Jest w Krakowie taki targ, zwany Placem Imbramowskim, na którym różne pyszności drogą kupna nabyć można. Wizyta na nim wprawdzie osusza portfel w tempie iście kosmicznym, bowiem ceny są tam też czasem astronomiczne. Ale jeśli naszemu podniebieniu chcemy sprawić wielką przyjemność i poczuć prawdziwe niebo w gębie, to od wielkiego dzwonu możemy sobie na takie małe szaleństwo pozwolić.
Poza tym atmosfera krakowskich placów targowych jest unikalna sama w sobie i koniecznie trzeba się na takie targowisko udać, aby jej choć ociupinkę posmakować. Ilekroć tylko mogę, pędzę tam po oliwki prościutko z samej Kalamaty, pachnący słońcem miód tymiankowy z ukochanej Krety, ser graviera i oliwę o kolorze zielonego bursztynu od tzw. chłopa.
Jest tam także niewielka budka, w której ledwie mieszczą się wielkie lodówki i młody, uprzejmy sprzedawca siedzący nieco kątem wśród swoich szaf chłodniczych. Przy wejściu wita nas skromny szyld: «Pierogi babuni». I jeszcze drobnym druczkiem: «robione ręcznie, domowe». To właśnie do nich ciągnę jak do Mekki.
W środku zazwyczaj jest tylko jeden kupujący, ponieważ dla większej ich liczby nie ma już tam miejsca. Ci inni muszą stać cierpliwie na zewnątrz w oczekiwaniu aż «wrota» pierogowego raju staną przed nimi otworem. Przestępują z nogi na nogę i zapuszczają żurawia przez szklaną witrynę, czy już wewnątrz dochodzi do uiszczania należności, czy też klient jeszcze wybiera.
A jest w czym wybierać. Nadzienia owocowe, kapuściane, mięsne, grzybowe, warzywno-roślinne, z kaszami, o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia, i wreszcie te uwielbiane bez wyjątku przez wszystkich. Z białym twarogiem, wymieszanym z ubitymi ziemniakami, podsmażoną cebulką, przyprawami i pysznymi lekko przyrumienionymi skwareczkami. W Polsce zwane dotychczas ruskimi.
Ponieważ nie byłam na targowisku dość dawno, a wydarzenia ostatnich dni przygnębiły mnie i najlepszego z mężów ogromnie, pomyślałam, że taka pierogowa uczta choć troszkę poprawi nasze samopoczucie. Wchodzę do sklepiku i już od progu wołam do sympatycznego ekspedienta: «Dwadzieścia ruskich poproszę». «Nie ma» – odpowiada mi ze stoickim spokojem młodzieniec. «Jak to nie ma?!» – Dopytuję nie dając za wygraną. «Nie ma i nie będzie» – odpowiada mi mój Cycero. «Są ukraińskie. Z farszem z białego sera, ziemniaczków, cebulki, przepyszne. Polecam. Proszę pani, ruskie nie umywają się do ukraińskich. Wiem to na pewno».
Wierzę chłopakowi na 100 %. Biorę trzydzieści.
Astronomiczne ceny, a więc bardzo wysokie.
Osuszać portfel, czyli szybko wydawać pieniądze.
Od wielkiego dzwonu, czyli przy szczególnej okazji, a więc bardzo rzadko.
Kupować coś od chłopa – mówimy tak, gdy kupujemy coś bezpośrednio od producenta.
Siedzieć kątem, czyli z boku, gdzieś, gdzie nie ma dużo miejsca.
Zapuszczać żurawia – znaczy zaglądać gdzieś z ciekawością.
Przestępować z nogi na nogę, czyli niecierpliwić się.
Nie mieć bladego pojęcia – oznacza kompletną niewiedzę w jakiejś dziedzinie.
Coś nie umywa się do czegoś – jest znacznie gorsze, nieporównywalne.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka i Kowla przez ORPEG