Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły

«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.

Dzisiaj służy w 2 samodzielnej brygadzie galicyjskiej Narodowej Gwardii Ukrainy. W życiu cywilnym jest redaktorem naczelnym polsko-ukraińskich audycji radiowych «Polska Fala» i «Słuchaj Tu Polska» realizowanych przez Towarzystwo Kultury Polskiej im. Władysława Reymonta na Rówieńszczyźnie, którego członkiem jest od wielu lat. Jest także dziennikarzem gazety «Kurier Galicyjski» i «Radia Kurier Galicyjski» we Lwowie.

Mój rozmówca urodził się w Równem w polsko-ukraińskiej rodzinie Rozalii (z d. Stepankiewicz) i Jewhenija Końków. Obecnie mieszka we Lwowie. Żonaty, ma dwoje dzieci. W związku z pełnoskalową inwazją wojsk rosyjskich na Ukrainę żona i synowie Andrzeja wyjechali za granicę, a on dołączył do Gwardii Narodowej, choć, jak przyznaje, nie przypuszczał, że zostanie wojskowym.

Andrzej Końko z synami Dawidem i Martinem. 2025 r.

Z Andrzejem Końkiem rozmawialiśmy on-line. Opowiedział «Monitorowi Wołyńskiemu» o dzieciństwie w Równem, nauce języka polskiego, wznowieniu działalności miejscowej parafii rzymskokatolickiej, studiach w seminarium duchownym, Operacji Polskiej i Wielkim Głodzie w historii swojej rodziny.

Oddajemy głos naszemu rozmówcy. Poniżej wypowiedź Andrzeja Końka.

«Pamiętam pierwsze rozmowy z mamą o Bogu. Takie niby potajemne»

Urodziłem się w Równem, tam też ukończyłem szkołę. Następnie studiowałem w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Lwowskiej, marzyłem o zostaniu księdzem. Jednak ze względu na pewne okoliczności opuściłem seminarium i połączyłem los z dziennikarstwem. Współpracowałem z różnymi mediami. Teraz pomaga mi to w służbie wojskowej. Dodam tylko, że później udało mi się ukończyć Instytut Teologiczny im. Świętego Józefa Bilczewskiego Archidiecezji Lwowskiej.

Andrzej Końko po prawej. Okres nauki w seminarium. Początek lat 2000.

Pamiętam nasze pierwsze rozmowy z mamą o modlitwie, o Bogu. Był początek lat 80. Podkreślała: «Nikomu tego nie mów». Rozmawialiśmy niby potajemnie. Kiedy Ukraina zdobyła niepodległość i można było mówić już o wszystkim, dowiedziałem się, że moja mama jest Polką. Zaczęła o tym opowiadać i pomogła mi odkryć polskość w sobie.

W wieku 11 lat poszedłem do polskiej szkoły przy parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Równem. Podobało mi się tam. Atmosfera panująca przy parafii mnie także zafascynowała. W ten sposób nauce języka polskiego w moim przypadku towarzyszyło odkrywanie obrzędów związanych z polskimi tradycjami. Być może właśnie ta wzniosła atmosfera pomogła mi nauczyć się języka, choć nie miałem łatwo.

Pamiętam swój pierwszy wyjazd do Polski w 1992 r., jak trudno rozmawiało mi się z Polakami. Jak o coś mnie pytali, prawie niczego nie rozumiałem. Byliśmy w jednej grupie z polskimi dziećmi. Pamiętam, że w czasie wolnym chodziliśmy do kina, na przykład na «Batmana». Przeżywałem wtedy ogromny stres, ponieważ widziałem obrazek, ale nie rozumiałem, o co chodzi. Dlatego przed następnym wyjazdem w 1993 r. ćwiczyłem tak, że nie od razu dało się poznać, że jesteśmy z ukraińskiej grupy. Wówczas już polski dubbing filmów oglądanych przez nas wieczorami na koloniach nie sprawiał mi trudności.

