Do Łucka jechałam z niejaką obawą, jak sobie poradzę w obcym państwie, ale wielkim optymizmem, gdyż nie jestem osobą, która potrafi usiedzieć w jednym miejscu. Spędziłam tu trzy tygodnie, więc uważam, że był to odpowiedni okres czasu, żeby się zapoznać z miastem, jego mieszkańcami i zwyczajami. Kilka sytuacji mnie zaszokowało, kilka rozczarowało, kilka zachwyciło, ale wiem na pewno, że największą zaletą mojego pobytu tutaj byli ... ludzie!
Cieszę się, że nie był to zwykły, turystyczny wyjazd, lecz praktyki studenckie, w czasie których faktycznie mogłam coś przeżyć i zobaczyć. Byłam w Kijowie, Kostiuchnówce, Ołyce, Krzemieńcu, Wiśniowcu i Zbarażu – miejscach istotnych dla Polaków. Widziałam ukraińskie miasta, miasteczka i wsie, uczestniczyłam w uroczystościach (m.in. Dzień Niepodległości, Święto Kwiatów), widziałam, jak wygląda dzień powszedni i dzień świąteczny. Jadłam narodowe potrawy, w tym, po raz pierwszy, surową słoninę. Kupowałam w łuckich sklepach lokalne produkty. Zwiedzałam, robiłam zdjęcia, zbaczałam z trasy. Wchodziłam do blokowisk, instytucji, świątyń, szczelin, poznawałam ludzi, by przesiąknąć ukraińskim stylem życia.
Studiuję na studiach wschodnioeuropejskich w Lublinie, jestem na specjalności ukraińsko-białoruskiej. Na zajęciach, prowadzonych przez wykładowców z różnych państw Europy Środkowej i Wschodniej, uczymy się o ukraińskiej historii, polityce, gospodarce, systemie pomocy społecznej, kulturze, literaturze, turystyce itp. Uczymy się rosyjskiego, a w przyszłości także ukraińskiego. Teoria jest ważną podstawą w rozumieniu zachodzących zjawisk, jednak niepoparta praktyką, traci na znaczeniu. Taki też cel postawili sobie twórcy mojego kierunku i praktyk, na które przyjechałam – by wtopić się w codzienność danego kraju, by go jak najlepiej zrozumieć.
W Łucku zachwyciła mnie mieszanina kultur, chociażby religijnych. W drodze na niedzielną mszę świętą lubiłam przystawać na chwilę pod cerkwią, by usłyszeć prawosławne pieśni. Mijałam także cerkiew grekokatolicką, nieopodal obserwowałam synagogę. Jestem pełna podziwu i pozytywnej zazdrości dla mieszkańców Ukrainy, że naturalna jest dla nich znajomość dwóch języków: ukraińskiego i rosyjskiego. To na pewno ułatwia naukę kolejnych.
Wielką zaletą Ukrainy są także jej mieszkańcy, o których nie raz wspominałam w swoich artykułach, nie raz też wychwalałam pod niebiosa: serdeczni, pomocni, autentyczni. Wydaje mi się, że ludzie w Łucku potrafią jeszcze odpoczywać, przystawać na chwilę, by porozmawiać, obchodzić uroczystości we wspólnym gronie, spotykać się bezinteresownie. Taki styl życia przyciąga szczególnie tych, którzy nie doświadczyli podobnych sytuacji gdzieś na pędzącym Zachodzie.
Do plusów mojej ukraińskiej przygody należały również wołyńskie smaki – barszcze, pierogi, melony, chałwa, krówki, alkohole, herbata. Kuchnia jest na tyle zbliżona do polskiej, że nie musiałam bać się tego, co jem, a na tyle smaczna, iż długo będę o niej pamiętać.
Nigdy nic nie jest idealne, a chcąc być uczciwą i rzetelną w swojej relacji, napiszę też o tym, co mnie zniechęciło. Wspominałam już o braku kultury na ulicach, zarówno w relacjach przechodzień – przechodzień, jaki i kierowca – przechodzień oraz kierowca – kierowca. Niestety moje wrażenia się potwierdziły, ale iskierką nadziei jest rosnący poziom kultury osobistej niektórych Ukraińców. Oby więcej było takich osób, które potrafią powiedzieć „dzień dobry”, „do widzenia”, „proszę”, „dziękuję” czy „przepraszam”, gdyż robi to naprawdę miłe wrażenie, nie tylko na turystach.
Poza tym zniechęcający był widok niektórych obiektów lub terenów. Może Polacy mają tendencję do robienia czegoś z niczego, może jest to po prostu wynik braku funduszy, ale wydaje mi się, że nie potrzeba zbyt wielkich pieniędzy, by obsiać stepy zbożem lub inną roślinnością. Wszak zawsze nas uczono, że ukraińskie ziemie są bardzo żyzne. To samo uczucie towarzyszyło mi w obserwacji niektórych zniszczonych obiektów. Remonty są kosztowne, ale uprzątnięciem terenu wokół nich, zasadzeniem kwiatów i zebraniem śmieci może zająć się każdy.
Na pewno mój przyjazd do Łucka okazał się dobrą decyzją życiową. W czasie tych trzech tygodni nauczyłam się więcej niż z jakiegokolwiek podręcznika, z jakiejkolwiek opowieści. Wiem, że będę tu wracać, szczególnie ze względu na ludzi. Nawet najpiękniejsze miasto i najwspanialszy klimat nie są zachwycające, gdy nie możemy poczuć się w nim bezpieczni. Przez cały okres pobytu tutaj, gdziekolwiek i kiedykolwiek byłam, czułam się bezpieczna, wiedząc, że mam na kogo liczyć. Wiem, że jest to zasługa członków Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu i redakcji „Monitora Wołyńskiego”, gdyż dzięki nim miałam wrażenie, że jestem ... w domu.
Jeden z moich ulubionych pisarzy – reportażystów, Ryszard Kapuściński, powiedział kiedyś: „Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”. Ja ową podróżą na pewno się zaraziłam i życzę tego każdemu, gdyż nic tak nie wzbogaca człowieka, jak poznawanie innych ludzi, kultur i miejsc.
Agnieszka BĄDER,
zdjęcia autora