Niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że emocje, jakich doświadcza Harrison Ford w filmie «Poszukiwacze zaginionej arki», są niczym w porównaniu z tymi, jakie stają się naszym udziałem w poszukiwaniu tzw. «CZEGOŚ». Tym «czymś» może być absolutnie wszystko.
Był październik 1997 r. Cała Polska lub przynajmniej połowa z zapartym tchem czekała na walkę bokserską Andrzeja Gołoty z Lennoxem Lewisem o złoty pas mistrzowski.
Któż z nas nie kocha swojego dyrektora, kierownika, prezesa czy po prostu przełożonego w pracy. Oczywiście każdy.
W dawnych, słusznie dziś minionych, czasach ustroju wiecznej szczęśliwości, kiedy sklepy świeciły pustkami, w powszechnym użyciu funkcjonował – przekazywany z ust do ust lotem błyskawicy – komunikat, że oto coś gdzieś rzucili.
W tym szalonym i zabieganym świecie nadchodzi wreszcie tak długo oczekiwany czas świątecznego odpoczynku oraz szampańskiej zabawy, na którą szykujemy się przez cały rok.
Powszechnie wiadomo, że słów na wiatr rzucać nie należy, bo to i nieładnie, i niehonorowo. Zatem, skoro więc o mężczyznach słów kilka napisać obiecałam, tak też i czynię.
Podobno najpiękniejszymi widokami na świecie są: okręt pod pełnymi żaglami, konie w galopie oraz kobieta w tańcu. Z pierwszymi dwoma stwierdzeniami zgadzam się w całej rozciągłości, z ostatnim mam czasem spory kłopot i problem.
Mojego pradziadka znam głównie z opowieści taty. Wyłaniał się z nich wysoki, barczysty mężczyzna, a ponieważ był właścicielem młyna, zawsze nieco oprószony mąką. Pogodna twarz, sumiaste wąsy i figlarne spojrzenie niebieskich oczu – tak widzę go zawsze w swojej wyobraźni.
Kupiliśmy mieszkanie. Klucze do własnych, wymarzonych czterech kątów trzymamy w dłoni. W głowie mamy mnóstwo wizji, niesamowitych projektów, niestandardowych rozwiązań w zagospodarowaniu naszego lokum.
Jeśli chcesz stracić kolegę, którego uważałeś dotąd za dobrego, spróbuj od niego pożyczyć pieniądze. Posiadanie wiernego a oddanego znajomego to rzecz wspaniała i zazdrości godna.