucznia przebranego jak na wieczór halloweenowy tylko dlatego, że tenże uczeń właśnie oznajmił, iż w ten sposób wyraża swoje wewnętrzne ja.
Dziś dobre wychowanie przeszło metamorfozę. Jest bardziej elastyczne. Dla niektórych wręcz nowoczesne i, jak to się ładnie mówi, zindywidualizowane.
Teraz nie zwraca się uwagi, tylko stawia granice. Nie mówi się przeproś, tylko zastanów się nad emocjami, które wywołałeś w drugim człowieku. W efekcie takiego działania jakiś młokos wchodzi ci na stopę, patrzy w telefon i idzie dalej, a ty zostajesz z pytaniem, czy to już brak kultury, czy może nowa forma komunikacji niewerbalnej, za którą nie nadążasz.
Kiedyś, żeby zachować twarz należało żyć przyzwoicie, z godnością i honorem. Dziś twarz, podrasowaną przez fotoshopa, zachowuje się głównie w mediach społecznościowych. Można komuś nie odpowiedzieć na dzień dobry, ale absolutnie nie wolno zapomnieć o lajku pod zdjęciem obiadu tudzież fotką z imprezy.
Paradoksalnie, im więcej mówimy o empatii i szacunku, tym rzadziej używamy ich w praktyce, niezależnie czy dotyczą komentarzy w necie, czy ludzi, z którymi spotykamy się w realnym życiu. Oczywiście, kij ma dwa końce. Dawne dobre wychowanie bywało sztywne, momentami opresyjne, przypominające pruski dryl z tą różnicą, że podmiot podlegający wychowaniu nie nosił jeszcze wąsów, a jego wzrost nie przekraczał długości karabinu.
Kindersztuba najeżona była zasadami, których nikt nie rozumiał, ale wszyscy bali się je złamać. Dzisiejsze wychowanie daje więcej luzu, swobody i przestrzeni na bycie sobą. Problem w tym, że bycie sobą coraz częściej oznacza bycie głośnym, roszczeniowym, nawet zwyczajnie niedouczonym i kompletnie niezważającym na innych.
A między jednym a drugim podejściem do wychowania, gdzieś po drodze, zgubiło się takie zwyczajne «proszę», «dziękuję» i umiejętność słuchania. Może więc zamiast tęsknić za przeszłością albo bezkrytycznie zachwycać się teraźniejszością, warto byłoby zastanowić się nad małżeństwem starych i nowych zasad. Może z takiego związku urodziłoby się coś dobrego i mądrego w sztuce wychowania?
Coś, co pozwoliłoby nie wznosić oczu ku niebu starszemu pokoleniu na widok dzieci, których nie dotyczą żadne zakazy i bariery, a młodemu dałoby narzędzie pokojowego wyjścia z kryzysu bezstresowego wychowywania. Bo choć czasy się zmieniają, to potrzeba wzajemnego szacunku i zrozumienia, wbrew pozorom, wcale się nie zestarzała.
I naprawdę nie trzeba mieć przyklejonej łatki staroświeckiego, żeby czasem po prostu zachować się jak człowiek, który odebrał dobrą kindersztubę.
***
Coś robimy od wielkiego dzwonu, czyli bardzo rzadko.
Ustawić kogoś do pionu, a więc zdyscyplinować, przywołać do porządku.
Nie wychodzić przed szereg, czyli nie wyróżniać się.
Robić coś bez szemrania, a więc potulnie, bez protestu.
Mieć muchy w nosie to dąsać się, obrażać bez powodu, wywyższać ponad innych.
Trzymać się na wodzy, czyli kontrolować, panować nad emocjami, sytuacją.
Przykleić/przypiąć komuś łatkę oznacza przypisać mu jakąś cechę, zachowanie, opinię; często było to niesprawiedliwe i stereotypowe.
Pruski dryl oznacza rygorystyczną, skrajnie surową dyscyplinę, twarde przestrzeganie zasad oraz musztrę, często to wszystko wprowadzane jest bardzo apodyktycznie.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG