«Polską kulturę od małego miałem we krwi. Nasza rodzina nigdy nie ukrywała, że jesteśmy Polakami. Nawet nie wyobrażam sobie, by było inaczej» – mówi Władysław Bagiński, prezes Towarzystwa Kultury Polskiej na Rówieńszczyźnie im. Władysława Reymonta.
Dziś opowiada historię swojej rodziny, w szczególności mówi o Wielkim Głodzie 1933 r., deportacji polskiej wsi do Północnego Kazachstanu i dzieciństwie w Połonnem.
Dalej opowiada sam Władysław Bagiński.
Wszyscy moi krewni są Polakami
Urodziłem się 20 września 1959 r. w Połonnem w obwodzie chmielnickim. Miasto jest znane z dużej fabryki porcelany, w której pracowało ponad 2 tys. osób. Jej zestawy nadal są używane, choć samego zakładu już nie ma.
Co wyróżniało Połonne spośród innych miejscowości? Od dawna mieszkało tam dużo Polaków. Jest to dawne miasto założone w 996 r. Dorastałem w polskim środowisku. Moja babcia ze strony matki, Maria Józefa, mówiła do nas, małych, tylko po polsku. Można więc powiedzieć, że polską kulturę od małego miałem we krwi. Ponadto rzymskokatolicki kościół Świętej Anny w Połonnem był jednym z niewielu działających w tamtych czasach kościołów. Tam zostałem ochrzczony, a późnej przyjąłem Pierwszą Komunię.

Pierwsza komunia Władysława Bagińskiego. 1970 r.

Dziadek Stanisław Bagiński

Maria Józefa Burkowska
Wszyscy moi krewni są Polakami. Nasza rodzina była liczna. Matka miała siostrę i brata, ojciec – pięcioro rodzeństwa. Dlatego miałem wielu kuzynów. Nauczyłem się czytać po polsku wcześniej niż po ukraińsku. Mieliśmy w domu polski elementarz. Babcia Maria Józefa uczyła nas z niego czytać. Dobrze znała historię Polski i lubiła śpiewać. Ja też śpiewam przez całe życie, w szkole – w duecie z bratem Mieczysławem, a teraz – w naszym chórze parafialnym. Na wszystkie święta zbieraliśmy się u babci Marii Józefy albo u babci Adeli (matki mojego ojca). Pamiętam, jak śpiewaliśmy kolędy. Kiedy w 1992 r. rówieński kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła został przekazany katolikom i wznowiono w nim nabożeństwa, na święta zdziwiłem się, że ludzie nie znają kolęd, które pamiętam z dzieciństwa.

Dzieciństwo w Połonnem. Władysław Bagiński siedzi w dolnym rzędzie po lewej stronie. Połowa lat 60
Deportacja do Kazachstanu
Moi pradziadkowie ze strony matki to Maria i Stanisław Bagińscy. Wychowywali sześcioro dzieci: Marię Józefę (ur. w 1907 r.), Jadwigę (1910), Mikołaja (1914), Filipa (1912), Edmunda i Romana. Pradziadek Stanisław zmarł w 1926 r. na tyfus.

Pradziadek Stanisław Bagiński, stoi po prawej stronie. 1916 r.
Dziadkowie, Maria Józefa Bagińska i Bolesław Burkowski (ur. w 1907 r.), urodzili się i mieszkali w Łodzianówce w obwodzie chmielnickim (obecnie rejon szepetowski – aut.). To była polska wieś z czteroklasową polską szkołą. Dziadkowie pobrali się w 1934 r. Mieli trójkę dzieci: Leokadię (ur. w 1935 r., moja matka), Mieczysława (1937) i Franciszka (1939).

