Doświadczeniami i refleksjami na temat upamiętnienia ofiar Zbrodni Wołyńskiej podzielił się architekt Jurij Kazmiruk, były wiceszef Wołyńskiej Obwodowej Administracji Państwowej. W 2003 r. nadzorował budowę pomnika polsko-ukraińskiego pojednania w Pawliwce.
23 czerwca w Łucku odbył się okrągły stół «„Wołyń’43 – wspólny ból” Ukraińsko-Polskiego Forum Naukowego „Wołyńska Platforma Dialogu”». Zabierał na nim głos, między innymi, Jurij Kazmiruk, w latach 2002–2003 wiceszef Wołyńskiej Obwodowej Administracji Państwowej. Właśnie w tym okresie, w 60. rocznicę tragicznych wydarzeń na Wołyniu, nastąpił szereg istotnych zmian dla narodu polskiego i ukraińskiego.
Temat Rzezi Wołyńskiej przez długi czas pozostawał mało znany zarówno w Polsce, jak i w Ukrainie. Przede wszystkim dlatego, że Polska była krajem bloku socjalistycznego, a Ukraina, będąc częścią więzienia narodów, ZSRR, w ogóle była pozbawiona podmiotowości. Dopiero po odzyskaniu niepodległości oba państwa otrzymały prawo do kształtowania własnej polityki w zakresie pamięci historycznej. W procesach stanowienia narodu coraz bardziej zauważalne i bolesne stawały się nierozwiązane problemy przeszłości, w szczególności problem ukraińsko-polskiego konfliktu podczas II wojny światowej.
Stopniowo stało się oczywiste, że tego problemu nie da się rozwiązać w pojedynkę. Jednym z etapów dialogu między Polską a Ukrainą, który z większym lub mniejszym powodzeniem trwa do dziś, było upamiętnienie ofiar Zbrodni Wołyńskiej w 2003 r., w 60. rocznicę tamtych wydarzeń. Konkretne kroki, według Jurija Kazmiruka, władze ukraińskie zaczęły podejmować jeszcze w 2002 r.

«Wszystko zaczęło się od dekretu prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy. Pierwsze rozmowy dotyczące uczczenia pamięci ofiar ukraińsko-polskiej konfrontacji rozpoczęły się od Lwowa, od Cmentarza Orląt. Drugi krok zrobiono w Łucku, jednak władze miasta odmówiły ustanowienia znaku pamiątkowego. Pawliwka była już trzecim etapem» – wspominał Jurij Kazmiruk.
Ciekawostką, na którą zwrócił uwagę mówca, było to, że jeśli w Łucku władze miasta powołując się na względy formalne nie zezwoliły na ustanowienie upamiętnienia, to w przypadku Pawliwki nikt nawet nie próbował na ten temat dyskutować. Powodem, jak uważa, było to, że Polska klarownie wyraziła chęć wsparcia Ukrainy w przystąpieniu do Unii Europejskiej, a Ukraina jako cywilizowane państwo w odpowiedzi na to również wzięła na siebie pewne zobowiązania. Wśród nich – postawienie pomnika i spotkanie prezydentów obu krajów.
Dobre intencje jednak nie zawsze skutkowały działaniami. «Oprócz deklaracji nie było żadnych praktycznych decyzji na poziomie Gabinetu Ministrów, na poziomie Rady Obwodowej, żeby były przynajmniej środki na prace» – podkreślił mówca.
«Tak ze mnie, wicewojewody, zrobiono kierownika budowy. Przez trzy miesiące bez przerwy siedziałem w Pawliwce, załatwiając przede wszystkim problemy techniczne» – zażartował.
Ze strony ukraińskiej najbardziej zaangażowane były: Państwowa Międzyresortowa Komisja ds. Upamiętnienia Ofiar Wojen i Represji Politycznych oraz przewodniczący Państwowego Komitetu Ukrainy ds. Budownictwa i Architektury Walerij Czerep, a ze strony polskiej – Sekretarz Generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik, Marek Siwiec z Biura Bezpieczeństwa Narodowego oraz urodzony w Porycku działacz społeczny Stanisław Filipowicz, który ocalał z mordu na Polakach w miejscowym kościele. Ci ludzie byli tam co najmniej raz na dwa tygodnie, musiałem uzgadniać z nimi dosłownie każdy krok. Zaangażowane były również organizacje projektowe i budowlane z obwodu wołyńskiego i lwowskiego.