Chyba najwięcej praktycznej znajomości języka polskiego zdobyłem podczas takich wyjazdów. Połączenie poziomu wiedzy zdobywanej w szkole przy Towarzystwie Kultury Polskiej im. Władysława Reymonta i takich podróży dało znakomity wynik. Poza tym jako rówieńscy Polacy mieliśmy okazję do odkrywania w sobie polskiej tożsamości oraz nie tylko nauki języka polskiego, ale także poznawania kultury.  

Dzięki temu, że chodziłem do takiej szkoły i czytałem literaturę duchową z kościoła, w seminarium, gdzie zajęcia były prowadzone głównie w języku polskim, praktycznie nie czułem bariery językowej. Następnie mogłem już prowadzić audycje radiowe w języku polskim przy  Towarzystwie Kultury Polskiej im. Władysława Reymonta. Owocnie współpracujemy z prezesem TKP Władysławem Bagińskim. Zawdzięczam mu bardzo wiele. Powierzył mi bycie głosem Towarzystwa.

Teraz mogę pisać artykuły w języku polskim, opowiadać Polakom o życiu Ukraińców, a Ukraińcom przybliżać realia Polaków. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie ta mała polska szkoła, która pracowała po kilka godzin wieczorem w Równem.

Końkowie z Zołotijowa i Stepankiewiczowie z Czemeryskiego

Moi dziadkowie ze strony ojca – Trochym i Nadia Końkowie – pochodzą ze wsi Zołotijów na przedmieściach Równego (obecnie jest to dzielnica Równego). Mieli pięcioro dzieci: Hryhorija, Jewhenija (mojego ojca, ur. 1940), Jurija, Wirę i Olgę. Dziadek pracował na kolei, a babcia opiekowała się dziećmi.

Trochym Końko

Nadia Końko

Jewhenij Końko w akademiku. Lata 60.

Z tego co wiem, ich losy były dość typowe. Żyli, prowadzili gospodarstwo, a kiedy przyszli sowieci, zabrali im gospodarstwo. Na szczęście, dziadek nie stracił zatrudnienia, nadal pracował na kolei. Nawiasem mówiąc, od ojca po raz pierwszy usłyszałem o polskich osadnikach na Wołyniu, którzy, jak później się dowiedziałem, byli ich sąsiadami.

Moja mama też pochodzi z wielodzietnej rodziny. Dziadkowie z jej strony, Mikołaj i Maria Stepankiewiczowie, wychowywali córki: Stanisławę, Rozalię (moją mamę, ur. 1941 r.), Ninę, Ludmiłę i syna Leona. Ponadto mieszkała u nich córką kuzynki babci Marii. Rodzina miała dom w chutorze Czemeryskie (obecnie wieś Czemeryskie w Hromadzie Bar, rejon żmeryński, obwód winnicki).

Maria Stepankiewicz

Mikołaj Stepankiewicz

Rozalia Stepankiewicz. Początek lat 70.

Co ciekawe, zarówno dziadek, jak i babcia mieli nazwisko Stepankiewicz od urodzenia, czyli po ślubie babcia nie zmieniała nazwiska. Z tego, co mi opowiadano, Stepankiewiczowie od dawna mieszkali na terenie obwodu winnickiego, była jednak część rodziny, która przyjechała na Podole z Lubelszczyzny na początku XX w. i po I wojnie światowej została. Ciocia Stanisława w latach 90. korespondowała z krewnymi mieszkającymi w Polsce, jednak po jakimś czasie kontakt niestety się urwał.

Babcia Maria Stepankiewicz przeżyła Wielki Głód w latach 1932–1933. Jedna z rodzinnych historii jest mi znana dzięki mamie. Ludzie nie mieli co jeść i umierali z głodu. Opowiadano także o tych, którzy stracili z głodu rozsądek, o przypadkach kanibalizmu. Pewnego razu, gdy babcia szła do domu przez pole, zaczepili ją obcy ludzie, zapraszali gdzieś, obiecali coś pokazać i podzielić się jedzeniem. Poczuła coś niedobrego, zdając sobie sprawę, że gdy jedna osoba z nią rozmawiała, druga powoli ustawiała się za jej plecami. Poczuła zagrożenie i zaczęła uciekać. Długo biegła, bo ci ludzie ją ścigali.

Dziadek Mikołaj Stepankiewicz w latach II wojny światowej był w wojsku. Miał trudny los, służył w piechocie. Dwa razy został ranny. Wrócił z wojny z osłabionym zdrowiem.

Po wojnie sowiecki rząd przywrócił kołchozy i siłą zmuszał chłopów do pracy na rzecz państwa. Chłopi nie dostawali paszportów, czyli byli skazani na to, by do samej śmierci harować w kołchozie. Wiem, że podczas Głodu w latach 1946–1947 moją rodzinę uratowało to, że dziadek Mikołaj był cieślą i ogólnie miał złote ręce. Robił m.in. okna, wozy. Poza kołchozem mógł sobie dorobić we wsi. Proszono go o różne prace w zamian za jakieś artykuły. Babcia również pomagała ludziom. W ten sposób udało im się utrzymać i wykarmić pięcioro dzieci. Mama opowiadała, że kiedy babcia dostawała za dniówkę jedzenie, na przykład, zupę, piła płyn, a chleb i ziemniaki chowała w chusteczce i przynosiła dzieciom.

Choć Stepankiewiczowie byli Polakami, aby przetrwać w tamtych czasach, zapisali się jako Ukraińcy. Zgłębiając historię swojego rodu, odkryłem, że w dokumentach wydanych w latach 60. krewni zostali zapisani jako Polacy, natomiast w aktach archiwalnych z lat 40. – jako Ukraińcy. Łączę to z tym, że w tamtych czasach po prostu niebezpiecznie było być Polakiem. Ludzie bardzo dobrze pamiętali antypolską akcję NKWD w latach 1937–1938. Tak zwana Operacja Polska dotknęła również moją rodzinę. Na opublikowanych listach osób rozstrzelanych jest nazwisko Adama Stepankiewicza, brata mojego dziadka. Został aresztowany i rozstrzelany tylko dlatego, że był Polakiem. Według rodzinnych opowieści krewni jeździli do masowych grobów w Winnicy, aby znaleźć szczątki Adama. Udało im się rozpoznać jego ciało wśród zwłok sąsiadów i krewnych z innych polskich rodzin.

Kiedy odkryłem tę część historii swojej rodziny, stała się dla mnie kamieniem węgielnym w zrozumieniu tego, co się dzieje w naszym kraju. Przyszłość Ukrainy rozpatruję przez pryzmat historii swojej rodziny: być może będzie kilka lat zawieszenia broni, jednak potem Rosja zacznie od nowa. Rosja jest zdolna tylko do represji i czystek etnicznych pod zmyślonymi powodami, jak to było z Ukraińcami i Polakami po tym, jak sowieci ustanowili swoje rządy w Ukrainie.

Informacje o rozstrzelanym bracie dziadka Mikołaja Stepankiewicza

Lista represjonowanych Stepankiewiczów

«Nauczyliśmy się żyć według dwóch kalendarzy»

Wszyscy wiedzą, że przez bardzo długi czas mieszkańcom wsi nie wydawano paszportów, czyli w rzeczywistości byli chłopami pańszczyźnianymi. Żeby dwie starsze córki, moja mama Rozalia i jej siostra Stanisława, mogły pojechać do miasta na studia, dziadek Mikołaj musiał wykonywać różne prace dla kierownika kołchozu, by w końcu je puścił, czyli dał dziewczynom zezwolenie na opuszczenie «rodzimego» kołchozu i zdobycie wykształcenia. Uświadomienie tej niesprawiedliwości i bezsilności, których doznali moi krewni, zawsze napełnia mnie emocjami, a także zrozumieniem, jak antyludzki był reżim rosyjskich komunistów.

Mama ukończyła dwie szkoły wyższe – w Winnicy i Kostromie. Została agronomem. Zawsze kochała kwiaty i pracę przy ziemi. Po studiach dostała skierowanie do pracy w Równem. Pracowała w Państwowej Inspekcji Kwarantanny Roślin, później była zastępczynią kierownika placówki.

Rozalia Stepankiewicz w latach studenckich. Lata 60.

Rozalia Końko w pracy. Koniec lat 70.

Ojciec studiował na politechnice w Moskwie. Najpierw pracował jako inżynier w fabryce walonek w Równem, następnie w zakładzie remontowo-montażowym, później objął stanowisko zastępcy dyrektora tego zakładu.

Moi rodzice poznali się w Równem. Wiem, że kiedy ojciec oświadczał się mamie, śpiewał jej grając na gitarze jakąś romantyczną piosenkę. Mój starszy brat Taras urodził się w 1974 r., ja – w 1980 r.

Jewhenij Końko podczas studiów. Lata 60.

Andrzej Końko w mundurze wojskowym kuzyna. Zima 1986 r.

Jewhenij Końko (stoi pośrodku) z przyjaciółmi. Lata 60.

Ponieważ ojciec był prawosławnym, a mama – katoliczką, nauczyliśmy się żyć według dwóch kalendarzy. Na przykład po dwa razy obchodziliśmy w rodzinie Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Rodzice żartowali: kiedy mamy pracować, jeśli mamy tyle świąt.

Tata z mamą pobrali się w czasach Związku Radzieckiego. Jasne, że w tamtych latach niewielu brało ślub kościelny. Nas z bratem jednak potajemnie ochrzczono. Rodzice wzięli ślub kościelny dopiero na początku lat 2000. Udzielił go im w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Równem ks. Władysław Czajka. Rodzice zawsze mieli ciepłe relacje z księdzem. Ksiądz Władysław przychodził do nas na Święta Bożego Narodzenia, zawsze było fajnie. Te dni pozostają w mojej pamięci jako jedne z najcieplejszych w roku.

Pamiętam też odnowienie katolickiej świątyni w Równem. Na parterze kościoła swego czasu znajdował się magazyn mebli, na piętrze – siłownia. Na początku lat 90. pomieszczenie należało do Ministerstwa Obrony. Później udało się przenieść go na własność wspólnoty religijnej. Niestety, teren był zaniedbany, wszystko w krzakach, sam budynek był ciemny, zaatakowany pleśnią. Wszystko, co było cenne, dawno stamtąd zostało zabrane, skradzione.

Najpierw msze święte odbywały się na zewnątrz. Następnie ustawiliśmy w środku stare krzesła. Pamiętam, jak było zimno. Było wielu starszych ludzi, którzy przetrwali sowieckie prześladowania. To oni zarażali wszystkich energią i entuzjazmem. Ludzi jednoczyła idea odnowienia świątyni. Myślę, że czuli pewne duchowe pragnienie, ponieważ przez bardzo długi czas mogli zbierać się na modlitwę tylko w domu, potajemnie.

Było dużo pracy. Ksiądz Władysław Czajka, który także jeździł odprawiać msze w sąsiednich miejscowościach, w tym w Kostopolu i Zdołbunowie, zajmował się wszystkimi pracami organizacyjnymi. Inspirował mnie. Nie tylko wydawał polecenia, ale zdejmował sutannę, podwijał rękawy i sam stawał do roboty. To wszystkich motywowało. W ten sposób świątynia stopniowo zyskała obecny wygląd.

«My, Polacy i Ukraińcy, mamy wiele wspólnego. Powinniśmy być z tego dumni»

Pamiętam, jak przyjeżdżaliśmy z rodziną na Podole do dziadków. Mieszkali w jednej z tych wsi, gdzie wszyscy wiedzieli, że są Polakami, ale nie mówili po polsku. Anatol Olich (prezes organizacji społecznej «Monitor Wołyński», która jest wydawcą naszej gazety, żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy, pochodzący z Szarogrodu w obwodzie winnickim – aut.) opowiadał mi o swojej małej ojczyźnie, gdzie wszyscy witali się wyłącznie «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». W Czemeryskiem było podobnie.