Bolesław i Maria Józefa Burkowscy z córką Franciszką. Lata 40.
W 1936 r. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP(b) postanowiło deportować polskie rodziny ze strefy przygranicznej do Kazachstanu. Według babci oficerowie NKWD bez żadnego ostrzeżenia otoczyli Łodzianówkę i dali cztery godziny, żeby zebrać rzeczy. Następnie wszystkich mieszkańców wsi załadowano do ciężarówek, przywieziono na dworzec kolejowy w Połonnem i umieszczono w wagonach towarowych. Było to na początku października. Babcia wspominała, że w wagonach było po 60 osób. Nie można było usiąść, nie mówiąc o tym, by się położyć. Były to wagony towarowe, z kratkami pod dachem i dziurą zamiast toalety.
Wieziono ich przez trzy tygodnie. Cierpieli nie tyle z powodu głodu, ile z pragnienia. Wiele osób zmarło, w tym dzieci, a także ciocia mojej babci.
Na stacji Tajynsza w obwodzie północnokazachstańskim wszystkim kazano wyjść z pociągu. A tam tylko step. Później zaczęli odczytywać nazwiska. «Burkowscy. Wieś Zielony Gaj». Krewni pomyśleli: dzięki Bogu, że to Zielony Gaj, być może rosną tam jakieś drzewa. Kiedy przyjechali na miejsce, zobaczyli nagą ziemię dziewiczą… Uratowali ich miejscowi Kazachowie. Uprzedzili, że za miesiąc uderzy mróz, spadnie śnieg i, żeby nie zamarznąć, muszą natychmiast kopać ziemianki. Wykopali te ziemianki, wyścielili darnią, nakryli i w tych norach, po cztery rodziny w każdej, spędzili zimę. Babcia opowiadała, że wszyscy spali w ubraniach – budzisz się rano, a fufajka przymarzła do ziemi. Nie wszyscy przeżyli tę zimę 1936–1937.
Wiosną zaczęli tworzyć sowchoz zbożowy (skrótowiec od «sowietskoje choziajstwo», gospodarstwo radzieckie – aut.), żeby ludzie pracowali, przywieźli jakieś materiały budowlane. Najpierw postawiono budynek rady wiejskiej. Dyscyplina była bardzo surowa. Głowa rodziny, mój dziadek Bolesław Burkowski, musiał codziennie przychodzić do komendantury, aby potwierdzić, że nie uciekł. Nie pozwalano wyjeżdżać z miejscowości. Najbliższym miastem rejonowym było Czkałowo. Aby tam pojechać, trzeba było ubiegać się o pozwolenie. Nie można było nawet wysyłać listów bliskim, którzy zostali w Ukrainie. Pracowali ciężko za marne grosze.

Rodzina Burkowskich na zasłaniu w Kazachstanie
Nie było domów. Nie było ulic. Żadnego Polaka
Brat babci, Mikołaj Bagiński, pracował w tym sowchozie jako weterynarz. W Kazachstanie poznał Niemkę Bertę i się z nią ożenił. Znalazła się tam, ponieważ oprócz Polaków deportowano też Niemców z Powołża. Mieli sześcioro dzieci. Pewnego dnia w tym sowchozie zbożowym zdechła krowa. Mikołaja aresztowano. Dotychczas nie wiemy, dokąd go wywieziono, gdzie został zabity i jak ułożyły się losy Berty oraz ich dzieci.
Babcia opowiadała, że kiedy przyszli do jego domu i zaczęli przeszukanie, znaleźli polskie książki. Ludzie przywieźli ze sobą modlitewniki, trochę literatury w języku polskim. Kiedy znaleźli te książki, oskarżyli Mikołaja o to, że jest polskim szpiegiem. Dziadek tak się przestraszył, że zebrał wszystkie polskie książki, które przywieźli z Ukrainy, i w nocy je spalił. Babcia się popłakała: było jej bardzo żal tych książek. A dziadek powiedział: «Chcesz, żeby mnie zabrali jako polskiego szpiega?»
W Zielonym Gaju zmarła moja prababcia Maria Bagińska. Tam również została pochowana.
Kiedy deportowano mieszkańców Łodzianówki, moja mama miała rok. Wytrzymała ciężką drogę i straszną pierwszą zimę. Wujek Mieczysław i ciotka Franciszka urodzili się już w Kazachstanie.
Kiedy rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka, Polaków nie powoływano do służby wojskowej, uważano ich za ludzi niższej klasy, wrogów ludu. Po wojnie rodzinie udało się wznowić korespondencję z krewnymi, którzy zostali w Ukrainie. Siostra babci Jadwiga wyszła za mąż za Ukraińca i nie została deportowana. Napisała, że w Połonnem otwarto kościół. Babcia zaczęła marzyć o powrocie do Ukrainy, ale nie było to możliwe. Dziadek był kierowcą przewodniczącego sowchozu i jakoś go namówił – ten obiecał się postarać wyżej. W 1948 r. pozwolono im na powrót do Ukrainy.
Kiedy przyjechali do swojej wioski, nie zastali tam nawet domów. Nie było ulic. Żadnego Polaka. Pojechali więc do Połonnego. Dziadek dostał pracę w lesie. Ciężko pracował fizycznie, karczował pnie, dlatego podupadł na zdrowiu i do końca życia miał problemy z żołądkiem. Babcia poszła do pracy w fabryce porcelany. Oddali dzieci do szkoły. Pomału zbudowali dom, w którym spędziłem dzieciństwo. Mieszkaliśmy osobno od dziadków, ale często ich odwiedzałem. Bardzo lubiłem babcię. Spośród wszystkich wnuków spędzałem z nią najwięcej czasu.
Po Kazachstanie wszyscy w domu mówili już po ukraińsku.
Wieś dziadka wymarła podczas Wielkiego Głodu
Krewni ojca mieszkali we wsi Burtyn (obecnie rejon szepetowski w obwodzie chmielnickim – aut.). Dziadek Stanisław Bagiński (ur. w 1912 r.) był leśniczym. Sam pochodził z małej wsi Zaguba w rejonie połońskim. Wieś ta całkowicie wymarła podczas Wielkiego Głodu w 1933 r. Z rodziny dziadka przeżył tylko on i jego młodszy brat.
Pierwszy mąż babci Adeli (ur. 1910), Murawski, zmarł w tym strasznym 1933 r. Owdowiała i została sama z małym synem. W 1934 r. wyszła za mąż za Stanisława Bagińskiego. Wychowywali sześcioro dzieci: syna z pierwszego małżeństwa babci Stanisława (ur. w 1931 r.) oraz wspólne dzieci Władysława (1935), Feliksa (1938), Leonida (1942), Wiktora (1951) i Zofię, która zmarła w wieku 12 lat na gruźlicę.