Głównymi obszarami prac było uporządkowanie polskiego i ukraińskiego cmentarza, budowa znaku pamiątkowego i cerkwi na terenie cmentarza prawosławnego. Ale równolegle wykonywano także prace w zakresie poprawy infrastruktury wiejskiej, budownictwa dróg, doprowadzania linii elektrycznych i tak dalej.
Budowniczy wspomina: «Na tym placu budowy można było posiwieć w jeden dzień. Pojechałem na spotkanie w Nowowołyńsku, przyjeżdżam, a miejscowy ksiądz prawosławny mówi do mnie: «Jurij Josypowicz, kazałem robotnikom poszerzyć kaplicę o dwa metry. Pomyślałem sobie, że jest za mała. I co miałem mu powiedzieć, jak roboty zostały już wykonane? A to przecież większa ilość pracy, więcej środków, a co najstraszniejsze – opóźnienie terminu».
Budowa trwała bez przerwy. Ostatni łuk, pod którym przechodzili prezydenci, wykonano jedną noc przed ich przybyciem. Stało się tak pomimo tego, że normatywny okres twardnienia betonu wynosi 27 dni.
Problemów nie brakowało: «Zaczęliśmy tynkować, spadł deszcz i zmył cały tynk. Tynkujemy ponownie – trzech ludzi spadło z rusztowania. Zaczęliśmy kopać fundamenty pod znak pamiątkowy, a tam wcześniej wywieziono odpady z cukrowni, utknął nam buldożer. Wyciągnęliśmy, wznawiamy kopanie – zerwaliśmy kable komunikacji rządowej. Nie przesadzam, po prostu mówię, w jakich warunkach musiałem pracować. Presja czasu była ogromna».
Jurij Kazmiruk wspomniał również o przybyciu Anatolija Francuza, ówczesnego przewodniczącego Wołyńskiej Obwodowej Administracji Państwowej. Nie spodobało mu się to, że do nowo wybudowanej cerkwi trzeba było wchodzić od strony cmentarza, a nie drogi. Argument, że cerkwie buduje się zgodnie z kanonem, że ołtarz powinien być zorientowany na wschód, a więc wejście siłą rzeczy będzie od strony zachodu, nie zadziałał. Zarządzenie było następujące: skoro prezydenci mają wchodzić od strony drogi, główne wejście ma być wykonane od tej strony. Żeby zrealizować to rozwiązanie na plac budowy przybyła kompania straży granicznej. Przez pół dnia żołnierze wybijali młotami pneumatycznymi dwa otwory.
Nie mniej trudności przysparzały problemy o charakterze ideologicznym. Chodzi nie tylko o skoordynowanie wspólnego stanowiska strony polskiej i ukraińskiej, ale także o inne związane z tym komplikacje.
Według mówcy narracje historyków trudno było przełożyć na płaszczyznę praktyczną: «Budzisz się, idziesz o 7:00 do pracy i już zaczynają się problemy. Raz przylatują komuniści, drugi – posłowie Rady Najwyższej, kiedy indziej – akcja UNA-UNSO albo wizyta Służby Bezpieczeństwa».
Ze względów praktycznych bardzo uciążliwa była niespójność stanowisk polskich i ukraińskich historyków, co znalazło odzwierciedlenie w zmianach w projekcie pomnika. Zaproponowano kilka wariantów napisu na pomniku, ostatecznie wyryto: «Pamięć – Żałoba – Jedność».
«Nie chcę się chwalić, ale do mnie jako pracownika technicznego, który realizował projekt, nikt nie miał zastrzeżeń. W jakiś sposób udawało mi się zbudować dialog ze wszystkimi stronami» – podzielił się Jurij Kazmiruk.
