«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
«Monitor Wołyński» opisuje jego rodzinną historię, w której pełno jest wspomnień o sowieckich represjach.
Babcię z dwoma synami wysiedlono do obwodu charkowskiego
Dziadkowie naszego rozmówcy ze strony ojca – Adam Wysocki i Stanisława Grzybowska (1909–1984) – mieli dwóch synów: Bronisława (1932–2011) i Piotra (1935–2012, ojciec Walentego). Rodzina mieszkała w obwodzie żytomierskim.
«Wiem, że pradziadek Ludwik Wysocki i jego rodzina mieszkali koło Korostenia, mieli 20 dziesięcin ziemi i pięć dziesięcin dębowego lasu. Dziadek Adam miał brata Franka. Adama wysłano do seminarium, by został księdzem, ale nie ukończył nauki, ponieważ poznał babcię Stasię. Babcia pochodziła z wielodzietnej rodziny mieszkającej na koloniach, z których potem komuniści spędzili ludzi do wsi Boguszówka niedaleko Uszomierza (obecnie rejon korosteński – aut.). Mieli sześcioro czy siedmioro dzieci.
Dziadek Adam pracował na budowie «Linii Stalina» (system rejonów umocnionych – red.), która na naszych terenach ciągnęła się od Zwiahla do Korostenia. Był kierownikiem budowy. W 1937 r. zamordowały go władze sowieckie. Zabrano go prosto z domu. Później przyszedł papier, że zmarł z powodu marskości wątroby na Biełomorkanale. Czy tak było naprawdę, już nikt nie wie. Z kolei babcię Stasię z dwoma niepełnoletnimi synami wysiedlono do obwodu charkowskiego, do dawnego rejonu błyzniukiwskiego. Babcia opowiadała, że kiedy tam przyjechali, w chatach jeszcze leżały szczątki ludzi zmarłych podczas Wielkiego Głodu. Przywieziono ich do jakiejś chaty i powiedziano: „Tu będziecie mieszkać”. Rozdzielono ich po dwie rodziny: po dwie kobiety z dziećmi.
Pamiętam, babcia opowiadała, że kiedy zaczęła się wojna, ojciec zniknął. „Piotr zaginął, płaczę, biegam po całej wsi. Aż widzę – prowadzi konia za uprząż”. Pewnie, gdy szła armia, ten koń pozostał w tyle: być może był ranny lub stracił jeźdźca. W ten sposób koń uratował całą wieś, bo mieli jak zorać ziemię, przywieźć siano...
Nie wiem, kiedy dokładnie babcia i jej synowie wrócili na Żytomierszczyznę, ale wiadomo jest, że w 1947 r. mieszkali już w Uszomierzu. Potem przenieśli się do Krasnogórki» – mówi Walenty.
W 1976 r. wraz z ojcem, wujkiem, bratem i kuzynem udali się na Charkowszczyznę, odwiedzali miejsca, do których wysiedlono rodzinę. Wspomina, że wtedy miejscowi jeszcze pamiętali jego babcię, dlatego zostali przyjęci bardzo ciepło.
«Babcia Stasia znała wiele modlitw. Pomagała ludziom. Do niej, na przykład, przychodziły kobiety, u których, jak wtedy mówili, «opadał brzuch». I mnie babcia też uratowała. Zgubiłem się, kiedy poszliśmy do lasu po jagody. Całą wioskę zaangażowała, by mnie znaleźć» – wspomina Walenty Wysocki.
W jego rodzinie zachowały się wspomnienia o Głodzie z lat 1946–1947 w obwodzie żytomierskim. «Wujek Bronisław mówił, że we wsi było wystarczająco dużo jedzenia, był dobry urodzaj. Jednak wszystko zabierano z domów, z komór. W miejscach, do których zwożono żywność, stali strażnicy strzelający do zbliżających się ludzi. Żeby nawet nie odważyli się podchodzić. Musieli przetrwać na tym, co zdołali schować. Babcia znała się na trawach, korzeniach. Myślę, że to ich uratowało».

Stanisława Wysocka (z domu Grzybowska)

Nagrobek Bronisława Wysockiego. Nowa Borowa
Jechał do szkoły, trafił na wycinkę lasu
Pod koniec lat 40. Piotr Wysocki udał się do obwodu archangielskiego, jak myślał, do szkoły. «Pewnego razu ojciec dowiedział się, że można tam się dostać do technikum bez egzaminów. Nie mógł trafić do żadnej szkoły, bo był uznawany za dziecko wroga ludu. Kiedy przyjechał, został wysłany na wycinkę lasu. Miał około 14 lat... Razem z przyjacielem postanowili uciekać. Około 30 km szli do stacji. Jechali pociągiem w wagonach węglowych. Droga do Korostenia zajęła im około półtora miesiąca.
Do babci Stasi przyszedł wówczas sąsiad. Powiedział: „Idź zobacz, czy to nie twój Piotr leży tam w chwastach”. Ojciec był bardzo schorowany, miał obustronne zapalenie płuc. Babcia dociągnęła go do domu, położyła na piec i zajęła się leczeniem. Po jego powrocie przyjeżdżali po niego z Korostenia, podobno z NKWD. Rzekomo, kiedy jechał do obwodu archangielskiego, coś podpisał, a następnie uciekł. Mieli go czy odesłać z powrotem, czy osadzić w więzieniu. Babcia powiedziała, że nie wrócił, pewnie zmarł po drodze z głodu» – opowiada Walenty.
Jego ojciec później zatrudnił się jako pomocnik u miejscowego kierowcy ciągnika. Potem trafił na pięcioletnią służbę w marynarce wojennej. «Tata opowiadał, że był bezpośrednim świadkiem wydarzeń, które mogły poprzedzać tak zwany kryzys karaibski (1962 r. – red.). Służył na atomowej łodzi podwodnej niedaleko Kuby. Mówił, że przez trzy miesiące byli pod wodą.

Piotr Wysocki na służbie w marynarce wojennej
Po powrocie ze służby w marynarce wojennej, mianowicie w 1959 r., Piotr Wysocki ożenił się z Haliną Janczewską (ur. 1937). Małżeństwo osiedliło się w Nowej Borowej (obecnie rejon żytomierski). Urodziło się im dwóch synów: Walenty (nasz rozmówca, ur. 1960) i Anatol (ur. 1963).
Piotr pracował jako mechanik, ukończył technikum. Później zajmował różne stanowiska: zastępcy przewodniczącego kołchozu, przewodniczącego rady wiejskiej, leśniczego. Halina pracowała w zakładzie wyrobów żelbetowych.

Piotr i Halina Wysoccy. 1959 r.

Portrety Piotra i Haliny Wysockich w domu w Nowej Borowej. Na zdjęciu na dole są z dziećmi

Halina Wysocka w kościele w Nowej Borowej. 2025 r.
Starosta wsi
Dziadkowie naszego rozmówcy ze strony matki – Jan Janczewski (1897–1938) i Janina Gongało (1912–1991).
«Ojciec babci Janiny, mój pradziadek, miał na imię Adam. Jego rodzina mieszkała we wsi Szadura (obecnie rejon żytomierski – aut.). Był starostą wsi. Babcia miała trzy siostry. Pamiętam tylko Filipinę, ponieważ była chrzestną mojej matki i mieszkała u niej pod koniec życia.
Babcia opowiadała, że kiedy armia Budionnego szła na Warszawę, jedna z jednostek przez kilka dni stacjonowała w Szadurze. I był taki epizod. Filipina, która wówczas była nastolatką, niosła dwa wiadra wody na koromyśle, kiedy do niej podskoczył jakiś żołnierz. Przestraszyła się, odwróciła i uderzyła go tym koromysłem. Stracił przytomność. Filipina opowiedziała to wszystko ojcu. Zaciągnął budionnowca do jednostki. Gdy wojsko poszło dalej, żołnierz wrócił. Chciał zastrzelić Filipinę z karabinu, ale, dzięki Bogu, nie trafił. Pradziadek Adam pojawił się w sam czas i się go pozbył. Po tym już nie wracał» – opowiada Walenty.
Jego dziadek Jan był o 15 lat starszy od babci Janiny. Dla obojga było to drugie małżeństwo. Janina z pierwszym mężem, Zakrewskim, miała syna Tadeusza, a Jan miał z pierwszego małżeństwa dwoje dzieci: Anatola i Ninę. Para miała dwie wspólne córki: Halinę (matkę Walentego Wysockiego) i Ałłę (ur. 1938).
«Babcia Janina najpierw była z Zakrewskim. Po Tadeuszu urodziła drugiego chłopca, ale był słaby. Pewnego razu Zakrewski powiedział, że muszą iść grabić siano. Babcia mu na to, że nie może zostawić dziecka, bo boi się, że nie przeżyje. Usłyszała od męża: „Skoro mówię, że idziemy, to idziemy. Jeśli umrze, urodzisz jeszcze raz!” Dosłownie wypędził ją do pracy. Kiedy wróciła, dziecko już nie żyło. Wzięła Tadeusza i odeszła. Dziadek Jan wówczas był już wdowcem. Wkrótce zamieszkali ze sobą» – przekazuje Walenty.