Adela i Stanisław Bagińscy z dziećmi. Początek lat 50.
W 1944 r., kiedy Niemcy się wycofali, wszystkich Polaków mieszkających pod okupacją niemiecką sowieci powołali do wojska, w tym mojego dziadka, który nigdy wcześniej nie służył i miał problemy zdrowotne. Dziadek opowiadał, że stworzyli całą jednostkę z Polaków. Dostali po jednym karabinie na pięć osób. Komisarz powiedział: kiedy pójdziecie do ataku, zabijecie Niemców i weźmiecie ich broń. Dziadek został ranny w prawą rękę pod Tarnopolem. Uratowało go to od śmierci, ponieważ nie mógł już walczyć. Wielu jego znajomych Polaków zginęło.
Później dziadek pracował w zakładzie piekarniczym. W 1965 r. zmarł na zawał. Był na nocnej zmianie, zasłabł, położył się na workach ze zbożem i zmarł. Pamiętam, jak w nocy przyjechali i powiedzieli o tym tacie.
Rodzina nie ukrywała, że jesteśmy Polakami
Moi rodzice poznali się w kościele w Połonnem. W 1958 r. się pobrali. W 1959 r. urodziłem się ja, w 1961 – Mieczysław, a w 1965 – Piotr. Mieczysław jest ode mnie rok i trzy miesiące młodszy. Byliśmy sobie bardzo bliscy. Chodziliśmy do jednej klasy.

Rodzice Leokadia i Władysław Bagińscy. Koniec lat 50.

Władysław Bagiński na rękach babci Marii Józefy Burkowskiej. Początek lat 60.

Władysław Bagiński (po lewej) z bratem Mieczysławem. Koniec lat 70.
Pamiętam jedną Wielkanoc. Chodziliśmy z Mieczysławem do pierwszej lub drugiej klasy. Poszliśmy z rodzicami do kościoła z koszykiem do poświęcenia. Podchodzimy do świątyni, a tam – grupa nauczycieli z różnych szkół. «Rodzice mogą iść, a dzieci trzeba zostawić». Jak to, dlaczego zostawić? «Dzieciom nie wolno do kościoła, nie wiedzieliście?» Mama wchodzi, a tata z nami wraca. Do kościoła przylegał teren kliniki gruźlicy, która mieściła się w budynku dawnego klasztoru. Udaliśmy się tam. Mama podeszła od strony kościoła, a tata podał nas przez ogrodzenie, żebyśmy weszli do świątyni.
Nasza rodzina nie ukrywała, że jesteśmy Polakami. Nawet nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Oczywiście, że mieliśmy z tego powodu problemy. Na przykład, w ósmej klasie, kiedy uczniowie wstępowali do Komsomołu (komunistyczny ruch młodzieżowy w ZSRR – aut.), przyjęli wszystkich, oprócz nas, mnie z bratem, ponieważ chodziliśmy do kościoła. Nauczyciel wychowania fizycznego, organizator partyjny szkoły powiedział, że jesteśmy z Mieczysławem «nieświadomą i ideologicznie wrogą młodzieżą», dlatego nie można nas przyjąć do Komsomołu. A kiedy kończyliśmy szkołę, wychowawczyni klasy powiedziała mojej mamie, że trzeba coś zrobić, bo żaden instytut nie przyjmie papierów, jeśli nie jesteś komsomolcem. Jakoś przekonały dyrektora szkoły i pod koniec maja, przed egzaminami końcowymi, dostaliśmy komsomolskie zaświadczenia.

Stanisław i Maria Józefa Burkowscy siedzą pośrodku. Władysław i Leokadia Bagińscy stoją. Połowa lat 60.

