Wiesław Pisarski, nauczyciel języka polskiego skierowany do Kowla przez ORPEG rozpoczął na Wołyniu już trzynasty rok szkolny. Przez cały ten okres uczy języka polskiego dzieci i dorosłych w Kowlu, w 2017–2018 pracował także w Łucku. Aktywnie angażuje się w życie miejscowej polskiej wspólnoty, jego uczniowie niejednokrotnie odnosiły sukcesy w konkursach ogólnoukraińskich oraz międzynarodowych.
Rozmawiamy przez Skype’a, gdyż od 24 lutego nauczyciele ORPEG-u, czyli Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą, skierowani do Ukrainy, z powodu wojny pracują zdalnie. Mimo to stale przebywają w kontakcie ze swoimi uczniami oraz polskimi organizacjami, do których zostali skierowani. Ci pedagodzy, których skierowano na Wołyń, od lat współpracują także z «Monitorem Wołyńskim» jako autorzy piszący do nas oraz jako poloniści dbający o polszczyznę na łamach naszego pisma. Zapraszamy Państwa do przeczytania ich tekstów w rubrykach «ABC kultury polskiej» oraz «Związki frazeologiczne».
– Naucza Pan już trzynaście lat w Ukrainie, w Kowlu i w Łucku. Jak wspomina Pan mijające lata?
– Tyle wydarzeń, tak wiele podróży, tyle twarzy i obrazów. I tak jak pisałem we wspomnieniach do pierwszego tomu książki wydanej przez ORPEG, spotkałem tu tylko dobrych ludzi. Miałem do nich szczęście. Tyle wspaniałych konkursów, na które jeździłem z moimi uczniami, imprez w Kowlu, Łucku, Lwowie, Chmielnickim, Kijowie, Tarnopolu, Husiatynie, Sidorowie, Dubnie, Tarnopolu, Kamieniu Koszyrskim i gdziekolwiek jeszcze zawędrowałem marszrutkami (tak w Ukrainie powszechnie nazywane są autobusy komunikacji miejskiej oraz krajowej – red.).
– A właśnie. Jak wspomina Pan przejażdżki marszrutkami?
– Nigdy ich nie unikałem. Zawsze to był jakiś rodzaj ekstremalnego przeżycia. Tak jak jazda pociągiem osobowym, czyli popularnym dizlem na konkurs «Znasz-li ten kraj» do Lwowa i z powrotem do Kowla.
– Co było iskrą, która spowodowała, że zdecydował się Pan na podjęcie pracy w Ukrainie?
– Moja mama pochodzi z Sidorowa pod Husiatynem położonym na pagórkowatej Tarnopolszczyźnie. To był główny motyw. Poza tym Kresy mają swoją mitologię. Wystarczy tylko wspomnieć takie postacie, jak Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz, Tadeusz Konwicki, Czesław Miłosz. Jako polonista czułem imperatyw podsycany też przez moją polonistkę, która pochodziła z Równego – Helenę Krzemioniowską-Łowkis, autorkę książki «Powroty na Wołyń».
I tak mija właśnie trzynasty rok mojego nauczania języka polskiego i działania w obszarze kultury. Za czasów mojej bytności w Kowlu umarli już: Anatol Sulik – strażnik pamięci polskich cmentarzy na Wołyniu, Walery Draganiuk – ten, który pomagał tworzyć kościół katolicki św. Anny, Wacław Herka – żołnierz AK, współzałożyciel Towarzystwa Kultury Polskiej w Kowlu i wieloletni jego prezes.
– Zorganizował Pan dużo konkursów oraz przygotowywał do wielu zmagań swoich uczniów.
– Jako polonista najbardziej cieszyłem się z sukcesów finalistów Olimpiady Literatury i Języka Polskiego Romana Dmytruka i Sofii Plaszko oraz finalistki Konkursu Recytatorskiego «Kresy» we Lwowie Julii Kudlaj. Lubiłem przyjeżdżać do Łucka na Konkurs Recytatorski Poezji i Prozy Polskiej dla Mieszkańców Ukrainy. Sam też brałem w nim udział i byłem w Lublinie z finalistami. Bardzo lubiłem jeździć na Olimpiadę Literatury i Języka Polskiego do Lwowa, Chmielnickiego i Kijowa. Miło było widzieć uczniów interesujących się literaturą, czytających ją i piszących dobrze po polsku.
Organizowałem też konkursy i imprezy odbywające się w Szkole Polskiej w Kowlu z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Od początku pisałem też do «Monitora Wołyńskiego». Po prostu uważałem to za swój obowiązek. W Kowlu zainaugurowałem cykliczny Konkurs Polskiej Poezji Śpiewanej, który przerwał COVID–19, a w tym roku – wojna. Pamiętam projekt «Twarze, maski, gęby» zrealizowany z Ewą Mańkowską z Ukraińsko-Polskiego Sojuszu imienia Tomasza Padury w Równem. Planowaliśmy też projekt z «Morfiną» Szczepana Twardocha i «Panem Kierdziołkiem». Niestety życie nie zawsze zgadza się z naszymi planami.
– Jak układała się współpraca Pana z prezesem Wacławem Herką?
– Bardzo dobrze. Miałem wielki zakres wolności i mogłem realizować różne swoje plany, zamierzenia, konkursy i projekty. Z jego synem, Anatolem, także współpracuje mi się bardzo dobrze. Czasem różnie to się układa między prezesem a nauczycielem, ale ja znowu w tym zakresie miałem i mam szczęście. Tak samo było, kiedy pracowałem tu w Łucku, bardzo dobrze nam się współpracowało, nieprawdaż?
