Huciańskie opowieści: Przednówek i wołyńska bieda
Artykuły

Jeden z bliskich mojemu sercu świaszczenników opowiadał mi ciekawą historię, która wydarzyła się naprawdę. A było to tak.

Po wymianie kilku listów przyjechał do niego Polak z Kanady, kiedyś mieszkający blisko Huty Stepańskiej. Chciał przed śmiercią zobaczyć miejsca ze swojego dzieciństwa. W drodze opowiadał, jak wyglądała jego ojczysta chata. Stara, wisząca furtka, studnia, a przy niej koryto, w chacie wielki piec, a przy nim ławka, na której zawsze siedział dziadek. Jechali i jechali, aż dojechali. Przedwojenne doły na drodze gruntowej zamienione zostały na «wilcze doły» w asfalcie. Lasy takie same, łąki i pola również. Wszystko dokładnie poznawał, każdy zakręt. Mówił, gdzie skręcić i gdzie się zatrzymać. O dziwo dom stoi, niespalony, a za nim stodoła ta sama. Stara furtka jakby też identyczna. Weszli na podwórko, zobaczyli studnię i koryto. Ruszyli do chaty, a w niej wielki piec i dziadek siedzący na ławce. Kiedy wracali, przybysz powiedział: «Panie Boże, dzięki Ci, żeś mnie stąd zabrał, bo bym na tej ławce do śmierci przesiedział».

Kiedy świaszczennik skończył, wtedy ja opowiedziałem mu swoją historię. Jak to napisał do mnie wnuk gospodarza z Wyrki. W liście było o wielkim i bogatym gospodarstwie dziadka, nowych budynkach, pięknych koniach i bryczce. Zaciekawiony opowieścią, zapytałem śp. Władysławę Onuchowską, ur. w 1925 r.: «Jakie to było gospodarstwo, słyszałem, że bardzo bogate?» «Tam koza słomę z dachu na wiosnę jadła, bo nie mieli jej co dać» – odpowiedziała.

Nieurodzajna ziemia, zacofane rolnictwo, wielkie odległości od miast powodowały powszechną biedę. Ziemia na północnym Wołyniu wydawała nędzny plon. Nieurodzajna «popielica» to słowo często używane przy opisach pól, na niej nic nie rosło. Jedynie hodowla oparta na wypasach dawała jakikolwiek przychód, ale i łąk brakowało. Jak ktoś wyhodował świnie czy miał nadmiar mleka, to nie było tego komu sprzedać. Żyd zanim kupił cielę, siedem razy przychodził go oglądać, aż gospodarz zmuszony potrzebami obniżał cenę. Kraj podnosił się z zacofania zaborów, ale mógł liczyć jedynie na własne siły. Zanim otwarto kamieniołom w Janowej Dolinie, uruchomiono młyny, tartaki, wiejskie mleczarnie, sanatorium «Słone Błoto», pocztę, szkołę, sklepy itp., życie nie oferowało nic, tylko samą biedę.

W okolicach Bożego Narodzenia czuć już było objawy niedostatku. Biedni, wcześniej pracujący u zamożniejszych gospodarzy, zjadali zapłatę. Skoro świt w okresie «kolędy» dzieci wyruszały po domach, aby śpiewaniem zarobić kilka groszy. Wiele z nich musiało szybko wracać do domu, by mama uzbierane przez nich grosiki mogła dać dla innych przychodzących kolędników.

Huta 20 02

Dzieci z Wołynia. Przedwojenne zdjęcie

Naród Wołyński żyjący w wielkiej pobożności przyjmował też z należnym szacunkiem kolędującego księdza. Była to cała ceremonia, wtedy już było widać, u kogo jest bogactwo, a u kogo nędza. Pod dom zajeżdżały sanie: na jednych ksiądz z ministrantami, a na następnych kościelny zbierający ofiarę. Zwyczajowo dawano żyto, kościelny licząc garnce (3,3 l.) zapisywał ofiary. Tak jak w sklepie, żeby ukryć niedostatek pieniędzy zwracano się do sprzedawcy słowami «proszę ćwierć funta cukru» (brzmiało to lepiej niż 10 dekagramów), tak ofiarowane zboże liczono na pół czetwiertyka (4 garnce) lub pół ośmina (16 garncy). Niejednokrotnie ksiądz wydawał polecenie, aby odwiedzanemu gospodarzowi zostawić czetwiertyk zboża. Nie wróżyło to niczego dobrego, a zima jeszcze długo miała trwać.

Nadchodząca po kilku miesiącach wiosna niosła nadzieję, roztopy studziły jednak radość. Nie można było nigdzie się ruszyć, na huciańskich równinach rozpościerało się morze wody, która nie mogła wsiąknąć w zmrożoną ziemię. Trwało to tygodniami.

