Pierwsza myśl, a jednocześnie pokusa, jaka przyszła mi do głowy przed napisaniem kolejnego odcinka o związkach (frazeologicznych) dziwnych a ciekawych, była związana z przeniesieniem się nieco w czasie, do lat 20. i 30. minionego stulecia na warszawski Służewiec – miejsce końskich gonitw.
Gorące lipcowe słońce. Ludzie i zwierzęta odnajdują chwilę wytchnienia w cichym, błogosławionym cienia wędrowaniu. Pod parasolem gęstych liści starej jabłoni ustawiono stół i cztery wiklinowe fotele. W jednym zasiadł starszy mężczyzna, a w drugim młody chłopak.
Dobra pogoda może zdziałać cuda: potrafi zachęcać do spacerów, poprawia nasze samopoczucie, dzięki niej jesteśmy w stanie zapomnieć o kłopotach i problemach.
Jest piękne popołudnie. Biurowiec opuszczają dwie dobrze ubrane kobiety. Są pogrążone w rozmowie. Ot, taka sobie zwykła wymiana zdań pomiędzy koleżankami wychodzącymi z pracy.
Jak wiadomo, w korporacjach pracuje międzynarodowe towarzystwo. Wiąże się to częstokroć z dość zabawnymi i nieoczekiwanymi efektami wynikającymi z tej radosnej współpracy. W porze lunchu można usłyszeć, między wieloma innymi, taką oto rozmowę:
W godzinach szczytu, kiedy tłok w autobusach miejskich taki, że szpilki nie wciśniesz, a ludzie upchani jak sardynki w puszce, chcąc nie chcąc stajesz się właścicielem gumowego ucha podsłuchując cudze rozmowy.