Jedni odnajdują upominki 6 grudnia pod poduszką. Innym święty Mikołaj przynosi prezenty pod choinkę, a są i tacy, którzy podarunki dostają i pod poduszkę, kiedy śpią, i pod choinkę w czasie świąt. Tacy szczęśliwcy.
Zacny staruszek z siwą brodą, odziany w obszyty białym futerkiem czerwony uniform, przeciskał się przez dziurkę od klucza, właził przez komin, pędził co koń, a właściwie renifer wyskoczy swoim pojazdem na płozach. Zawsze po to, aby tylko małym i dużym, ale zawsze grzecznym, przyjemność sprawić.
Do mieszkań zakradał się po cichutku, często jednak zostawiając po sobie widoczne ślady śniegu. Tak czy siak zawsze pojawiał się i znikał jak kamfora jadąc od jednego do drugiego domu. Tak przynajmniej wierzył mały jeszcze człowiek w czasach, gdy wszystko było jasne, proste i piękne. W czasach bezgrzesznego dzieciństwa.
Racjonalna i odpowiedzialna dorosłość niestety odarła nieco z tej magii świętego Mikołaja. W świecie poważnych, pełnoletnich ludzi kilka wypraw do galerii handlowej załatwia sprawę prezentów, które kiedyś, ułożone w wielką stertę, pędziły wyładowanymi saniami gdzieś z dalekiej północy.
Aby dostać taki podarunek nie wystarczyło być tylko grzecznym. Trzeba było jeszcze napisać list do świętego Mikołaja, w którym należało wyartykułować własne marzenia i potrzeby w zakresie upominków. W moim rodzinnym domu list wkładało się wieczorem do buta, a kiedy człowiek rano wstał i pobiegł jeszcze mocno zaspany, aby sprawdzić czy coś się przez noc zmieniło, okazywało się, że kartka z obuwia zniknęła.
To była magia! Prośby kierowane do świętej osoby były bardzo różne. Od zwyczajnych, przyziemnych i łatwych do zrealizowania, takich jak zapotrzebowania na gry, książeczki i zabawki, do takich kompletnie z sufitu, czy jak kto woli z kosmosu.
Niby jak zacny staruszek miał sprawić, żeby kreskówki Disneya były emitowane na okrągło, albo żeby w wannie pojawiła się złota rybka, co to trzy dowolne życzenia może spełnić. Swoją drogą zwyczaj pisania listów z wyszczególnieniem pożądanych lub mile oczekiwanych prezentów miał wielki sens i stosowanie go w dorosłości wielu oszczędziłoby rozczarowań a nawet przykrości.
Nikt by może już nie otrzymał kolejnej pary niechcianych skarpetek, kubeczka w gwiazdki i reniferki, za małego sweterka, którego nosić się nie da, a wyrzucić szkoda, bo ładny i bardzo dobrej jakości, szalika do niczego nie pasującego, perfum o zapachu przyprawiającym o ból głowy… A także wielu, wielu innych nietrafionych upominków, od których po świętach roi się na portalach zajmujących się kupowaniem i sprzedawaniem.
Może więc warto powszechnie zastosować tradycję z dzieciństwa, aby przy rozpakowywaniu prezentów nie mieć nosa spuszczonego na kwintę? Nie wspominam już o innych zaletach pisemno-papierowo-ręcznej komunikacji z innymi w kontekście kierunku rozwoju naszej cywilizacji. Jest nad czym pomyśleć.
Mieć nos spuszczony na kwintę oznacza, że jesteśmy bardzo smutni, przybici, przygnębieni.
Pędzić co koń wyskoczy, czyli jechać bardzo szybko.
Znikać jak kamfora, a więc szybko i bez śladu.
Pomysły z sufitu albo z kosmosu, czyli niemożliwe do zrealizowania, bezsensowne, utopijne.
Robić coś na okrągło, a więc bez przerwy, bardzo często.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG