Pokażcie mi takiego, który nie lubi zbierać grzybów. Powiedzcie mu: «Chodźmy do lasu», a on odpowie: «Nie, nie, muszę posprzątać mieszkanie, zrobić pranie i wyprasować wszystkie koszule».
Jestem kibicem. Dzielnie i z wielkim zaangażowaniem ściskam palce za reprezentację narodową, niezależnie od dyscypliny, w której toczy się rywalizacja. Zdzieram gardło wrzeszcząc wniebogłosy do telewizora: podaj! ścinaj! strzelaj! Płaczę jak bóbr, gdy na olimpiadzie, patrząc na złotych medalistów, słyszę Mazurka Dąbrowskiego.
Koniec wakacji? Już po urlopie? Wyjazd udany? Jakże można uniknąć takich pytań pod koniec lata. Po prostu nie sposób. Zatem zróbmy małe podsumowanie.
W Krakowie, podobnie jak na całym świecie, wszyscy (no może prawie wszyscy) ludzie, niezależnie od wykształcenia i doświadczenia, a opierając się jedynie na tzw. życiowej mądrości, uważają samych siebie za znakomitych ekonomistów i lekarzy.
Pierwsza myśl, a jednocześnie pokusa, jaka przyszła mi do głowy przed napisaniem kolejnego odcinka o związkach (frazeologicznych) dziwnych a ciekawych, była związana z przeniesieniem się nieco w czasie, do lat 20. i 30. minionego stulecia na warszawski Służewiec – miejsce końskich gonitw.
Gorące lipcowe słońce. Ludzie i zwierzęta odnajdują chwilę wytchnienia w cichym, błogosławionym cienia wędrowaniu. Pod parasolem gęstych liści starej jabłoni ustawiono stół i cztery wiklinowe fotele. W jednym zasiadł starszy mężczyzna, a w drugim młody chłopak.
Dobra pogoda może zdziałać cuda: potrafi zachęcać do spacerów, poprawia nasze samopoczucie, dzięki niej jesteśmy w stanie zapomnieć o kłopotach i problemach.
Jadąc pociągiem w daleką drogę ludzie (z wyjątkiem samotników, których uszanować trzeba) wcześniej czy później nawiązują przeróżne znajomości.
Jest piękne popołudnie. Biurowiec opuszczają dwie dobrze ubrane kobiety. Są pogrążone w rozmowie. Ot, taka sobie zwykła wymiana zdań pomiędzy koleżankami wychodzącymi z pracy.
Mówią o mnie, że mam parcie na szkło! Totalna bzdura! Ja, taka szara myszka, większej głupoty nie słyszałam.