Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły

Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.

Proponujemy uwadze Czytelników rodzinne historie, opowiedziane przez Anatola Olicha, Polaka z Winniczyzny, prezesa Organizacji Społecznej «Monitor Wołyński», która jest wydawcą naszej gazety.

Oddajemy głos rozmówcy.

Moja polska wieś

Urodziłem się we wsi Szostakówka koło Szarogrodu w obwodzie winnickim. Miasto Szarogród zostało założone w 1585 r. przez kanclerza wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego, w trakcie aktywnej kolonizacji tej części Podola przez Rzeczpospolitą. Ponieważ blisko przebiegała granica z Wołoszczyzną, a Dzikie Pola były w zasięgu ręki, zbudował tu twierdzę, więc dotychczas opustoszałe ziemie stały się atrakcyjne dla osadników.

Pod koniec XVI wieku nastąpiło pierwsze masowe osadnictwo Polaków w tym regionie, druga fala miała miejsce na początku XVII wieku, kiedy miasto należało do syna Jana, Tomasza Zamoyskiego. Prawdopodobnie moi przodkowie przenieśli się tu właśnie w tym czasie. Mogę to założyć, ponieważ jeden z moich pradziadków nosił nazwisko Kryszyna, a Zamoyscy posiadali wieś Kryszyn pod Zamościem. Jest więc całkiem możliwe, że niejaki Jan lub Józef z Kryszyna osiedlił się wówczas w okolicach Szarogrodu.

Zarówno w samym mieście, jak i w okolicznych wioskach nadal można znaleźć wiele osób o polskich nazwiskach. Mieszkali (i nadal mieszkają) zmieszani z Ukraińcami, a jedynie moja rodzinna Szostakówka była uważana za w pełni polską wieś. Urodziłem się w tej części, która nosiła dumną nazwę Zgniły Kąt. Wiosną i jesienią, podczas deszczów, gleba podmakała i droga przez naszą wieś zamieniała się w błoto, przez które nie dało się przejechać samochodem, a czasem nawet traktorem. Kiedy w czasach sowieckich zmieniano nazwy toponimów, żartownisie z władz rejonowych nadali naszej ulicy nazwisko Budionnego zamiast Polowa – mówili, że można nią przejechać tylko konno.

Wszyscy ludzie w naszym zakątku byli katolikami i uważali się za Polaków. Kiedy ktoś miał zamiar wziąć ślub i przenieść się do naszej wsi, automatycznie oznaczało to, że będzie to ślub w kościele. Od momentu zawarcia związku małżeńskiego taka panna młoda lub pan młody również byli uważani za Polaków. Jednak w tym przypadku nie było mowy o świadomej tożsamości narodowej, termin «Polak» był używany raczej jako tradycyjne, codzienne określenie. Moim zdaniem można to ująć następująco: polskość w naszym przypadku była nie tyle kwestią pochodzenia genealogicznego, co wyborem kulturowym.

Na co dzień mieszkańcy wsi porozumiewali się po ukraińsku, ale niektórzy używali również polskiego w domu. Znajdowało to odzwierciedlenie w mowie potocznej. Nie istniało «Dobrydeń» (dzień dobry) ani zrusyfikowane «Zdrasti» (cześć). Na ulicy nikt nie witał się inaczej niż «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». W komunikacji funkcjonowały specyficzne słówka, głównie polskie lub polskiego pochodzenia, używane tylko w naszej wsi, a w okolicznych wioskach często niezrozumiałe. Później nawet sporządziłem mały słownik, ponieważ te słowa dziś prawie wyszły z użycia. Imiona we wsi również były polskie, ale zniekształcone, z lokalnym akcentem. Podczas paszportyzacji, którą sowieci przeprowadzili dopiero w latach 70., w dokumentach rejestrowano nie tylko zwykłe, «słownikowe» imiona, ale także te w brzmieniu ulicznym czy zniekształcone przez urzędników. Oto przykłady imion moich sąsiadów: Benedio, Genefa, Margorzeta, Cycelka, Zuśka.

