Bernard Ładysz należał do tych artystów, których nie da się łatwo zamknąć w jednym zdaniu ani nawet w jednym gatunku. Dla jednych był przede wszystkim wybitnym basem operowym, dla innych charakterystycznym głosem z filmów i nagrań, jeszcze dla innych świadkiem historii, który przeszedł przez dramatyczne doświadczenia XX wieku i potrafił o nich mówić bez patosu, za to z uważnością i spokojem.
A jednak, gdy próbuje się uchwycić jego fenomen, na pierwszy plan wysuwa się coś innego. Rzadkie połączenie wielkiego talentu i zwyczajnej, ludzkiej, pogody ducha. Urodzony w 1922 r. w Wilnie, Ładysz dorastał w świecie, który wkrótce miał runąć. Wojna odcisnęła na nim swoje wyraźne i nieusuwalne piętno. Był żołnierzem Armii Krajowej. Był więźniem sowieckiego łagru.
Ta biografia mogłaby stać się ciężarem, który przytłacza i negatywnie determinuje całe późniejsze życie. W jego przypadku stała się raczej fundamentem odporności. Nie epatował nią, nie budował na niej pomnika własnej osoby. Była w nim jak cichy akord. Obecny, ale nie dominujący.
Na scenie pojawiał się pewny siebie, bez cienia wahania. Jego głos – głęboki, szlachetny bas – miał w sobie coś, co trudno dziś nazwać inaczej niż prawdą. Taką jaką słyszymy od kogoś bliskiego. Nie chodziło wyłącznie o technikę, choć ta była imponująca.
Chodziło o sposób prowadzenia frazy, o dykcję, o naturalność, która sprawiała, że nawet monumentalne partie operowe nie traciły ludzkiego wymiaru. W czasach, gdy opera bywała traktowana jako sztuka nieco odległa od codzienności, Ładysz potrafił ją przybliżyć, nie upraszczając jej ani nie spłycając. Był solistą Teatru Wielkiego w Warszawie przez wiele lat, śpiewał najważniejsze partie basowe od repertuaru włoskiego po rosyjski i polski. Współpracował z wybitnymi dyrygentami i reżyserami, nagrywał, występował za granicą. A jednak nigdy nie sprawiał wrażenia artysty z innego świata.
W jego wypowiedziach, w sposobie bycia, było coś ujmująco zwyczajnego. Może dlatego publiczność czuła do niego nie tylko podziw, ale i ogromną sympatię. Ta otwartość objawiła się także w jego działalności poza operą. Ładysz chętnie brał udział w nagraniach muzyki popularnej, użyczał głosu w filmach, pojawiał się w projektach, które dla purystów, takich co to nigdy i za żadne pieniądze, mogły wydawać się zbyt lekkie.
On sam zdawał się nie widzieć w tym problemu. Sztuka nie była dla niego hierarchią zamkniętych pięter, uporządkowanych i raz na zawsze przydzielonych szufladek, lecz przestrzenią spotkania i rozmowy z odbiorcą. Jeśli można było dotrzeć do kogoś poprzez piosenkę czy dubbing to dlaczego z tego rezygnować? Z tej właśnie otwartości brały się także jego epizody filmowe, które dla wielu widzów stały się zaskakującym, ale miłym odkryciem.
W kultowym filmie «Znachor» z 1981 r. pojawił się w niewielkiej roli młynarza. To nie była kreacja pierwszoplanowa, nie taki był jej cel, a jednak Ładysz wniósł do niej coś swojego i absolutnie niepowtarzalnego. Spokój, wiarygodność, ciepło i charakterystyczną osobowość. W filmie, który do dziś wraca na ekrany, wciąż wywołuje te same emocje i wciąż znajduje nowych widzów, takie niewielkie role budują świat równie skutecznie jak główne wątki.
Bernard Ładysz nie udawał kogoś, kim nie był, ale też nie zamykał się w jednym wizerunku, w ściśle dobranych ramkach. Być może dlatego jego kariera trwała tak długo i była powiązana z ogromnymi sukcesami. Nie była projektem na kilka sezonów, lecz żywym procesem, który dostosowywał się do zmieniających się okoliczności i propozycji. Śpiew operowy to dyscyplina wymagająca żelaznej kondycji, kontroli nad ciałem i głosem, ciągłej pracy. Do tego należy jeszcze dodać pojawiające się z wiekiem ograniczenia i narastające trudności.
A jednak nawet w późniejszych latach nie tracił kontaktu z publicznością. Pojawiał się na scenie i w mediach, dzielił się doświadczeniem, opowiadał, często z humorem, o swojej karierze i drodze życiowej. Ten humor był kluczem do zrozumienia jego osobowości. Nie był to humor efektowny ani sceniczny, lecz raczej ciepły, lekko ironiczny, skierowany także do samego siebie. Pozwalał zachować dystans wobec sukcesów i porażek, wobec historii i współczesności.
Bernard Ładysz odszedł w 2020 r., pozostawiając po sobie nagrania, wspomnienia i pewien styl bycia artystą. Styl, który nie polegał na nieustannym udowadnianiu swojej wielkości, lecz na spokojnym jej realizowaniu. Można powiedzieć, że był artystą spełnionym nie tylko w odniesieniu do sceny, ale także osobowości.
Dziś, gdy łatwo ulec wrażeniu, że wszystko musi być natychmiastowe, spektakularne i jednoznaczne, kariera Bernarda Ładysza pokazała, że prawdziwe mistrzostwo rozwija się powoli i bez hałasu. Można być jednocześnie wielkim artystą i ciepłym, zwyczajnym człowiekiem. A to wcale nie jest takie oczywiste.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG
Na zdjęciu: Bernard Ładysz. Autor: Edward Hartwig. CC BY 4.0.