«W swoich ostatnich dniach moja Babcia myślami była na Wołyniu, «w domu bielonym, z gryczką za oknem». Po jej odejściu czułam, że coś ciągnie mnie na Wołyń» – napisała w liście do redakcji «Monitora Wołyńskiego» Marlena Maćków z Wrocławia, która akurat wróciła z podróży w rodzinne strony swojej Babci.
***
Od zawsze interesowała mnie tematyka kresowa. Korzenie mojej rodziny wywodzą się stamtąd. Mój dziadek od strony taty, Ludwik Maćków, urodził się w Białej, miejscowości w województwie tarnopolskim. Moja babcia od strony mamy, Helena Szewczyk, z domu Węgłowska, urodziła się w Jakubówce, gmina Ludwipol, powiat Kostopol, województwo wołyńskie. Wraz z rodzicami i ocalałym rodzeństwem przybyła do Wrocławia w 1945 r.
Babcia często opowiadała o Wołyniu. Wraz z siostrą Marią po niedzielnej mszy spotykały się na kawie i rozmawiały. Czasem ciężko było zrozumieć, o czym mówią, bo łączyły język polski z ukraińskim. To właśnie dzięki Babci i dla Babci postanowiłam, że kiedyś jeszcze ją tam zabiorę. Niestety ciągle przytrafiało się coś, co uniemożliwiało wspólny wyjazd. 29 lipca 2024 r. Babcia zmarła. W swoich ostatnich dniach myślami była właśnie na Wołyniu, «w domu bielonym, z gryczką za oknem».
Po jej odejściu czułam, że coś ciągnie mnie na Wołyń. Zaczęłam bardziej interesować się tą tematyką. Szukałam informacji w różnych źródłach: tych historycznych, jak i kontaktu z ludźmi, których korzenie również wywodzą się z Wołynia. Udało mi się dotrzeć do starych map, wykazów z ksiąg parafialnych. Ale ciągle to było dla mnie zbyt mało informacji.
Aż pewnego dnia wpisałam w wyszukiwarkę Google frazę «stowarzyszenie Wołyń». I tak właśnie natrafiłam na Stowarzyszenie «Wołyński Rajd Motocyklowy». Napisałam wiadomość do Stowarzyszenia na Facebook’u. Odpisał mi pan Henryk Kozak, podając swój numer telefonu. Stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia i zadzwoniłam. Wszystko to zadziało się w lutym 2025 r., a 28 maja wraz ze Stowarzyszeniem «Wołyński Rajd Motocyklowy» byłam już w drodze na Polesie Wołyńskie.
Decyzję o wspólnym wyjeździe podjęłam natychmiast, mimo że bliskie mi osoby nie do końca były przekonane o jej słuszności. Bały się, że jadę na teren kraju, gdzie trwa wojna, z obcymi ludźmi. Ich obawy nie były w stanie sprawić, bym porzuciła wcześniej podjętą decyzję. I tak 28 maja we Wrocławiu wsiadłam w pociąg do Puław, gdzie dołączyłam jako wolontariuszka do Stowarzyszenia. Oczywiście w pociągu dotarło do mnie, że rzeczywiście jadę z grupą obcych ludzi na ogarniętą wojną Ukrainę. Pojawił się strach, który jednak szybko minął, kiedy poznałam osobiście Henryka Kozaka i resztę chłopaków. Wszelkie obawy odeszły. Nie żałuję ani chwili spędzonej w ich towarzystwie.
Przyświecał nam jeden cel: uporządkowanie cmentarza w Moczulance. Mimo deszczu i niezbyt sprzyjającej aury rozpoczęliśmy swoje zadanie. Dla mnie było to szczególne przeżycie, gdyż odnalazłam grób prapradziadków. Na tablicach upamiętniających pochowanych odnalazłam nazwiska swojej rodziny: Węgłowscy, Kuriata i Żygadło.

Poznałam wyjątkowe osoby. Jedną z nich był ksiądz Władysław Łukasiewicz, który opowiedział mi wiele pięknych historii ludzi, z którymi miał okazję rozmawiać. Opowiadał o swoich parafianach i o pracy, jaką wykonuje, aby uczcić pamięć o Polakach żyjących kiedyś na tych ziemiach. Rozmowa z ks. Władysławem była wypełniona radością, ale także nostalgią.
Drugą osobą, o której chciałabym wspomnieć jest Wasyl. Człowiek, który pokazał mi miejsce, gdzie kiedyś znajdowała się rodzinna wieś mojej Babci, Jakubówka. Człowiek, od którego biła niesamowita mądrość życiowa, spokój i opanowanie. Mimo bariery językowej (on rozumiał po polsku, ale nie mówił) zabrał mnie na wyprawę przez lasy, aby pokazać mi miejsce, dla którego między innymi przyjechałam na Wołyń. Wasyl znał nazwiska mojej rodziny. Gdy dotarliśmy na miejsce, pokazał mi, gdzie były domy. Niestety nie ma po nich już śladu. O tym, że kiedyś na tym terenie między lasami żyli ludzie świadczyły jedynie drzewa owocowe, krzaki malin i jedna ławką pod starą, dorodną jabłonią. Zaprowadził mnie do miejsca, gdzie kiedyś ks. Władysław postawił drewniany krzyż, upamiętniający Polaków, którzy tam żyli i zginęli. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Powiesiłam na nim biało-czerwoną flagę, a na dole ustawiłam zdjęcie Babci.

Na koniec pragnę dodać, że wszystkiego tego mogłam doświadczyć dzięki Stowarzyszeniu «Wołyński Rajd Motocyklowy». To dzięki nim mogłam przenieść się w sentymentalną podróż. Poczuć wołyńskie promienie słońca na swej twarzy, wdychać czyste powietrze przesiąknięte zapachami różnych ziół i krzewów. Doznać tego spokoju i nostalgii. Pan Henryk Kozak wraz ze Stowarzyszeniem robią bardzo dużo, aby miejsca takie jak Moczulanka nie zostały zapomniane, aby pamięć o ludziach, którzy tam żyli, była wieczna. Ze swojej strony dodam, że z pewnością tam wrócę. Pracy do wykonania jest tam jeszcze bardzo dużo.
Marlena Maćków
Zdjęcia udostępnione przez Stowarzyszenie «Wołyński Rajd Motocyklowy»