Warto też dodać, że w szkole podstawowej w naszej wsi absolutnie wszyscy moi koledzy z klasy byli katolikami i Polakami. Jednak w tamtych czasach starali się nie manifestować swojej polskości. Zrozumiałem, że wszyscy moi koledzy z klasy to Polacy, dopiero w dorosłym życiu, kiedy zacząłem zastanawiać się nad swoją tożsamością. Wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nawiasem mówiąc, w latach 20. XX wieku w pomieszczeniu mojej szkoły podstawowej w Szostakówce mieściła się szkoła polska, ale my, uczniowie, nie wiedzieliśmy o tym.

Rodzinne zdjęcie z lat 50.

Szarogród «międzywojenny»

Czasami, mówiąc o okresie międzywojennym, rzucam sformułowanie w rodzaju: «Pamiętam to, rzeczywiście tak było». Gdy rozmówca wyraża zdziwienie, wyjaśniam. Jak wiadomo, w międzywojennej Polsce, przed Holokaustem, Żydzi stanowili około 10 % ludności, byli nieodłącznym elementem życia, zwłaszcza w miastach i miasteczkach, gdzie generalnie przeważali liczebnie. Należy również pamiętać, że w województwach wschodnich zdecydowaną większość ludności stanowili Ukraińcy. Te trzy grupy etniczne organicznie współistniały w granicach jednego państwa.

W Szarogrodzie te trzy grupy etniczne również żyły obok siebie od wieków. I pojawiły się w mieście w tym samym czasie, w momencie jego założenia. Synagoga, na przykład, była chronologicznie drugą dużą budowlą miejską po twierdzy (1589 r., czyli dzisiaj jest to najstarsza zachowana synagoga na Ukrainie). Pod koniec XIX wieku, według spisu ludności, na 3006 mieszkańców miasta 2242 stanowili Żydzi.

Wyjątkowość Szarogrodu polega na tym, że nasza społeczność żydowska przetrwała II wojnę światową. To temat na osobną rozmowę, ale w naszym getcie, liczącym około 7000 osób, przez całą okupację nie zastrzelono ani jednego Żyda! Ta wspólnota zachowała też swoje tradycje, język i styl życia. Żydzi mieszkali w swoich odrębnych dzielnicach, mieli własny koszerny bazar, a w moim dzieciństwie i młodości stanowili większość mieszkańców miasta.

W mojej wsi, która w 1986 r. stała się częścią Szarogrodu, mieszkali Polacy. W innych przysiółkach większość stanowili Ukraińcy. Wszystkie te trzy społeczności żyły we wspólnej przestrzeni, wchodząc ze sobą w relacje. Z czasem Żydzi wyjechali, Polacy się asymilowali. Ale zdolność mieszkańców Szarogrodu do znalezienia wspólnego języka nie zanikła.

Na przykład w grudniu 2025 r. zmarł mój ojciec. Sąsiedzi przychodzili na tradycyjną codzienną modlitwę w ciągu 7 dni. Teraz w Szostakówce (ludzie zachowują wszystkie stare toponimy w życiu codziennym) mieszkają nie tylko katolicy, ale także prawosławni. I prawosławni sąsiedzi, razem z nami wszystkimi, odmawiali różaniec, modlitwy katolickie, śpiewali pieśni religijne, w tym polskie. To normalne, nic dziwnego.

Wszystko było zdeterminowane przez wiarę katolicką

Nasza tożsamość była zdeterminowana przede wszystkim przez katolicyzm. Faktem jest, że w tamtych czasach nie było możliwości zdobycia wiedzy o kulturze polskiej w placówkach oświatowych ani w mediach, które zostały zmonopolizowane przez państwo sowieckie. W rodzinie takie możliwości były również ograniczone, bardzo rzadko ktokolwiek posiadał prasę czy literaturę piękną w języku polskim. Ja nie miałem. W rodzinie ojca mojej żony Walentyny zachował się przedwojenny polski elementarz, ale to był raczej wyjątek. Ponadto, w wyniku represji w latach 30. i polityki etnicznej komunistów, którzy próbowali wszystkich przeformatować na standardowego «człowieka sowieckiego», ze względów bezpieczeństwa unikano wszelkich przejawów polskości w rodzinach.