Prelegent zapamiętał taki przypadek związany z otwarciem pomnika. «Harmonogram uroczystości był bardzo dokładny: rozpisano, kto kiedy przylatuje, kto kogo spotyka, kto jest w składzie delegacji. Prezydent Ukrainy Leonid Kuczma przybył 40 minut przed przylotem prezydenta Polski Aleksandra Kwaśniewskiego. I tu nagle wbrew planowi mówi: «Żeby nie marnować czasu, wejdźmy do tego domu tutaj». My, totalnie zaskoczeni, podążamy za nim na pobliskie podwórko. Witamy się z właścicielem, starszym mężczyzną, mówimy: «Dzień dobry, panie gospodarzu. Czy wie pan, kto pana odwiedza?» A on na to: «Tak, wiem, nasz prezydent, Leonid Kuczma». «Jak panu się żyje w Ukrainie?» – pytamy. Mężczyzna bardzo dzielnie wyręczył całą Wołyńską Obwodową Administrację Państwową: «Normalnie – mówi – żyje się. W garażu mam «Żiguli», mam konia, ogród. Wszystko u mnie w porządku». Nadal jesteśmy jednak napięci. A Kuczma pyta: «A pędzi pan bimber?» Ten mówi: «No pewnie, pędzę. Ugościć?» Taki luźny dialog wyznaczył dalszy rytm i ton rozmowy» – wspominał Jurij Kazmiruk.
Wkrótce po otwarciu pomnika architekt dostał awans i przeniósł się do Kijowa, gdzie pracował jako zastępca ministra budownictwa. Już na nowym stanowisku trzeba było szukać środków w budżecie państwowym na finansowanie budowy w Pawliwce, ponieważ przed przyjazdem prezydentów wszystkie prace opłacano z innych źródeł. «Musieliśmy jednak to robić, zadanie nie podlegało dyskusji» – wyjaśnił.
«Muszę stwierdzić, że w naszych relacjach i w przedstawianiu tematu wołyńskiego, teraz, w 80. rocznicę, jest, moim zdaniem, negatywna tendencja. Naprawdę nie chciałbym, aby nasz ówczesny wysiłek poszedł na marne» – powiedział Jurij Kazmiruk.
Podał przykład z własnego życia: «Mam żonę ze Lwowa. Mój teść jest Polakiem, katolikiem, teściowa urodziła się w Polsce, jest grekokatoliczką. Ja jestem Wołynianinem, prawosławnym. Czyli sprawy polsko-ukraińskie są mi dobrze znane ze względów rodzinnych. Przez te kilka lat, kiedy mieszkaliśmy z teściami, ani razu się nie pokłóciliśmy. Oczywiście dojście do zgody na wyższym poziomie jest trudniejsze, ale jest możliwe. To porozumienie, do którego doszliśmy jeszcze wtedy, w 2003 r., warto pielęgnować i rozwijać».
Na zakończenie swojego wystąpienia Jurij Kazmiruk zaproponował kolejne, bardzo ważne i obiecujące pole do praktycznej współpracy.
W pewnym momencie, kiedy pracował w dziedzinie ochrony zabytków, z budżetu państwowego finansowano prace konserwatorskie w obiektach sakralnych na Wołyniu. Środki przeznaczano na budynki, które nie miały właścicieli. W warunkach wołyńskich były to głównie opuszczone kościoły rzymskokatolickie. Według niego, w Polsce sytuacja jest lustrzana, tam bez opieki stopniowo rujnują się prawosławne cerkwie, które nie mają gospodarza.
«Sugerowałbym nie wozić w obie strony cementu oraz pracowników przez granicę, nie wydawać dodatkowych pieniędzy na podatki, lecz odnawiać takie obiekty na zasadzie parytetu. Czyli Ukraińcy odnawialiby polskie obiekty na swojej ziemi, Polacy – ukraińskie na swojej. Myślę, że na gruncie takiej pragmatycznej propozycji mogą nawiązać się dobre relacje. Taka rzeczowa współpraca może owocować współdziałaniem w innych obszarach, w szczególności w zakresie edukacji» – zasugerował architekt.
«Teraz, gdy połączyło nas wspólne nieszczęście, mamy możliwość wypracowania innych sposobów współpracy. Trzeba tylko mieć dobrą wolę» – uważa Jurij Kazmiruk.
Tekst i zdjęcia: Anatolij Olich