Kiedy miałem około pięciu lat, w drodze do dziadków pojechaliśmy do kościoła w mieście Bar. Grały organy. Ludzie schylili się w modlitwie. Wszystko to wywarło na mnie ogromne wrażenie. Poczułem niesamowity zachwyt.

Pamiętam, jak mnie zadziwiały stare ikony, które zostały u dziadków. Były na nich napisy wykonane obcymi literami. Teraz już rozumiem, że był to język polski. Pierwsze modlitwy w języku polskim usłyszałem od swojej babci Marii.

Mój ojciec pochodzi z ukraińskiej rodziny, mama – z polskiej. Z bratem zawsze rozumieliśmy, że polskie pochodzenie wzbogaca naszą rodzinną historię. Z upływem czasu w naszym rodzinnym domu pojawiło się wiele książek w języku polskim. Pierwszy komiks, który dostałem w prezencie od brata w latach 90., był po polsku; przywiózł go z jakiejś zagranicznej podróży. Obchodząc Boże Narodzenie, zaczęliśmy mieszać kolędy: z «Nebo i zemla» płynnie przechodziliśmy do «Dzisiaj w Betlejem» lub śpiewaliśmy na dwa języki «Cichą noc». Opłatki mieliśmy w domu od 24 grudnia do 7 stycznia. Niestety rodzice nie dożyli momentu, gdy kalendarze liturgiczne w Ukrainie się połączyły.

Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie kontakt z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Moją ojczyzną jest Ukraina. Jestem jej synem, jednym z tych dzieci, które mają jedno serce na dwa narody. Budowałem swoje życie, kierując się najwyższą wartością – miłością i szacunkiem dla narodu ukraińskiego i polskiego. Dzięki takiemu podejściu nietrudno było podejmować wysiłki na rzecz budowania mocnych mostów między polskim i ukraińskim społeczeństwem, niszczenia murów i wzajemnych stereotypów.

Mamy ze sobą wiele wspólnego, powinniśmy być z tego dumni. To historia ukraińskiej szlachty w Rzeczypospolitej: książąt Ostrogskich, Sanguszków, Jaremy Wiśniowieckiego. Historie znanych polskich postaci urodzonych na Wołyniu, takich jak rzeźbiarz Tomasz Oskar Sosnowski, pilot Stanisław Skalski czy matka polskiej «Solidarności» Anna Walentynowicz. Dziś wielu ukraińskich Polaków poszło do wojska, by bronić swojej Ojczyzny. Wykazują się patriotyzmem, wiernością, nie zapominając o własnej tożsamości. W ten sposób piszemy nową historię stosunków ukraińsko-polskich, przyjaznych i braterskich, tak jak to powinno być.

Andrzej Końko – żołnierz 2 samodzielnej brygadzie galicyjskiej Narodowej Gwardii Ukrainy

Andrzej Końko z kolegą z wojska przy steli przy wjeździe do obwodu donieckiego. 2024 r.

***

Tekst powstał w ramach projektu «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» realizowanego przez redakcję gazety «Monitor Wołyński».

Rozmawiała Olga Szerszeń

Zdjęcia z rodzinnego archiwum Andrzeja Końka

Na głównym zdjęciu: Bracia Andrzej (pośrodku) i Taras (po lewej) Końkowie z kuzynem Jurijem Krawczukiem (po prawej). Zima 1985 r.

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025
Rodzinne historie: Stulecie Franki Wołoszczuk
Artykuły
Franka Wołoszczuk jest najstarszą mieszkanką Hromady Husiatyn w rejonie czortkowskim na Tarnopolszczyźnie oraz najstarszą członkinią miejscowego Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego. 5 października będzie obchodziła swoje 101. urodziny.
29 sierpnia 2025