Ale była jedna rzecz, której ludzie trzymali się ze wszystkich sił, aby pozostać ludźmi. Była to wiara katolicka. W ramach walki z religią sowieci zamknęli w latach 30. XX w. wszystkie świątynie w Szarogrodzie: kościół, cerkwie, synagogę i żydowskie domy modlitwy. Dokładniej rzecz ujmując, nasz kościół Świętego Floriana został zamknięty w 1933 r., a proboszcz, ks. Maksymilian Turowski, został później rozstrzelany. 22 lipca 1941 r., gdy wojska niemieckie wkroczyły do miasta, kościół został ponownie otwarty. Po wojnie parafia przez pewien czas nie miała własnego kapłana, ale miała kościół. W 1960 r., podczas antyreligijnej kampanii Chruszczowa, władze próbowały zamknąć kościół, ale napotkały silny opór ze strony wiernych. Parafianie, z których większość stanowili mieszkańcy mojej Szostakówki, zbuntowali się broniąc swojego prawa do modlitwy. Tak więc w naszym mieście pozostała tylko jedna czynna świątynia – kościół katolicki. Był on jak kłoda w oku władz, ponieważ stał między budynkami Komitetu Rejonowego Partii Komunistycznej a Rejonowego Komitetu Wykonawczego. Prawosławni i Żydzi zostali bez swych świątyń.

Proboszczami w Szarogrodzie w okresie powojennym byli Martynian Darzycki, Antoni Chomicki, Bronisław Drzepecki (dwóch ostatnich pochodziło z diecezji łuckiej). Wszyscy mieli za sobą obozy sowieckie i cieszyli się wręcz nieograniczonym autorytetem wśród wiernych. Słowo księdza było prawem. Proboszczowie szczególnie dbali o katolickie wychowanie w rodzinach. Jeśli więc planowano małżeństwo między stroną katolicką a prawosławną, mogli odmówić udzielenia ślubu nowożeńcom, jeśli ci nie przyrzekali, że wychowają dzieci w wierze katolickiej. Mało tego: katolikom na takim weselu bez udzielenia kościelnego ślubu nie wolno było być gościem, nawet rodzicom! Za takie przewinienie nie dopuszczano do spowiedzi, a co za tym idzie, do przyjmowania Komunii świętej.

A jeszcze w naszej Szostakówce w Adwencie i Wielkim Poście zamykano klub wiejski, bo nikt z młodzieży nie chodził na dyskoteki. Jeśli ktoś zdecydował się pójść na dyskotekę w Szarogrodzie, a jego rodzice się o tym dowiedzieli – biada mu!

Nasza polskość została ukształtowana w kościele. Msze, które po Soborze Watykańskim II zaczęły być odprawiane po polsku, były dla nas źródłem zarówno duchowego pokarmu, jak i materiałów edukacyjnych. Języka polskiego uczyliśmy się z mszału, lekcjonarza, katolickich modlitewników i kancjonałów. Potem, gdy w latach 80. zaczęli przyjeżdżać młodzi księża z Polski, uczyli nas języka w szkółce niedzielnej, opowiadali o kulturze, przywozili książki i filmy. Starsze pokolenie księży, «księża obozowi», w niemal każdym kazaniu podkreślało pamięć o tym, czyimi potomkami jesteśmy.

Zachowało się u nas niewiele polskich zwyczajów, mogę wspomnieć tylko o szopce w domach, opłatkach i kolędowaniu. Ale powiem tak: jako nastolatek znałem kilkadziesiąt kolęd. Po polsku, oczywiście. Ukraińska kolęda «Dobryj weczir tobi», którą usłyszałem po raz pierwszy w wieku ok. 14 lat, była dla mnie ogromnym odkryciem.

