«Dorastałam ze świadomością, że jesteśmy jedną rodziną i pomagamy sobie nawzajem. Cenię to, skąd pochodzę, jakie są moje korzenie, kim jestem. I jestem bardzo dumna, że pochodzę z takiej rodziny. Chyba nie byłabym tak pewna siebie, gdyby nie mama, dziadek i babcia, którzy zawsze mnie wspierali» – mówi Tetiana Poliszczuk.
Jest nauczycielką języka polskiego w Łucku, członkinią Stowarzyszenia Kultury Polskiej na Wołyniu im. Ewy Felińskiej oraz Wołyńskiego Zjednoczenia Nauczycieli Polskich na Ukrainie im. Gabrieli Zapolskiej, uczestniczką chóru przy katedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku.
Nasza rozmówczyni pochodzi z Tomaszgrodu w Hromadzie Rokitno (rejon sarneński w obwodzie rówieńskim). Obecnie mieszka i pracuje w Łucku. Tetiana Poliszczuk opowiada «Monitorowi Wołyńskiemu» swoją rodzinną historię.
Polacy poznawali się w kościele
Prapradziadek Józef Lech wraz z rodziną mieszkał w Łomsku (obecnie ta wieś jest częścią miasteczka Tomaszgród). Z praprababcią Elżbietą mieli czterech synów: Antoniego, Ludwika, Michała i Tomasza. Józef pracował u właściciela dóbr w Łomsku, a także uprawiał dużo własnych gruntów rolnych.
Pradziadek Tomasz Lech, s. Józefa (?–1947) i prababcia Tofila Garbowska, c. Rafała (?–1968) poznali się w kościele w Sechach (obecnie jest to wieś Tomaszgród, nie mylić z miasteczkiem Tomaszgród). Mieszkali w Łomsku. Mieli czworo dzieci: Stanisława, Jana (1937–2016, dziadek naszej rozmówczyni), Janinę i Franciszka.
«W tamtych czasach w Łomsku nie było kościoła. Kościół katolicki funkcjonował w sąsiednich Sechach. Pewnego razu pytałam, jak wszyscy nasi kiedyś się poznali. Na przykład prapradziadek i praprababcia mieszkali w tej samej wsi, a już pradziadek i prababcia – w różnych. Pradziadek – z Łomska, a prababcia – ze Staryków (obecnie również Hromada Rokitno w rejonie sarneńskim – aut.). Usłyszałam w odpowiedzi: jeździli do kościoła. To znaczy, że Polacy z całej okolicy jeździli na msze do kościoła w Sechach i tam się poznawali. W czasie II wojny światowej kościół w Sechach spalono» – zaznacza Tetiana.
Rodzinną wieś jej prababci, Staryki, również spalono w tym okresie. Dlatego krewni Tofili, w szczególności jej mama, siostra i brat, przenieśli się do niej i jej męża do Łomska.
«Pradziadek Tomasz był kamieniarzem. Ogólnie rzecz biorąc, Tomaszgród i okoliczne wsie od dawna znane są ze złóż kamienia. Obecnie znajdują się tu zarówno czynne kamieniołomy, jak i te już zalane. Pradziadek zajmował się między innymi produkcją płyt nagrobnych. W domu do dziś leżą kamienie, nad którymi pracował. Ani jego dzieci, ani wnuki, ani prawnuki ich nie tknęły» – mówi Tetiana.

Tomasz Lech (siedzi) podczas pracy w kamieniołomie
W czasie wojny Tomasz Lech został zmobilizowany. Walczył w szeregach Ludowego Wojska Polskiego. Został odznaczony. Podczas służby poważnie nadwyrężył swoje zdrowie, dlatego wkrótce po powrocie z wojny zmarł.

Tomasz Lech (po lewej)
«Najmłodszy syn, Franciszek, nigdy nie widział ojca. Prababcia została sama z czwórką dzieci. Wiem, że po wojnie matka Tofili chciała wyjechać do Polski, namawiała ją, by córka przeniosła się z nią, ale prababcia nie chciała wyruszać w nieznane z czwórką dzieci. Poza tym wielu Polaków jeszcze wtedy tu pozostawało. Matka Tofili wyjechała, ale później powróciła, pomagała przy wnukach» – mówi Tetiana.
Tofila Lech była pierwszą osobą pochowaną na nowym cmentarzu w miasteczku Tomaszgród, który jest czynny do dziś. Wcześniej Polaków chowano na starym cmentarzu katolickim, w miejscu którego obecnie znajduje się szkoła. Ci, którzy mieli taką możliwość, przenieśli szczątki swoich bliskich na nowy cmentarz. Np. rodzina naszej rozmówczyni przeniosła szczątki Tomasza Lecha, pochowała je w jednym grobie z Tofilą.

Tomasz i Tofila Lechowie w Częstochowie
Dziadek i babcia pracowali w Jariwskim Kamieniołomie Granitu
«Mój dziadek – Jan Lech, s. Tomasza, babcia – Maria Rosocha, c. Jakuba (1941–2022). Dziadek był Polakiem, a babcia pochodziła z rodziny polsko-ukraińskiej. Dziadek opowiadał, że jak był mały, to mieli ciężkie życie. Jego ojciec zmarł po wojnie, a mama została sama z czwórką małych dzieci. Jak mówił, trzeba było nauczyć się walczyć o przetrwanie. Np. pójść do lasu, zebrać korę, żeby zrobić chodaki i mieć co założyć na nogi… Dziadek zawsze mówił, żebym się uczyła.

Jan i Maria Lechowie
Babcia pochodziła ze wsi Czabel (obecnie Hromada Wyry w rejonie sarneńskim – aut.). Była jedną z ośmiorga dzieci. Jak opowiadała, wszyscy musieli wcześniej pójść do pracy, bo trzeba było pomagać rodzicom.
Jak dziadek i babcia się poznali? Dziadek, kiedy rozbudowywano kamieniołomy, wyuczył się na biełazistę, (czyli na kierowcę wywrotki BiełAZ – aut.). Dziewczęta z sąsiednich wsi przywożono wówczas ciężarówką do pracy w kamieniołomie, gdzie ręcznie ładowały kamienie. Babcia opowiadała, że dziadek bardzo się jej spodobał: pracował na wywrotce i pomagał im, kiedy tylko mógł. Mówiła: kiedy miał wolne i podjeżdżał do nas, pomagał załadować te kamienie, bardzo się z tego cieszyłyśmy. Chodzili też do klubu. Babcia mówiła, że dziadek pięknie tańczył. Mówiła: «Wydawało się, że nie dotykał ziemi. Nauczył babcię tańczyć krakowiaka» – opowiada Tetiana Poliszczuk.
Jan i Maria Lechowie mieli troje dzieci: Jurija, Anatolija i Ludmiłę (ur. w 1968 r., mama naszej rozmówczyni).
«Babcia opowiadała, że moją mamę ochrzczono w kościele w Pińsku. Mówiła też, że ma troje chrześniaków, których nie zna. Pytałam: jak to? Wyjaśniała: kiedy przyjechali do Pińska, by ochrzcić mamę, zwrócili się do niej ludzie, którzy również przyjechali, by ochrzcić swoje dzieci. «Wy jesteście katolikami, my też jesteśmy katolikami. Zostaniesz naszą matką chrzestną? Mamy wszystko. Prosimy, abyś ochrzciła nasze dziecko». Tak to było. Jeszcze mój dziadek pouczał mnie: jak będziesz chrzcić swoje dziecko, wybierz ludzi, którzy chodzą na msze, żeby dziecko dorastało w wierze» – mówi Tetiana.

Wizyta księdza Serafina Kaszuby w Tomaszgrodzie
Ludmiła Lech studiowała w Równem. Wyszła za mąż za Mykołę Krawczuka (1969–2000). Rodzina mieszkała we wsi Horbów (obecnie Hromada Hoszcza w rejonie rówieńskim). Urodziło się im troje dzieci: Tetiana (naszą rozmówczynię, ur. w 1991 r.), Iryna i Andrij.
«Jestem najstarsza. Tata zmarł, gdy miałam dziewięć lat. Po jego śmierci dziadek zabrał nas do miasteczka Tomaszgród. Tak naprawdę nie znam dziadka i babci ze strony taty, ani innych krewnych z jego linii. Kiedy się przeprowadziliśmy, utraciliśmy kontakt z tą gałęzią rodziny… Mama musiała podejmować się różnych prac. Aby mieć z czego żyć, jeździła też na zarobek. Wtedy opiekowali się nami dziadkowie» – opowiada Tetiana.

Ludmiła (z domu Lech) i Mykoła Krawczukowie
«Język polski podbił moje serce»
To właśnie dziadek Jan Lech miał ogromny wpływ na wychowanie naszej rozmówczyni i kształtowanie jej tożsamości.
«Zawsze byłam blisko dziadka. Szybciej nauczyłam się zaprzęgać i wyprzęgać konia, wyprowadzać go na pastwisko, niż robić cokolwiek w kuchni. Dziadek był bardzo tolerancyjny, spokojny. Nigdy nie powiedział ani jednego złego słowa. W razie potrzeby, w celach wychowawczych, posługiwał się wyłącznie przysłowiami i przypowieściami. Teraz te przypowieści dziadka pomagają mi na lekcjach w komunikacji z uczniami. Również w mojej rodzinie, w relacjach z mężem i synem, wzoruję się na dziadku i babci. Żyli w zgodzie i wzajemnym zrozumieniu. Wszędzie byli razem. Grabić siano – razem, w kuchni – razem, w gospodarstwie – razem» – zauważa Tetiana Poliszczuk.

Z babcią i dziadkiem w dniu ukończenia szkoły

Tetiana Poliszczuk z mamą Ludmiłą i siostrą Iryną

Tetiana Poliszczuk z mężem Tarasem i synem Stanisławem
Od dzieciństwa ważne miejsce w jej życiu zajmuje kościół. Nowo wybudowaną świątynię w miasteczku Tomaszgród konsekrowano w 2005 r. Wcześniej nabożeństwa odbywały się w jednym z miejscowych budynków.
«Pierwsi księża odprawiali msze po prostu w mieszkaniach parafian. Z czasem lokalne władze udostępniły parafii stary domek w centrum miasteczka Tomaszgród. Pamiętam, że kiedy przeprowadziliśmy się w 2000 r., chodziliśmy już na msze do tej starej chatki. Księża jednak ubiegali się o to, by zbudować nowy kościół. Pamiętam, jak biegaliśmy na budowę, pomagaliśmy, jak do nas przyjeżdżali Polacy i jak my jeździliśmy do Polski, a kiedy otwarto kościół, przygotowywaliśmy różne przedstawienia, na przykład jasełka na Boże Narodzenie.
Dzięki księżom nasiąknęliśmy atmosferą chrześcijaństwa. Poza tym kapłani zachęcali nas do nauki języka polskiego, msze przecież były odprawiane właśnie w tym języku. Tak więc od dziewiątego roku życia w moim sercu znalazł się język polski. Zaczęliśmy uczyć się języka przy kościele – razem z modlitwami i pieśniami. Następnie księża wystąpili z pomysłem wprowadzenia w szkole fakultatywnych zajęć z języka polskiego. Przychodziły na nie głównie dzieci z rodzin katolickich. Pamiętam, że przyjechał do nas wówczas ks. Szymon Kulwicki, który uczył języka polskiego. Przywiózł nam wiele podręczników i komiksów w języku polskim. W nauce języka bardzo pomagał mi również dziadek… Dziadek zmarł w przeddzień moich 25. urodzin. Mówił jeszcze: jak przyjedziesz, to na pewno zatańczę z tobą krakowiaka. I nie doczekał.
Obecnie w Tomaszgrodzie jest niewielka parafia. Wielu ludzi wyjechało, zwłaszcza młodzież. Pozostali starsi, jak na przykład moja mama; to dzięki nim kościół tam wciąż trwa» – opowiada Tetiana Poliszczuk.

Tetiana Poliszczuk z mamą Ludmiłą

Udział w festiwalu kolęd. Kościół w Sarnach
«Tomaszgród to moja siła»
Po ukończeniu szkoły nasza rozmówczyni rozpoczęła studia na filologii polskiej na Wołyńskim Uniwersytecie Narodowym im. Łesi Ukrainki. Dzięki wykładowczyni dr Julii Wasejko dowiedziała się o Stowarzyszeniu Kultury Polskiej na Wołyniu im. Ewy Felińskiej. Zapisała się do niego, a także do chóru «Luceoria», który działał przy tej organizacji.

Chór «Luceoria». 2012 r. Tetiana Poliszczuk czwarta z lewej. Fot. Wołodymyr Chomycz
«Chór zaśpiewał nawet na moim ślubie. Kiedy wraz z Tarasem braliśmy ślub w kościele, panie z «Luceorii» przyszły i wykonały dla nas kilka pieśni. To było bardzo miłe. Z wieloma członkiniami chóru nadal się przyjaźnimy, widzimy się w kościele. Stałyśmy się dla siebie jak rodzina. A muzyka wciąż jest w moim życiu. Obecnie śpiewam w chórze kościelnym. Dołączyłam do już zgranego zespołu, więc musiałam szybko się uczyć. Nie było to jednak dla mnie trudne, ponieważ większość pieśni znałam. Poza tym bardzo miło jest przebywać wśród ludzi, którzy rozumieją cię bez słów, jednym spojrzeniem i zawsze są gotowi cię wesprzeć» – podkreśla Tetiana.
Obecnie uczy języka polskiego w Gimnazjum nr 7 w Łucku oraz w Wołyńskim Zjednoczeniu Nauczycieli Polskich na Ukrainie im. Gabrieli Zapolskiej.

Tetiana Poliszczuk ze swoimi uczennicami
Jej siostra Iryna pracuje na kolei, a brat Andrij od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej broni niepodległości Ukrainy. «W 2014 r. Andrij pojechał na Majdan. Nic nie powiedział mamie. Potem poszedł do wojskowej komendy uzupełnień. Kiedy wrócił do domu, powiedział, że idzie do wojska. Jego stanowisko jest takie: jeśli nie ja, to kto?».

Andrij Krawczuk
«Nasz dziadek Jan i babcia Maria zawsze byli otoczeni wnukami. Wujkowie przywozili jeszcze swoje dzieci. Pamiętam, że u nas zawsze było pełno ludzi. Cała rodzina zbierała się na święta. To było naprawdę fajne. A teraz, kiedy przyjeżdżam do domu i widzę cmentarz, na którym na wielu grobach widnieje nazwisko Lech, ogarnia mnie niepokój. Wszystkimi tymi grobami opiekuje się moja mama. Oczywiście, kiedy tylko możemy, przyjeżdżamy z siostrą i pomagamy jej. Jednocześnie opowiadam synowi: tutaj spoczywa twój pradziadek, a tutaj – twoja prababcia. Bardzo ważne jest, by znać swoją historię, wiedzieć, skąd pochodzisz, gdzie są twoje korzenie. Jestem dumna z tego, kim jestem i skąd pochodzę. Moja wieś to moja siła» – podkreśla nasza rozmówczyni.

Tetiana Poliszczuk podczas spotkania opłatkowego zorganizowanego przez Konsulat Generalny RP w Łucku. Fot. Anatol Olich
***
Tekst powstał w ramach projektu «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» realizowanego przez redakcję gazety «Monitor Wołyński».
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Tetiany Poliszczuk
Na głównym zdjęciu: Pierwsza Komunia Święta Tetiany Poliszczuk