Jan Janczewski. Pierwsza połowa lat 30.
Żona wroga ludu z pięciorgiem dzieci
Według niego dziadek Jan był piśmienny i zamożny. W 1938 r. został zamordowany przez sowieckich katów. Babcia Janina została sama z pięciorgiem dzieci.
«Mama nie pamięta ojca i niczego nie może o nim opowiedzieć. Wszystkie informacje o nim pochodzą z opowieści babci Janiny. Kiedy powstawały kołchozy, dziadek przekazał zwierzęta gospodarskie, w tym konie. Babcia prosiła dziadka, by się na jakiś czas ukrył, bo chodziły pogłoski, że zbierają i rozstrzeliwują ludzi. Dziadek odmówił. Wierzył, że skoro dobrowolnie oddał zwierzęta do kołchozu, nic mu nie zrobią.
Kiedy dziadka zabrali, babcia pojechała najpierw do Wołodarska Wołyńskiego (obecnie Choroszów – aut.). Powiedziano jej, że dziadek jest w więzieniu w Korosteniu. Kiedy dotarła do Korostenia, usłyszała, że został przeniesiony do Żytomierza. Wreszcie w nocy dojechała jakimś pociągiem towarowym do Żytomierza. Wspominała, że kobiet, które szukały swoich mężów, było około 30. Siedziały pod więzieniem, czekając na poranek. Powiedziano im: „Nie siedźcie tutaj. Nikt już ich nie wypuści”.
Babcia wspominała, że w środku nocy w więzieniu rozległ się straszny krzyk, a za godzinę-dwie wyjechały dwie połutorki (potoczna nazwa lekkiej ciężarówki GAZ-AA o ładowności 1,5 t – tłum.), przykryte plandeką. Mówią, że zabitych w więzieniu wówczas chowali w chutorze Bogunia, obecnie jest to dzielnica Żytomierza. Tam, w tym żytomierskim więzieniu, został zakatowany mój dziadek, a babcia została żoną wroga ludu.
Jan Janczewski, s. Łucjana jest na liście osób represjonowanych «Zrehabilitowani przez historię. Obwód żytomierski» (Księga 7. Tom I). Zaznaczono tam, że urodził się i mieszkał we wsi Gajki (obecnie Hromada Horoszów). Został aresztowany 14 kwietnia 1938 r. Oskarżono go o powiązania z Polską Organizacją Wojskową. 5 października 1938 r. został rozstrzelany w Żytomierzu. Zrehabilitowano go w 1958 r.
Rodzina, która została bez ojca i męża, musiała przetrwać jeszcze lata głodu. Walenty opowiada, że babcia musiała pracować w kołchozie, odrabiać trudodni, więc potajemnie, pod ubraniem, wynosiła po kilka garści ziarna, którym karmiła zwierzęta. Wielodzietną rodzinę uratowało to, że Tadeuszowi udało się ukryć przed sowietami krowę. «Mama opowiadała, że jedli korzenie, niedojrzałe jagody… Do dzisiaj nie wyrzuca żadnego jedzenia» – dodaje nasz rozmówca.
Jego ciocię Ninę Zakrewską około 1943 r. zabrano do pracy przymusowej w Niemczech. Pracowała tam w prywatnym gospodarstwie. Walenty mówi, że doczekała nawet odszkodowania od rządu niemieckiego – w latach 90. otrzymała 800 marek niemieckich.