Dom dzieciństwa

Urodziłem się w listopadzie 1974 r. Pierwsze sześć lat życia spędziłem na Zgniłym Kącie, w domu mojego dziadka Albina i babci Józefy. Mówili po ukraińsku, ale gdy się kłócili, przechodzili na polski, więc moje pierwsze polskie słowa nie były zbyt literackie.

Ślub Albina Dozorca i Józefy Kryszyny

Józefa z mężem Albinem (po prawej), z braćmi Adolfem (po lewej) oraz Kazimierzem (w centrum) z ich małżonkami

Moi rodzice pracowali, dziadek też, więc w moje wychowanie angażowała się głównie babcia. Była już wtedy na emeryturze, ale ponieważ emerytury było tyle, co kot napłakał, zajmowała się handlem. Babcia Józefa kupowała różne rzeczy, gdzieś jechała, sprzedawała, a potem też coś stamtąd przywoziła. Miała «czucie» co do tego, co kupią, co się opłaca, a co nie. Poza ukraińskim, polskim i trochę rosyjskim nie znała innych języków, ale nie przeszkadzało jej to w podróżowaniu do wszystkich krajów obozu socjalistycznego, do których można było wjechać z sowieckim paszportem. Co ciekawe, ostatni dzień podróży zawsze poświęcała na zwiedzanie atrakcji turystycznych odwiedzanego kraju. A ponieważ odwiedzała Polskę kilka razy w roku, większość jej wycieczek odbywała się właśnie tam. Kraków, Warszawa, kopalnia w Wieliczce, Częstochowa, a nawet obóz koncentracyjny w Oświęcimiu – babcia była wszędzie! I zawsze przywoziła jakąś pamiątkę oraz opowiadała mi o tym, co widziała. To były moje pierwsze kontakty z polską kulturą.

To właśnie moja babcia Józia nauczyła mnie czytać. Mieliśmy ścienny kalendarz z wyrywanymi kartkami. Zrywając codziennie nową kartkę, babcia czytała mi to, co na niej napisano, opowiadała, kto jest na niej przedstawiony i pokazywała litery. Poszedłem więc do pierwszej klasy (w wieku 6 lat, ubłagałem nauczycieli, mimo że nie chcieli), umiejąc już dobrze czytać i wiedząc dużo o zwyczajach ludowych, pogodzie, pisarzach, różnych świętach, Leninie i Karolu Marksie, bohaterach rewolucji – krótko mówiąc, o wszystkim, co było napisane w kalendarzach tamtych czasów. Dodam, że moja babcia, oprócz polskich modlitw, znała na pamięć cały poemat «Katarzyna» Szewczenki i potrafiła pięknie rysować i haftować.

Babcia zabrała mnie też po raz pierwszy do kościoła (potajemnie przed rodzicami), dając mi łapówkę – całego rubla. Tam modlono się po polsku. Kilku modlitw nauczyłem się od babci.

Dziadek Albin opowiadał mi o swojej młodości w szeregach Wojska Polskiego. Często chodziliśmy z babcią do sąsiadów na pogrzeby (na wsi małe dzieci, przynajmniej w tamtych czasach, uczono, że śmierć jest częścią życia), gdzie również modlono się po polsku. Jednak tego, że jesteśmy Polakami, w naszej rodzinie nigdy nie podkreślano.

Albin Dozorec (stoi) z przyjaciółmi. Gryfice, 1946 r.

Albin Dozorec (pierwszy z lewej z przyjaciółmi). Gryfice, 1946 r.

Moi przodkowie

O moich polskich przodkach dowiedziałem się jako nastolatek, kiedy po raz pierwszy zainteresowałem się tym tematem.

