Z ukraińskim ikonopisem Igorem Kisteczkiem Jasia Ramska rozmawiała w czasie jego wizyty do Lublina. Tu artysta uczył wszystkich chętnych techniki rysunku ikonowego.
– Pierwsze spotkanie z Polską odbyło się jeszcze w 2003 roku – mówi Igor Kisteczok. W tym czasie byłem mnichem i z braćmi jeździliśmy z koncertami śpiewów religijnych po Europie. Byliśmy także w Polsce. Moje pierwsze spotkanie z tym krajem i ludźmi pozostawiło dobre wrażenie i wspomnienia. Wszystkie kolejne wizyty odbywały się już dzięki ikonie.
Podoba mi się, jak Polacy dbają o wymianę kulturalną i realizują istniejące możliwości. Jeśli chodzi o Lublin, to miasto kojarzy mi się ze Lwowem. Ma podobną architekturę i uliczki, zwłaszcza w centrum. Podobają mi się galerie, sklepiki, kawiarnie. Wszystko to razem daje możliwość i do pracy i odpoczynku.
– Odnalezienie siebie – sprawa nie prosta. Aby zrozumieć swoją misję życiową, czasem musimy czekać dziesiątki lat. Od jak dawna pisze Pan ikony?
– Wszystko zaczęło się od mojego ojca. On był malarzem-samoukiem. Z różnych powodów nie wstąpił na uniwersytet. Ale ojciec dobrze rysował. W latach 90-tych rozpoczęto odbudowę cerkwi i tata wypełnił ten rynek sztuki sakralnej swoimi ikonami. Pisał w domu wiele ikon dla ikonostasów, a latem zazwyczaj robił polichromie dla nowobudowanych cerkwi greckokatolickich.
Mając około 4 lat zacząłem przerysowywać to, co malował ojciec. To były ikony. Nie wolno było mi tego robić. Ale w wieku sześciu lat dostałem błogosławieństwo od księdza, który był proboszczem parafii we wsi, skąd pochodzi moja matka. Ksiądz powiedział, że nie wolno mi zabraniać i powinienem robić to, co robię. Zacząłem więc z moim ojcem rysować ikonostasy, robiłem rysunki małych ikon. Miałem bardzo dobrą technikę rysunku, ale w kolorze jeszcze nie odnalazłem swojego miejsca. Taki właśnie był początek, moje pierwsze spotkanie z malarstwem.
– Dlaczego zabraniano Panu przerysowywać obrazy świętych?
– Według tradycji prawosławnej nie można tego robić. Ale ja rysowałem i kościół katolicki to akceptował. Następnie poszedłem jednocześnie do dwóch szkół – do zwykłej i do szkoły plastycznej. Po ukończeniu szkoły malarskiej wstąpiłem do muzycznej. Zacząłem grać na bajanie i tak skończyłem rysować. Nie rysowałem w ogóle. Muzyka stała się dla mnie wszystkim.
W dziewiątej klasie, postanowiłem kontynuować naukę w historyczno-filozoficznym Liceum św. Jozafata, który znajduje się w Buczaczu w obwodzie tarnopolskim. Liceum mieści się w klasztorze Ojców Bazylianów. Tam zobaczyłem jak żyją mnisi. Odczułem też zmiany w sobie. Miałem świadomość wszystkich możliwości, które miałem przed sobą, ale zawsze wiedziałem, że będę mnichem. Codziennie chodziłem na dwie msze, śpiewałem, nauczyłem się „Molitwosłowa”. W wieku siedemnastu lat udałem się do klasztoru.
– Czy przyjął Pan tonsurę?
– Nie odbywa się to natychmiast. Bazylianie mają inne reguły dotyczące tego, w jaki sposób powinno to się odbyć. W klasztorze kosiłem trawę, zbierałem jabłka, pracowałem przy zwierzętach, pasłem krowy, śpiewałem, modliłem się i studiowałem. Zrobiłem szopkę. Było to moje pierwsze doświadczenie z rzeźbą. Po drugim roku w klasztorze zostałem wysłany do seminarium w Briuchowyczach. Tam byli księża, którzy już zobaczyli świat – Rzym, Anglię, Francję. Oni wiedzieli, że potrafię rysować. Jeden z nich, o. Prokopij zaproponował mi napisanie ikony. Szczerze mówiąc, ten pomysł nie bardzo mi się spodobał, ponieważ brałem pod uwagę tylko realizm w malarstwie. Ikona dla mnie zawsze była podobna do malarstwa dziecięcego. Ale tę propozycję przyjąłem. Kupiono mi wszystkie niezbędne materiały i zostałem zaprowadzony do Iwana Klymoczka – malarza ze Lwowa. Uczyłem się u niego przez miesiąc i napisałem ikonę Matki Boskiej Włodzimierskiej. Po zakończeniu prac zrozumiałem, że zawsze będę pisać ikony. To było coś więcej niż tylko emocje. W tym tkwił prawdziwy sens. Poczułem możliwość obrazu, nastroju, głębi. W tym była dusza i Słowo Boże. Dla mnie, jako dla malarza, realizm stał się nieciekawy.
