24 marca łucczanie mogli uczestniczyć w imprezie, która połączyła w sobie tolerancję i jedność różnych narodów. Na scenie Teatru Lalek odbył się koncert „Na skrzyżowaniu kultur...”
„Na skrzyżowaniu kultur...” to koncert-spotkanie z 90-letnim Alfredem Schreyerem – wykonawcą utworów w języku jidysz, ukraińskim i polskim, znanym skrzypkiem. Artyście towarzyszyły Akademicka Kameralna Orkiestra Rówieńskiej Filharmonii (pod dyrekcją Sergiija Horowca) i lwowska skrzypaczka Lidia Futorska.
Koncert od samego początku był odbierany jako niezwykłe zjawisko, ponieważ w Łucku nie często są wykonywane pieśni w języku jidysz.
Koncert zaczęła kameralna orkiestra, wykonując Symfonię Nr 10 Mendelssohna. Muzycy zagrali także utwory Wojciecha Kilara, Myrosława Skoryka, Mykoły Łycsenki itd. Część utworów na skrzypcach została wykonana przez Lidię Futorską, której inspirującą grę podziwiała publiczność. Już po koncercie widzowie mówili, że artystka grała tak, jakby żyła tą muzyką.
Głównym uczestnikiem koncertu był Alfred Schreyer – uczeń słynnego Brunona Schulza. Schreyer przeszedł piekło obozów koncentracyjnych w czasach II wojny światowej, mimo to zachował siłę swoich piosenek i niepokonany optymizm.
„Było tak, że czasem wieczorem w baraku, kiedy już wyłączono nam światło, czułem, że muszę zaśpiewać. Śpiewałem jakąś wiedeńską piosenkę, jakąś polską. Jeżeli nie pamiętałem słów, nuciłem melodię. Chcę powiedzieć, że więźniowie chętnie słuchali tych piosenek, bo była to choć jakaś muzyka. Ludzie już zapomnieli, co to jest muzyka. Następnie wszyscy kładli się spać. Była to w pewnym rodzaju kołysanka” – mówił Alfred Schreyer, opowiadając o tym, jak pieśnią wspierał więźniów Buchenwaldu.
Pewnego razu Alfred Schreyer trafił na „marsz śmierci”. Około 2 tys. więźniów pędzono gdzieś polami i lasami. Wiele z nich nie wytrzymując umierało na miejscu. Taki los czekał też Schreyera, ponieważ miał chore nogi i nie nadążał za kolumną. W końcu znalazł się na jej końcu. Tych, którzy nie nadążali, ochroniarze zabijali. Kiedy nadeszła już kolej Alfreda, z pomocą przyszedł niemiecki bankier, który będąc więźniem też słuchał tych kołysanek w baraku. Bankier powiedział ochroniarzowi, że Alfred to znany śpiewak operowy. Nie zabito go, pozostawiono na pastwę losu.
„Kolumna poszła. To jeszcze nie był koniec, ale ja byłem już daleko od esesmanów. W taki sposób piosenka częściowo uratowała mi życie” – powiedział Schreyer.
Podczas koncertu Alfred Schreyer śpiewał w języku jidysz, po polsku i po ukraińsku. Zaśpiewał m.in. piosenkę, której autorem słów był Iwan Franko. Przypominał także międzywojenne lata trzydzieste, kiedy modne było tango. Kilka takich piosenek, wykonanych w języku polskim, zapewniły koncertowi retro-atmosferę.
Ołeksandr KOTYS