Nie znałem dziadków ze strony ojca, Witalija Olicha (1944–2025), który pochodził ze wsi Murafa, odległej 12 km od Szarogrodu, ponieważ zmarli wcześnie. Wiem, że matka mojego ojca Paulina Romanowska, córka Józefa, pochodziła z polskiej rodziny katolickiej. Zmarła w 1976 r., więc oczywiście jej nie pamiętam. Mój dziadek ze strony ojca również był Polakiem i katolikiem ze Słobody Murafskiej. W rodzinie było sześcioro dzieci: Józef, Bronisław, Janina, Witalij, Maria i Helena. W aktach urodzenia dzieci widnieją cztery wersje imienia dziadka: Gnat, Ignat, Jednach i Jidnach, jego ojciec miał na imię Józef. Pracował jako kowal, był wysoki i bardzo silny fizycznie.

Według wspomnień, kiedy budowano most przez rzekę Murafę, mój dziadek wbijał pale 80-kilogramowym młotem. Podczas głodu w latach 1946–1947, aby wyżywić rodzinę, ukradł kilkadziesiąt kolb kukurydzy, za co został skazany na więzienie. Na wolność wyszedł chory na gruźlicę, zmarł w 1962 r. W tym czasie mój ojciec Witalij właśnie rozpoczął naukę w Kijowskim Instytucie Medycznym. Z powodu śmierci ojca był zmuszony przerwać studia. Mój dziadek miał brata, który uciekł do Polski w latach 20. XX w. i pozostał tam, chyba w Rzeszowie. Moi rodzice odwiedzili go w latach 80. To wszystko o moich przodkach ze strony ojca.

Jednach Olich i Paulina Romanowska

Więcej wiem o moich przodkach ze strony matki, Zofii Dozorec (1948–2018). Tutaj skąpe opowieści rodzinne zostały uzupełnione materiałami ze spraw karnych, do których dotarłem już w wieku dorosłym.

Ojciec mojego dziadka Albina, Józef Dozorec, syn Pawła, urodził się w 1886 r. Wraz z żoną Olaną (Helena) mieli sześcioro dzieci, a siódme adoptowali podczas Wielkiego Głodu w latach 1932–1933. Pradziadek był Polakiem, prababka Ukrainką, a wszystkie ich dzieci były wpisane do metryk jako Polacy i chodziły do kościoła. Podczas I wojny światowej pradziadek walczył w armii carskiej, był artylerzystą i kawalerem kilku krzyży Świętego Jerzego.

Józef posiadał ponad 3 hektary ziemi, sprzęt rolniczy i bydło, ale w 1930 r. sowieci go wywłaszczyli. Mimo to pradziadek nie poszedł do kołchozu i mówił swoim sąsiadom po wsi, że nie powinni słuchać sowietów. Miał porywczy i prostolinijny charakter. We wsi nazywano go Dziki. W trakcie Operacji Polskiej NKWD został aresztowany i rozstrzelany w Winnicy niecałe dwa tygodnie później, 8 grudnia 1937 r. O jego losie opowiedziałem na łamach «Monitora Wołyńskiego».

Józef Dozorec z małżonką Olaną. Zdjęcie zmontowane w latach 50.

Postanowienie o karze śmierci przez rozstrzelanie Józefa Dozorca

Mój prapradziadek Marian Kryszyna, syn Jana, urodzony w 1904 r., przyszły swat Józefa, również został rozstrzelany podczas Operacji Polskiej, ale pod zarzutem szpiegostwa i udziału w Polskiej Organizacji Wojskowej. Stało się to 20 września 1938 r. O moim pradziadku również opowiedziałem na łamach gazety. W jego rodzinie było troje dzieci, wśród nich moja babcia Józefa, a także dziewczynka adoptowana w czasie Wielkiego Głodu. Rodzice mojego pradziadka mieli na imię Janko i Franka, a jego babcia miała na imię Anna. Moja prapraprababcia Anna dożyła 102 lat. Jest moją najdalszą w czasie krewną, o której opowiadała mi rodzina.

Dokument potwierdzający wykonanie wyroku śmierci ze sprawy Mariana Kryszyny

Wiem też, że rodzice żony Mariana, Mariany Kusznir, nazywali się Karol i Ewa. W 1930 r. deportowano ich na Syberię. Karol tam zmarł, a moja prababcia Ewa (1885–1962) później wróciła do kraju. Na starość oślepła i dożyła końca w rodzinnym domu. Dwaj bracia Mariany, Jan i Józef, pozostali na Syberii. Dzięki temu mam krewnych w okolicach Omska i na Zabajkalu. Młodsza siostra Mariany, Wincenta, zamarzła, wracając ze szkoły. Sama Mariana nie została wywieziona na Syberię, ponieważ była już mężatką.

Rodzina Mariana i Mariany Kryszynów. Od lewej ich dzieci: Adolf, Kazimierz, moja babcia Józefa

Babcia Ewa trzyma wnuka Kazimierza. Po prawej stoi jego siostra Zofia, moja matka, po lewej kuzynka Maria z Syberii

Gdzie się podziała polskość

W Szostakówce polskość niszczono stopniowo. Jak już wspomniałem, w latach 20. XX wieku w Szostakówce działała polska szkoła. Ale nawet wtedy, zwłaszcza po klęsce Rosji w wojnie polsko-bolszewickiej i traktacie ryskim, podczas spisu powszechnego w 1923 r. wielu miejscowych Polaków, aby uniknąć prześladowań, podało, że są Ukraińcami.

Kolejnym etapem był rok 1930, kiedy w naszych stronach wybuchło polskie powstanie katolickie. Przebieg wydarzeń był następujący. Po aresztowaniu szarogrodzkiego proboszcza ks. Maksymiliana Turowskiego władze sowieckie podjęły próbę zapędzenia chłopów z sąsiedniej wsi Plebanówka do kołchozu. Kilka osób, które stawiały opór, zostało aresztowanych. Następnie doszło do zamieszek: gdy milicja zastrzeliła miejscowego gospodarza, chłopi odebrali im broń, pobili i rozpędzili agitatorów, a następnego dnia wyruszyli kolumną do Szarogrodu. Wcześniej wysłali posłańców do sąsiednich wsi przekazując: «Idziemy uwolnić księdza i wystąpić przeciwko kołchozowi. Kto nie pójdzie z nami, więcej nie jest nam sąsiadem».

W sumie do miasta poszło około 4 tys. osób z sześciu wsi. Wyłącznie z tych wsi, gdzie znajdowały się skupiska Polaków. Ponad tysiąc uczestników zamieszek to moi rodacy z Szostakówki. Ludzie byli uzbrojeni w kije, kamienie i widły. Wdarli się do siedzib Komitetu Rejonowego Partii Komunistycznej oraz Rejonowego Komitetu Wykonawczego. Urzędnicy uciekli, a milicja zabarykadowała się na terenie dawnego klasztoru prawosławnego. Ludzie spalili dokumenty, zniszczyli meble i rozbili samochód. Wieczorem uzbrojony oddział OGPU (sowiecka służba bezpieczeństwa, istniała do 1934 r.) rozpędził chłopów. Wszczęto sprawę karną. Jak się okazało, w protokołach wszystkich (!) 70 osób przesłuchanych w tej sprawie w rubryce «Pochodzenie» widnieje napis «Polak-katolik» lub «Ukrainiec-katolik». Co ciekawe, nikogo wówczas nie ukarano, nawet podżegaczy skazano na wyroki w zawieszeniu, ale kilka lat później wszyscy padli ofiarami represji.

Następnie był Wielki Głód w latach 1932–1933. Oczywiście, był wymierzony w ukraińską wieś, ale zginęło w nim też wielu Polaków. Potem była Operacja Polska NKWD, podczas której ucierpiała niemal każda rodzina we wsi. Podczas zbrodni w Winnicy sowieci zamordowali około dwudziestu osób z moich najbliższych krewnych. Mam więc w tym mieście własny zbiorowy grób.

