Gościem «Monitora Wołyńskiego» jest Helena Mazur, która już ponad 20 lat jest członkinią Stowarzyszenia Kultury Polskiej imienia Ewy Felińskiej na Wołyniu. Na początku lutego pani Helena obchodziła swoje 90. urodziny.
- Pani Heleno, co Pani pamięta z dzieciństwa?
- Urodziłam się 3 lutego 1923 roku w obwodzie kijowskim, na wsi Szamrajówka. Byliśmy biedni, ojciec pracował jako mechanik na cukrowni, matka opiekowała się trójką dzieci. Rodzice byli Polakami. Tam na wsi chodziliśmy do szkoły, ukończyliśmy po siedem klas.
W 1937 roku rodziców wywieziono na prace przymusowe. Matka była aż w Kazachstanie, a gdzie był ociec, nawet nie wiedzieliśmy. Ale on i tak nie wrócił. Mnie i siostrę oddali do Domu Dziecka, ale brat nas później zabrał do domu.
- Czy po powrocie z Domu Dziecka została Pani na wsi?
- Tak, ale po jakimś czasie siostra matki, nasza ciocia, zaprosiła nas do siebie. Ona mieszkała w Azji Środkowej, w Samarkandzie. My z siostrą pojechałyśmy tam w 1939 roku. A brat pozostał w domu, z babcią. Ciocia nami się zaopiekowała. Niedługo po tym, jak przyjechałyśmy do cioci, zaczęła się wojna. Niemcy zajęli obwód kijowski i nie miałyśmy gdzie wracać – wszystko było zniszczone. Babcia zmarła, a brata wzięli na front. Pozostałyśmy u ciotki w Samarkandzie. Potem ciocia zabrała do siebie mamę.
- A gdzie Pani uczyła się i pracowała?
- Ukończyłam szkołę położnictwa. Pracowałam jako pielęgniarka w klinice obwodowej w Samarkandzie.
Podczas oblężenia Leningradu, Leningradzka Akademia Wojskowo-Medyczna została przeniesiona do Samarkandy, zwłaszcza do szpitala, w którym pracowałam. Zaledwie po miesiącu otrzymałam zawiadomienie, aby stawić się w komisariacie wojskowym. Okazało się, że przygotowują eszelon wojskowy i muszą z nim wysłać na front jednego lekarza i dwie pielęgniarki. Miałam 19 lat. W naszym wagonie były różne leki i minimalny sprzęt – coś w rodzaju gabinetu lekarskiego. Zawieźli nas daleko w głąb Rosji, wyrzucili w polu.Rozładowano nas i zaczęliśmy wyposażać gabinet lekarski, ale w tej chwili przyleciały samoloty i zaczęły zrzucać bomby.... Każdy się ratował jak potrafił! Wszyscy się rzucili do lasu obok. Nie wyobrażacie sobie, co to było… Straszny sąd. Gdzie uciekać? Tylko ogień i bomby spadają, eksplodują pociski…
Następnego dnia przyszedł dowódca i mówi: jeśli chcecie, zostańcie, pójdziecie na front. A kto chce iść na front? Nasza pani doktor, która była Żydówką poprosiła, aby wysłać nas z powrotem. I oni się zgodzili zawieźć nas do Moskwy, zaprowadzić do komisariatu wojskowego i wtedy wysłać do domu. Gdy wróciłam do Samarkandy, znowu zaczęłam pracować w szpitalu.
- Kiedy przyjechała Pani do Łucka?
- W Łucku mieszkam od 1946 roku. Pracowałam w naszym szpitalu wojskowym ponad 30 lat. Już od 32 lat nie pracuję, jestem na emeryturze.
- Pani Heleno, jak Pani dowiedziała się o Stowarzyszeniu? Przecież Pani jest jego członkinią od samego początku.
- Jestem Polką, moi rodzice też byli Polakami, kultura polska jest mi bardzo bliska. Dowiedziałam się o założeniu Stowarzyszenia od sąsiadów, którzy też z pochodzenia byli Polakami. Pomagałam im, leczyłam dzieci, gdy one chorowały. I oto sąsiadka mówi do mnie, że w Łucku będzie otwarty kościół. Oj, jak przypomnę sobie, jaki tam był bałagan! Można uważać, że odbudowaliśmy ten kościół. Chociaż połowa tych ludzi już nie żyje… A legitymację członkowską Stowarzyszenia otrzymałam w 1992 roku.
- Przeżyła Pani i wojnę, i epokę radziecką, i okres niepodległości Ukrainy. Osoby starsze często porównują Ukrainę ze Związkiem Radzieckim. Według Pani, kiedy życie było lepsze?
- Byliśmy ubodzy, jak to się mówi – proletariat. Z jednej strony, za czasów radzieckich było lepiej, chociaż i teraz też. Teraz jest mniej dyscypliny. W Związku Radzieckim bez problemów można było dostać mieszkanie, obecnie to jest niemożliwe. Kiedyś wszystko było bezpłatne, a teraz za wszystko się płaci. Na przykład, w szpitalu. Kiedyś medycyna była bezpłatna, a teraz żeby pobrać krew z palca, i to trzeba zapłacić. Ostatnio gościłam córkę. Ona skręciła nogę, to jeździła do trzech szpitali i nigdzie nie mogli zrobić jej prześwietlenia, dopóki nie zapłaciła pieniędzy. Mówili, że nie ma kliszy. A jak dała pieniądze, od razu się wszystko znalazło.
Trudno jest oceniać, kiedy lepiej żyć. Najważniejsze jest zdrowie, a cała reszta się doda.
- Jak Pani uważa, jako pracownik medyczny, na czym polega tajemnicą długowieczności?
- W mojej rodzinie wszyscy długo żyli. Mama zmarła w 87 lat, mąż w 75 lat, siostra w 88, brat w 89. Mam dwoje dzieci – córka ma już 66, a syn w maju skończy 60 lat. Mam troje wnuków, czworo prawnuków, najmniejszy z nich ma dwa latka.
Dlatego wszystkim życzę długich lat życia, dużej i szczęśliwej rodziny, żeby nikt nie chorował, rodzinnej zgody i miłości – to jest tajemnica długowieczności każdego człowieka.
Rozmawiała Tetiana ZUBRYK