Nagrobek Janiny i Jana Janczewskich. Nowa Borowa
Wzięli ślub po 23 latach małżeństwa
Nasz rozmówca urodził się w 1960 r. w miejscowości Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim. «W naszych stronach na Żytomierszczyźnie, kiedy się urodziłem i byłem mały, mieszkało około 40 % ludności polskiej. Nawet na weselu muzycy żartowali: Ukraińcy – na lewo, Polacy – na prawo, Czesi – pośrodku. Przy tym nigdy nie mieliśmy kłótni czy, broń Boże, bójek z powodu tego, że ktoś był Polakiem, a ktoś Ukraińcem… Moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obaj zostali zamordowani przez reżim sowiecki» – mówi Walenty.
W latach jego dzieciństwa w Nowej Borowej i w okolicy nie było kościoła katolickiego. Walenty i jego młodszy brat Anatol zostali ochrzczeni w Żytomierzu. «Mama była bardzo wierząca, a ojciec był komunistą. Dlatego mama chrzciła nas po kryjomu, by ojciec się nie dowiedział. Moim ojcem chrzestnym jest Anatol Gongało, krewny ze strony matki. Do Pierwszej Komunii już nie pojechaliśmy. Wiem, że w latach mojego dzieciństwa mama ze swoją młodszą siostrą chodziły do kościoła w Emilczynie. Szły z babcią pieszo 45 km, by wyspowiadać się przed Wielkanocą. Na miejscu nocowały gdzieś w kurniku lub na sianie. Szły głównie boso, by nie zniszczyć butów.
Na początku lat 90. w Nowej Borowej pod opieką ks. Ryszarda Szmista rozpoczęto budowę kościoła Matki Bożej Bolesnej. Mama Walentego pomagała podczas budowy, gotowała dla pracowników. «Gdy kościół został otwarty, zaproponowała ojcu, by wzięli ślub, ponieważ nie mogła chodzić do komunii. Ojciec nie chciał. Wtedy matka poszła po radę do księdza Ryszarda. I po rozmowie z księdzem ojciec, choć odmówił przyjęcia wiary katolickiej, zgodził się na ślub. W ten sposób odbyła się uroczystość» – opowiada nasz rozmówca.

Rodzina Wysockich. Piotr i Halina z synami Walentym i Anatolem

Halina Wysocka w kościele w Nowej Borowej. 2024 r.

Bracia Walenty i Anatol Wysoccy. Kijów, 2021 r.
Walenty Wysocki ukończył miejscową szkołę. Najpierw pracował przy budowie czwartego reaktora Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej oraz w zakładzie w Nowej Borowej, a wkrótce po ukończeniu Wydziału Mechaniki Ukraińskiego Instytutu Inżynierów Gospodarki Wodnej w Równem przeniósł się do Kwasiłowa, gdzie pracował w zakładzie «Riwnesilmasz». Obecnie jest emerytem. Wraz z żoną Ludmiłą mieszkają w Zdołbunowie. Latem ubiegłego roku obchodzili 42 rocznicę ślubu. Mają dwoje dzieci i trójkę wnuków.
«W 2006 r. zaczęliśmy chodzić do kościoła w Równem. Rok później, 31 marca 2007 r., przed Wielkanocą, wzięliśmy z Ludmiłą ślub. Pamiętam, że kiedy postanowiliśmy wziąć ślub w kościele, myśleliśmy, że to jest prosta sprawa: przyjdziemy, weźmiemy ślub i jesteśmy wolni. Jednak ks. Władysław Czajka, kiedy zwróciliśmy się do niego, najpierw skierował nas na nauki przedmałżeńskie. Naszym przygotowaniem zajmowali się siostra Julia oraz ojciec Grzegorz Draus. Następnie dołączyliśmy do wspólnoty neokatechumenalnej. Pamiętam, jak spowiadaliśmy się w nocy przed ślubem. Było pięknie.

Walenty i Ludmiła Wysoccy
Po przeprowadzce do Zdołbunowa zaczęliśmy chodzić do miejscowego kościoła, a także do Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej. Wspieramy w miarę sił kościół. Mieszkamy tutaj, a więc to jest także nasza świątynia» – mówi Walenty Wysocki.
W kolejnym odcinku «Rodzinnych historii» «Monitor Wołyński» przedstawi opowieść Ludmiły Wysockiej, małżonki naszego rozmówcy, o losach jej krewnych.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Walentego Wysockiego
Na głównym zdjęciu: Walenty Wysocki. Zdołbunów, 2025 r. Fot. Olga Szerszeń
***