Huta 20 01

Wiosna na polach. Zdjęcie udostępnione autorowi przez śp. Feliksa Trusiewicza

Jak zgodnie oceniają świadkowie, przynajmniej co piąte gospodarstwo cierpiało biedę. W maju z reguły zaczynało im brakować zboża na chleb. Dla krów też nie starczało pokarmu, łamano w lesie gałęzie grabowe i karmiono młodymi liśćmi głodne zwierzęta. Dochodziło do kradzieży zboża z komór, w okolicy praktykowano podkopy pod podwaliną. Psy spod bud zamykano jako wartowników w komorach.

Rozpoczynała się wędrówka głodnych za jedzeniem. Najpierw nie wiadomo skąd przychodzili żebracy, otrzymywali po kawałku chleba, kubku mleka albo wyjątkowo cienki pasek słoniny. To było wszystko, na co mogli liczyć. Odpoczywali i szli dalej. Torba na kiju, przewieszona przez plecy, nigdy nie była napełniona, podarte przez psy portki dopełniały obrazu biedy. Potem po prośbie, z grupy cierpiących niedostatek, wyruszały miejscowe wdowy. Ich majątkiem była gromada dzieci, dług u Żyda i sekwestrator na karku. Brakowało wdowom wszystkiego, ale prosiły co najwyżej o zboże na odrobek. Gospodarze nie odmawiali, wiedzieli, że będą mieli tanią siłę roboczą na ten rok i następny. Doraźne pożyczki sąsiedzkie były na porządku dziennym, z tym że kobiety pożyczały chleb i produkty potrzebne do obiadu, a mężczyźni resztę. Nigdy też kobieta nie pożyczała pieniędzy, nawet nie przyszłoby im to do głowy, tak jak i konia do pracy czy piły do lasu. Całkiem biednemu jednak nie chciano pożyczać, bo z czego odda. Biedak ratował się ja mógł: dla ścielenia pod zwierzętami ściągano słomę z budynków, zaczynając rozbiórkę dachu od przybudówek. Dzieci wysyłane były po żar z pieca, aby rozpalić pod kuchnią.

Do Dawidowiczów z Tchorów przychodził «po prośbie» syn sąsiadki Jadwigi Cybulskiej, Franek. Mówił: «Ciotko, mama prosiła rosołu z ogórków». Dawidowiczowa dokładała ogórka, a nawet dwa. Jutro pójdzie do drugiej «ciotki», a pojutrze przyjdzie po kapustę: «Jak Wam, ciotko, zbywa, to mama kapusty prosi, i jak macie, to łyżkę masła jeszcze dajcie do zasmażki i troszkę mąki». Kiedy przychodził czas, to szli całą rodziną pomagać w pole, odrabiać «rosół» i kapustę.

Jadwiga była wdową po Brusile. Na wspólnym wiejskim wygonie, gdzie pasiono krowy, wybudowali sobie budkę, nie chatkę. Miała braci Zygmunta i Andrzeja, ale oni też byli biedni, nie mogli nic pomóc. Kiedy szła po ludziach pomagać w wykopkach, ci przyjmowali ją do pomocy z litości. Jako zapłatę otrzymywała ziemniaki, których nie miała gdzie trzymać, układała je więc pod łóżkiem. Po śmierci męża wyszła za Cybulskiego, a może i nie mieli ślubu, na pewno jednak mieli córkę Rozalię. Przy ich budce nie było nawet kozy.

Huta 20 03

Chutor na Wołyniu. Fot. S. Mataszewski

Na Tchorach jeszcze w latach dwudziestych XX wieku znajdowała się ostatnia zamieszkała kurna chata. Należała do wdowy Franciszki Kownackiej i ośmiorga jej dzieci. Ognisko w środku chaty palone w palenisku zastępowało kuchnię do gotowania i piec do grzania. Wszędzie pełno było czarnej sadzy, a wnętrze miało zapach wędzarni. Syn Karola Dawidowicza Dionizy czuł sympatię do córki wdowy, Feliksy, spotykali się w sekrecie. Jego matka Petronela ani myślała z takiej biednej rodziny brać synową. Wydawało jej się, że wybiła Dionizemu romans z głowy. Ten jednak mamy nie słuchał i polazł z panną na gonty pełne sadzy, pod strzechą. Jednego niedzielnego poranka wszystkich obudził krzyk matki: «Duchu przenajświętszy, Boże, gdzieś ty chodził?!» Domownicy poderwani z łóżek zobaczyli czarnego czorta w białych poduszkach. Dionizy nocą po randce cicho wsunął się do łóżka czarny od sadzy. Miłość skończyła się nagle i bez dyskusji. Kownaccy wybudowali w końcu piec z kominem, ale chata nie zmieniła kształtu, a życie niewiele różniło się od wcześniejszego. Kiedy przyszli sowieci, brat Feliksy, Władysław, doniósł na Dionizego, że naśmiewa się z władzy radzieckiej, za co ten został skazany na osiem lat zesłania.

Ludność wszelkimi sposobami dążyła do poprawy swej egzystencji i bytu. Powoli najczarniejsza bieda odchodziła. Pojawiły się pierwsze domy kryte gontami i blachą, coraz częściej gospodarze na niedzielne msze przyjeżdżali «wasążkami», a nawet bryczkami, ubrani w garnitury, a ich żony w modne sukienki. Jadący wyprzedzali idących na mszę boso, którzy u Konstantego Skrzybalskiego przy studni płukali nogi i zakładali buty, przed wejściem do kościoła.