Kuzyni w Połonnem. Od prawej: Władysław Bagiński, Stanisław Murawski, Mieczysław Bagiński, Kazimierz Murawski, Jan Gliwiński i Piotr Bagiński. 1972–1973
W 1980 r. zostałem powołany do wojska. Wówczas byłem studentem drugiego roku w Politechnice Kijowskiej. Ponieważ studiowałem radioelektronikę, miałem zostać skierowany do służby w Pułku Kremlowskim: akurat potrzebowali takiego specjalisty. Któregoś razu w akademiku dyżurny powiedział mi, że muszę stawić się na Wołodymyrskiej 26. Był to budynek KGB. Przyszedłem i się zaczęło. «Wybrano was na służbę w Moskwie, ale jest problem. W paszporcie napisano, że jesteście Polakiem». Tak, mam polskie pochodzenie. «Macie rodzinę w Polsce?» Nie, z nikim z zagranicy nie mamy kontaktów. «W rodzinie rozmawiacie po polsku?» Nie, po ukraińsku. I tak mnie wypytywali. W rezultacie służyłem w Złoczowie w obwodzie lwowskim. Pułkownik, politruk (skrótowiec od ros. «politiczeskij rukowoditiel», kierownik polityczny – aut.) zawsze rzucał w moją stronę jakieś docinki. Na przykład, kiedy w Polsce w 1981 r. wprowadzono stan wojenny, zapytał: «Bagiński, będziesz strzelał do Polaków, jeśli wejdziemy do Polski?» Albo, kiedy reprezentacje ZSRR i Polski weszły do ćwierćfinału Mistrzostw Świata w piłce nożnej w Barcelonie w 1982 r.: «Bagiński, czy ty wiesz, że nasi będą grali z Polakami? Komu będziesz kibicował?»
Wzięliśmy z żoną ślub w kościele w Połonnem
Po wojsku kontynuowałem studia. Ukończyłem instytut i w 1983 r. dostałem skierowanie do zakładu «Gazotron» w Równem. Tam w 1985 r. się ożeniłem z Nelą. Urodziły się nam dwie córki: Julia i Marta. Choć moja żona jest Ukrainką, nadal pielęgnowałem w naszej rodzinie polskie tradycje. Wzięliśmy z Nelą ślub w kościele w Połonnem, a moje córki zostały ochrzczone w rówieńskim kościele, do którego chodziliśmy całą rodziną, aż dzieci wyjechały. Obecnie starsza córka Julia mieszka z rodziną w Chuście na Zakarpaciu, a Marta studiuje we Wrocławiu. Mam dwójkę wnuków, dzieci starszej córki: Dmytro studiuje na Politechnice Wrocławskiej, a Denys chodzi do szkoły.

Władysław i Nela Bagińscy z córką Julią. Lata 80.
Po raz pierwszy odwiedziłem krewnych w Polsce w 1988 r. Pod Krakowem mieszkała rodzina mojego wujka Stanisława Murawskiego. W 1980 r. dostał ze swoją żoną Heleną zaproszenie od jej wuja. Był już w sędziwym wieku i nie miał dzieci. Postanowili wyjechać. Wiem, że kiedy wujek Stanisław odchodził z fabryki, zarzucano mu zdradę. Mieli czwórkę dzieci. Dwóm młodszym dzieciom, córkom Lilii i Marysi, pozwolono wyjechać z rodzicami, a starszym synom – nie, bo mieli odbyć służbę w wojsku. Młodszy brat Kazimierz pojechał do rodziców po wojsku w 1983 r., starszy Stanisław po służbie wstąpił do rzymskokatolickiego Seminarium Duchownego w Rydze, choć stwarzano mu wiele przeszkód. Obecnie jest księdzem w Odessie.
Po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości powstał pomysł stworzenia organizacji, która zjednoczyłaby rówieńskich Polaków. Zebrała się grupa aktywnych parafian kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła i postanowiła założyć Towarzystwo Kultury Polskiej na Rówieńszczyznie. Oficjalnie organizacja została zarejestrowana w 1993 r. Pierwszym prezesem był Wacław Buklarewicz. W 1996 r. prezesem towarzystwa została Janina Dołgich. Kierowała organizacją przez 12 lat.
W 2000 r., który był rokiem Władysława Reymonta, postanowiono nadać towarzystwu jego imię. W 2008 r. zostałem wybrany na prezesa organizacji. Skład towarzystwa się zmienił – wielu odeszło do wieczności, natomiast dołączyła młodzież. Przy organizacji działa sobotnio-niedzielna szkoła języka polskiego, do której chętnie uczęszczają dzieci i młodzież. Organizujemy wiele różnych imprez kulturalnych. Mamy dwie audycje: «Polska Fala» i «Słuchaj, tu Polska». Wchodzimy w skład Federacji Mediów Polskich na Wschodzie.

Władysław Bagiński na spotkaniu z polską parą prezydencką
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Władysława Bagińskiego. Na głównym zdjęciu: Władysław Bagiński. 2019 r.