– Święta prawda. A jak wyglądała współpraca między nauczycielami?
– Zawsze również bardzo dobrze. Pamiętam nasze spotkania z Justyną Jancz, która pracowała w Równem, dziś już siostrą zakonną. Ona wspierała mnie w pierwszym roku w Ukrainie, który był bardzo trudny. Byłem w Równem na spektaklu o Czesławie Miłoszu przez nią przygotowanym.
Nauczyciele Łuckiego Okręgu Konsularnego zawsze bardzo dobrze współpracowali ze sobą. Nie było konfliktów. Niezapomniane były nasze spotkania w Centrum Integracji w Zamłyniu i Letnie Szkoły Języka Polskiego tamże, na które przyjeżdżałem z żoną i córką. Tam poznałem panią Zosię Szwal, także Wołyniankę, która pochodzi z Orzeszyny. Jej wspomnienia można przeczytać w książce Anny Herbich «Dziewczyny z Wołynia», w rozdziale «Zofia – dziewczynka z czereśniowego sadu». Bardzo dobrze pracowało się z Jadwigą Demczuk, Marianną Soroką, Gabrielą Woźniak-Kowalik, Marią Musiał, Elżbietą Piotrowską, z Piotrkiem Kowalikiem, Mietkiem Łazukiem, z wszystkimi nauczycielami.
Tym bardziej przykro mi się zrobiło, jak doszły mnie słuchy, że niektóre koleżanki z innego kraju skierowania mają pretensję do ORPEG-u, że pozwala nam uczyć zdalnie. Jak ORPEG może wziąć na siebie odpowiedzialność na wysłanie nauczycieli w czasie działań wojennych? 22 października rosjanie uderzyli w rakietami dalekiego zasięgu, które trafiły w obiekt infrastruktury energetycznej. Nie było prądu, wody i ogrzewania. Służby zadziałały szybko i sytuacja wraca do normy. Kowel może być obiektem ataku także z tego powodu, że jest to ważny węzeł komunikacyjny.
Jedynym wyjściem dla kontynuacji nauczania języka i pomocy prezesowi jest w tej chwili praca na odległość. Nie jest ona czymś nowym i nadzwyczajnym. Wiadomo też, że nauczanie zdalne zajmuje dużo więcej czasu niż stacjonarne i kosztuje wiele zdrowia: oczy, głowa, kręgosłup. Wszyscy nauczyciele pracujący w Ukrainie od początku wspomagają także na różne osoby naszych sąsiadów: goszcząc ich u siebie w domu, finansowo, wspierając różne fundacje pomocowe.
– Co było najgorszym przeżyciem w czasie Pana pobytu w Ukrainie?
– Nie będę prawdopodobnie odosobniony. Oczywiście szok po wybuchu wojny, o której zapomnieliśmy, że gdzieś czai się w człowieku. Ale także czasy pandemii i przejazdy przez granicę. Te długie kontrole, wielogodzinne oczekiwanie, sprawdzanie toreb, zimno, różne zapachy nie zawsze przyjemne, nieprzyjemni celnicy, papierosy szmuglowane do Polski, oczywiście nie przeze mnie, brudne szyby w autobusach, ale to wszystko nic wobec tragedii wojny, śmierci, okrucieństw i cierpienia ludzi.
– Jak wygląda teraz działalność nauczycieli skierowanych do pracy dydaktycznej przez ORPEG na Ukrainę?
– Po raz pierwszy sytuacja w naszym nauczycielskim życiu zmieniła się na wiosnę 2020 r., kiedy zostaliśmy zmuszeni do wyjazdu ze swoich placówek do Polski przez narastającą pandemię COVID-19. Pamiętam, że wyjeżdżałem w ostatniej chwili, przez Zdołbunów, z koleżanką z ORPEG-u, przez Bochnię do Leszna. Pamiętam panikę, lęk i słowa koleżanek, które mówiły, że wolą umierać w domu. Wtedy nauczyliśmy się pracować zdalnie, poznaliśmy platformy do nauczania on-line.
Teraz, przed 24 lutego, otrzymaliśmy nakaz wyjazdu ponownie. Przez granicę wyjeżdżałem z Gabrielą Woźniak-Kowalik i Piotrkiem Kowalikiem, jeszcze do końca wierząc, że to wszystko tylko medialna zagrywka i straszenie. Życie zrewidowało nadzieję, że jednak wojna nie wybuchnie. Musieliśmy wrócić do pracy zdalnej, którą już mieliśmy opanowaną do perfekcji. Moja praca w czasie wojny to stały kontakt z prezesem, z uczniami, lekcje przez platformę ZOOM, zadania domowe przez Vibera, pisanie artykułów do «Monitora Wołyńskiego», pomoc prezesowi w różnych sprawach. Czyli wielogodzinne siedzenie przed ekranem komputera.
Chociaż ostatnio mówi się o osłabieniu sił najeźdźcy, wojna wciąż trwa. Słucham wiadomości z różnych stron, między innymi kanałów na YT: «Historii realnej», «Strategy and future» i «Wolski o wojnie». Wierzę, że Ukraina zwycięży, winni zostaną ukarani i powoli wszystko się znormalizuje, a dzieci zaczną się uczyć języka polskiego offline w szkołach przy towarzystwach polskich i parafiach, wrócą konkursy, olimpiady, spotkania, rocznice i wspólne tworzenie kultury mniejszości polskiej w Ukrainie.
Rozmawiał Walenty Wakoluk