Wydawałoby się, że na temat okrucieństwa i barbarzyństwa wojny w Ukrainie powiedziano i napisano już prawie wszystko. Niestety prawie. Wysadzenie tamy na Dnieprze w Nowej Kachowce oraz atak rakietowy o czwartej nad ranem na mieszkalne domy w Krzywym Rogu to kolejne dokonane akty terroru.
Niegodziwe decyzje i idące w ślad za nimi działania wojenne owładniętego nienawiścią satrapy z moskwy, który z lampką szampana i uśmiechem dobrotliwego wujaszka pyta retorycznie dziennikarzy: dlaczegóż rosja jest posądzana o takie niecne czyny, jak atak rakietowy w Krzywym Rogu? Dlaczego tak wielu uważa, że rosja atakuje cywilne cele niemające przecież żadnego strategicznego znaczenia? Jakieś tam miasto funta kłaków niewarte. To na pewno sami Ukraińcy sobie to robią.
Po raz kolejny ręce opadają na widok tego człowieka, któremu brew nie drgnie, kiedy łże w żywe oczy. Tymczasem umierający pod gruzami ludzie, tysiące domów zalanych wodą, tysiące hektarów uprawnych pól zniszczonych na długie być może lata. I ludzkie łzy, ludzka czarna rozpacz.
Kolejna odsłona ruskiego miru oraz wojny mającej na celu całkowite wyniszczenie Bogu ducha winnego kraju i jego mieszkańców. Wszak powyżej tamy pracuje elektrownia atomowa, która pokrywa w znacznym stopniu zapotrzebowanie Ukrainy na energię elektryczną. Woda potrzebna jest do jej chłodzenia jak człowiekowi powietrze.
Prawdziwe dramaty realnego życia. Na szczęście nadzieja i wiara w zwycięstwo nad ruskim najeźdźcą umiera zawsze ostatnia. Dali temu dowód obrońcy Azowstalu i dają codziennie żołnierze z pierwszej linii frontu idąc na pierwszy ogień w walce o niepodległość, niezależność, godność i człowieczeństwo swojego kraju. Nie potwierdzają tego tylko ich heroiczne czyny na polu walki. Aby pokazać światu, że jest się człowiekiem przez duże C, nie wystarczy tylko umieć celnie strzelać, do tego konieczne jest jeszcze pokazanie ludzkiej twarzy wobec słabszych, bezbronnych i bezsilnych.
Bracia mniejsi, czyli wszystkie zwierzęta, które wojna dotknęła w takim samym stopniu co ludzi, potrzebują ratunku i pomocy. Ratowanie ich istnienia jest aktem najwyższej łaski wobec życia, jest dowodem, że nawet w obliczu kataklizmu, niewyobrażalnej ludzkiej tragedii, człowiek przeszedł drogę pełnej ewolucji implementując w swój umysł i serce pojęcie empatii, poświęcenia i współczucia.
Z zalanych terenów dziennikarze przesyłają obraz: na wojskowych pontonach, uzbrojone po zęby chłopy jak dęby przeszukują kolejne wsie w poszukiwaniu tych, którym natychmiast należy pomóc. Z wody wystają dachy i końcówki płotów. Wszędzie pełno pływających śmieci, połamanych gałęzi, kawałków desek.
Przy jednym z takich domowych ogrodzeń, a właściwie przy jego resztkach, trzymając się kurczowo przednimi łapami jakiejś końcówki deski, walczy o życie pies. Jest krańcowo wyczerpany. Widać, że już tylko resztki sił i mocna psia wola nie pozwalają mu utonąć.
Żołnierze z łodzi widzą to i podpływają do czworonoga. Jeden z mężczyzn bierze psa na ręce. Obaj lądują w bezpiecznej przestrzeni pontonu. Mokry, wyczerpany zwierzak liże obcego CZŁOWIEKA po twarzy. Człowieka przez duże C. Mężczyzna śmieje się od ucha do ucha, a ja płaczę jak bóbr. Ze szczęścia.
Chłop jak dąb, czyli mężczyzna potężnej postury, wysoki, dobrze zbudowany i silny.
Płakać jak bóbr, a więc bardzo, wręcz zalewać się łzami.
Czarna rozpacz oznacza bezgraniczny, ogromny smutek.
Łgać w żywe oczy, czyli kłamać bez żadnego skrepowania.
Bogu ducha winien, a więc ktoś niemający bezpośrednio nic wspólnego z zaistniałą sytuacją, bez żadnego wpływu na coś, co się w danej chwili wydarzyło.
Idąc na pierwszy ogień, czyli jako pierwsi, w pierwszej kolejności.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka i Kowla przez ORPEG