Ludzie zajmujący się polityką, zwłaszcza tą poważną, a zagraniczną w szczególności, muszą wielokrotnie gryźć się w język, aby jakimś nieprzemyślanym słowem nie popełnić, delikatnie rzecz ujmując, gafy.
Na wołowej skórze by nie spisał, ile to już razy, na wszelkie możliwe sposoby, omawiane były wakacyjne tematy. Czyli wszystkie, które z miłym czasem wypoczynku wiążemy. Dobrze byłoby, gdybyż ten niczym nieskrępowany potok myśli i słów tylko i wyłącznie z pięknymi wspomnieniami się łączył. Niestety, takie marzenie jawi się jedynie jako nieosiągalny w rzeczywistości cel, do którego dążą wszyscy śmiertelnicy rewelacyjnych wspomnień urlopowych spragnieni.
Dokładnie pod tym tytułem w kwietniu 1973 r. miała miejsce premiera filmu Stanisława Barei. Komedii, która, jak większość filmów tego reżysera, w krzywym zwierciadle pokazywała ówczesne realia. W czasach tych dawno i słusznie minionych od wielkiego dzwonu cenzura pozwalała na wyemitowanie czegoś takiego, co stanowiło pewien wentyl bezpieczeństwa dla obywateli kraju nad Wisłą.
Pięć połączonych ze sobą barwnych kół na białym tle jest zapewne najbardziej rozpoznawalnym na świecie symbolem. Te splecione w dwóch szeregach kręgi nawiązują do pięciu kontynentów. Kolory obręczy – niebieski, czarny i czerwony na górze, a żółty i zielony na dole oraz dodatkowo biały, który jest tłem dla emblematu, oznaczają barwy pojawiające się na flagach wszystkich państw świata.
Byłam na kinder party u moich serdecznych znajomych. Latorośl ukończyła wspaniałe kilkanaście lat. Niby dużo, a jeszcze przed pełnoletnością. Nic tylko zazdrościć. Ponieważ rodzice jubilata posiadają znaczne grono przyjaciół, przeto na imprezie zjawiła się dość liczna grupa wujków i cioć.
W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że z przymusu lub własnej woli wyfruwa z rodzinnego gniazda. Osiągnąwszy pewien wiek, uważając się za człowieka, który zjadł wszystkie rozumy świata, wyrusza taki jeden i drugi w swoją drogę.
Jak grzyby po deszczu mnożą się w mediach społecznościowych ogłoszenia, w których ludzie ze wszystkich stron świata poszukują swoich krewniaków legitymujących się tym samym nazwiskiem. Próbują dokopać się wspólnych korzeni, usiłują odtworzyć własne drzewa genealogiczne wiele pokoleń wstecz.
Niech z ręką na sercu powie ktoś, że nie przejmuje się rzeczami błahymi i tak naprawdę funta kłaków wartymi. W codziennej pracy, w tym bieganiu szalonym za dobrami doczesnymi, w którym wyglądamy trochę jak chomik w kółku, w gruncie rzeczy zapominamy o tym, co jest najważniejsze w naszym życiu.
Nieważne kiedy i nieważne gdzie usłyszałam, wygłoszony przez pewną panią, niezwykle interesujący monolog. Pani była już w wieku zmierzającym pewnym krokiem w stronę jesieni życia, a kształty miała pełne, by nie rzec puszyste. Jednym słowem reprezentowała tak zwany rubensowski typ urody.
Pojęcie wymienione w tytule znane jest ludzkości od czasów starożytnych, a gdyby dobrze się zastanowić nad problemem to zapewne i od epoki kamienia łupanego z taką jedynie różnicą, że żadnego zapisu w tej materii nie mamy. Paradoks to bowiem twierdzenie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem lub doświadczeniem.