Wspomniany na wstępie wnuk rozmawiał ze swoim dziadkiem. Ja też zapytałem mojego Taty, Szczepana, jak wyglądał kościół w Hucie Stepańskiej, a On mi odpowiedział: «Nie pamiętam, byłem tylko jeden raz, bo nie miałem butów do kościoła». Dziadek nie należał do biednych gospodarzy, to jak żyli biedacy?

Huta 20 04

Tu kiedyś była wieś Siedlisko

Tekst i zdjęcia: Janusz HOROSZKIEWICZ

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: BAL SZKOLNY W WYRCE

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WIARA MOJŻESZOWA PEŁNA TAJEMNIC

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PRZEKLĘTA GORZELNIA W HORODŹCU

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OBÓRKI TRUSIEWICZOWSKIE W GMINIE KOŁKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PIOSENKA O PIĘKNEJ HELENIE

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: GAJOWY I KOCHANKA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: CYGANIE I WIELKA UCZTA W HUCIE STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: HRABIA WORCELL – WŁAŚCICIEL STEPANIA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻYDZI – NASI ODWIECZNI SĄSIEDZI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WOJNA Z BOLSZEWIKAMI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KOŚCIÓŁ W KAZIMIERCE

 

.

 

Powiązane publikacje
Huciańskie opowieści: Oto Ukrainiec Mikołaj Zahorujko. Część 4
Artykuły
Mikołajowi Zahorujce pisane było długie życie. Chociaż kilka razy patrzył na śmierć, ale ona jego nie zauważyła. Tylko taki człowiek może docenić każdy następny wschód słońca i cieszyć się nim (zakończenie: początek tu).
03 marca 2021
Huciańskie opowieści: Oto Ukrainiec Mikołaj Zahorujko. Część 3
Artykuły
Mikołaj Zahorujko był wspaniałym mówcą, tylko nikt z jego otoczenia tego nie doceniał i nie miał chęci go wysłuchać (początek tu, kontynuacja – tu).
17 lutego 2021
Huciańskie opowieści: Oto Ukrainiec Mikołaj Zahorujko. Część 2
Artykuły
Mikołaj Zahorujko wiele razy podkreślał, żeby nie kojarzyć milionów Ukraińców z nielicznymi banderowcami. Zamyślony, wpatrzony w dal powtarzał: «Po co to wszystko zło było potrzebne?».
02 lutego 2021
Huciańskie opowieści: Oto Ukrainiec Mikołaj Zahorujko. Część 1
Artykuły
Kiedy się rozstawaliśmy w 2015 r. zapewne czuł, że to nasze ostatnie spotkanie, ja podobnie. Zmarniał przez ostatni rok bardzo, a jego głos był zmęczony. Poprowadził mnie pod jabłoń, pochyloną do ziemi, zerwał kilka jabłek i dał mi na drogę.
19 stycznia 2021
Huciańskie opowieści: Losy Jana Skiby – nauczyciela i oficera z Wyrki. Część 2
Artykuły
Nauczyciel Jan Skiba został skierowany do Wyrki (obecnie rejon sarneński na Rówieńszczyźnie) po I wojnie światowej. Dziś kontynuujemy opowieść o jego losach (początek tu).
17 grudnia 2020
Huciańskie opowieści: Losy Jana Skiby – nauczyciela i oficera z Wyrki. Część 1
Artykuły
Zapomniany cmentarz w Wyrce skrywa wiele tajemniczych historii. Staraniem byłych parafian, przy życzliwej pomocy sielrady z Werbcza Wielkiego, Błohoczynnego Sarneńskiego i przyjaznych Ukraińców udało się go uratować w 2010 r. od całkowitej zagłady.
09 grudnia 2020
Huciańskie opowieści: Zsyłka na Sybir braci Dawidowiczów z Tchorów
Artykuły
O piękną Helenę porwaną przez Parysa walczyli starożytni Achajowie z Trojanami. Część tej historii opisał Homer w «Iliadzie». Starzy Hucianie opisywali równie piękne historie, oczywiście na miarę wsi otaczających Hutę.
23 listopada 2020
Huciańskie opowieści: Wywózka Polaków za Bug
Artykuły
Pogorzeliska Folwarku, Ostów i Janówki, kolonii polskich położonych po sąsiedzku, straszyły swym wyglądem. Prawie nikt tam nie mieszkał, z wyjątkiem poszukiwaczy ukrytego w różnych, często ziemnych schowkach jedzenia. 
10 listopada 2020
Huciańskie opowieści: Powrót Jadwigi z Syberii
Artykuły
Po kilku tygodniach podróży z Syberii powróciła Jadwiga Felińska zesłana tam w 1940 r. za przeprowadzane aborcje. Jej skazanie było wybawieniem, przeszła przemianę duchową i stała się inną kobietą.
27 października 2020