– Rozumiem, że ikona Matki Boskiej Włodzimierskiej jest dla Pana czymś wyjątkowym…
– Ikona Włodzimierska jest dla mnie najlepsza. To wzorzec. W życiu zdarzają się różne sytuacje. Czasami można zapomnieć cech Bogurodzicy, oblicza duchowego. Wtedy przypominam sobie ten stan, w którym po raz pierwszy doświadczyłem tego uczucia. To pomaga. Staram się czerpać siłę z tego wyjątkowego nastroju i wykorzystać w swoich nowych pracach.
– Później opuścił Pan klasztor i wstąpił do Lwowskiej Narodowej Akademii Sztuk Pięknych.
– Mój ojciec odradzał mi. Choć wiedział, że będę malować nawet bez odpowiedniego wykształcenia. Chciałem zatrzymać się w tej społeczności, aby zobaczyć jak to jest, narysować naturę, zatamować głód koloru. Teraz moje serce „należy” do kolorów impresjonistycznych. To, oczywiście, odgrywa rolę przy dekoracji cerkwi.
Rozpisuję cerkwie od roku 2008. Od tego czasu pracuję w Twórczym Stowarzyszeniu Świętego Cypriana Kijowskiego. Pracując nad malowaniem cerkwi, dowiedziałem się więcej niż przez cztery lata w akademii. Uczelnia ujawnia twoją wiedzę, doświadczenie pokazuje, kim jesteś.
– Jaki jest stan sztuki ikonograficznej na Ukrainie i w świecie? Czy jest różnica?
– Ikona dla Ukraińców (i w ogóle dla Europy Wschodniej) zaczyna się od tego, że przychodzisz do cerkwi, a ona już tam jest. Od dzieciństwa zdajesz sobie sprawę, że to jest Bóg. Kiedy zapytasz dziecko: „Gdzie jest Bozia?” – wskaże na ikonę. Sztuka sakralna jest doceniana na Ukrainie. Jest nierozerwalnie związana z cerkwią. Podobnie do kazania księdza, obecność ikon w domu czy w cerkwi jest koniecznością. Na Ukrainie to jest naturalne.
Jeśli chodzi o Europę, świat rzymskokatolicki, tu, w mojej opinii, ludzie widzą w ikonie coś dekoracyjnego. Może nie do końca to rozumiem. Taka jest sytuacja w większości, mniejszość chce jednak zrozumieć głębiej.
– Pisanie ikon – sztuka powszechna? Czy wystawy sztuki sakralnej są tak częste, jak powiedzmy, sztuki współczesnej?
– Dzięki Romanowi Wasyłykowi – założycielowi Katedry Sztuki Sakralnej na Lwowskiej Narodowej Akademii Sztuk Pięknych – odnowiono pisanie ikon oraz rozumienie ikony, jak tego, do czego (kogo) się modlisz. On dał malarzom miejsce i możliwość do spotkania i dzielenia się wiedzą. Ktoś przyjeżdża z Kijowa czy Odessy studiować do Lwowa. Po studiach „zabiera” tę sztukę do domu. Ludzie tworzą ośrodki ikonograficzne. Wiele wystaw ikonograficznych odbywa się we Lwowie.
– Czy potrzebne jest człowiekowi specjalne wykształcenie, aby pisać ikony?
– Wykształcenie jest potrzebne każdemu. Wiedza pomaga w dialogu z Bogiem. W ikonografii niedouczony musi po prostu dłużej malować. Co dotyczy ikony, to jest to modlitwa. Jak modlę się, tak i maluję.
– To znaczy, że ma być wiedza i wiara?
– Zawsze trzeba wierzyć w to, kogo rysujesz. Jeśli nie, to po prostu będziesz rzemieślnikiem, który chce zarobić. W ikonografii jest to niedopuszczalne.
– Czego Pan uczy ludzi na warsztatach?
– Podstawy techniki pisania ikon. Pokazuję paralele między tym, co jest prawdziwe, i tym, co można znaleźć w ikonie. Wszystko po to, aby lepiej rozumieć rysunek i kolor z punktu widzenia malarstwa. Wiedzieć, dlaczego to czy tamto jest w ikonie. Czytać obraz z punktu widzenia artysty. Kładę duży nacisk na to. Tym samym pomagam rozumieć.
– Pan uczy ludzi tego, czego kiedyś nie miał sam?
– Gdybym miał taki kurs, byłbym szczęśliwy. W akademii nie uczą tego, co staram się tu wyjaśnić. Po to jest potrzebne doświadczenie. Ja dzielę się tym, co zdobyłem poprzez lata praktyki. Ludzie muszą nauczyć się widzieć i rozumieć.
Rozmawiała Jasia RAMSKA
Zdjęcie z http://arts.in.ua/