Takie rzeczy nie pozostają bez skutku. Strach zmuszał ludzi do milczenia, do ukrywania się. Ale mój dziadek Albin, podczas mobilizacji w 1943 r., miał odwagę powiedzieć, że jest Polakiem. Wstąpił do Wojska Polskiego (tzw. Armii Berlinga), przetrwał II wojnę światową do końca, a po jej zakończeniu służył jeszcze półtora roku w pobliżu nowej granicy polsko-niemieckiej. Moje badania wykazały, że z naszej polskiej wsi chyba tylko dziadek Albin zadeklarował swoje polskie pochodzenie.

W moim dzieciństwie, podczas defilad z okazji Dnia Zwycięstwa, weteranów wojennych przewożono z honorami po stadionie na otwartej ciężarówce. Mój dziadek został tam zaproszony po raz pierwszy dopiero w maju 1985 r., gdy wśród żyjących pozostawało zaledwie kilku kombatantów. Prawdopodobnie aż do tego czasu uważano go za podejrzanego i niegodnego reprezentowania zwycięzców.

Zdjęcie z defilady 1985 r. Albin Dozorec pośrodku

Niszczenia polskości dopełniła paszportyzacja w latach 70., kiedy niewolnikom z kołchozów wydano wreszcie dokumenty. Oczywiście wszyscy zostali zarejestrowani jako Ukraińcy. Niektórzy byli obojętni, inni milczeli dla własnego spokoju, a niektórzy nawet świadomie zmieniali narodowość.

Przejście na język ukraiński praktyk religijnych w latach 90. również odegrało swoją rolę. Język polski, który do tej pory pełnił funkcję języka sakralnego dla katolików, utracił tę funkcję i stał się niemal zbędny. Katolicy w kościołach na Podolu już dawno przestali modlić się po polsku. A właśnie język jest podstawą głębszego oswajania kultury.

Krótko o sobie

Uświadomienie, że jestem Polakiem, przychodziło do mnie stopniowo. Rodzinne historie były tylko pierwszym krokiem. Potem – sąsiedzi, otoczenie szkolne. W mojej szkole nauczyciele traktowali wszystkie dzieci równo, bez względu na narodowość – zapewne ze względu na wielowiekową szarogrodzką trójjedność narodową. Sami nauczyciele też byli różnego pochodzenia.

Kolejnym etapem był, jak wspomniałem, kościół. Katolicyzm nie tylko kształtował moralność, ale także budował tożsamość narodową poprzez język polski. Przypomniałem sobie też, że przygotowując się do Pierwszej Komunii Świętej, uczyliśmy się od przedwojennych katechetów katechizmu w języku polskim na pamięć, często bez zrozumienia treści. Języka uczyliśmy się też z katechizmu podziemnego, gdzie polskie słowa były drukowane rosyjskimi literami. Pierwsi polscy księża i żywy język pojawiły się dopiero pod koniec lat 1980. Język ten był fonetycznie bardzo różny od tego, w którym dorastaliśmy.

Następnie nadszedł rok 1991. Po raz pierwszy pojechałem wówczas do Polski – na Światowy Dzień Młodzieży, kiedy to przybył tam papież Jan Paweł II. Podczas dwutygodniowej pieszej pielgrzymki z Zamościa do Częstochowy osiągnąłem kolejny poziom mówionego języka polskiego. W tym samym czasie dostałem w prezencie moją pierwszą książkę po polsku – «Ogniem i mieczem» Sienkiewicza. Nosiłem ją w plecaku pielgrzyma, a potem uczyłem się z niej języka. Teraz wiem, że nie jest to raczej najłatwiejsza i najlepsza lektura do takiej nauki.

Kolejny etap to książka Jewhena Swerstiuka «Winnica: zbrodnia bez kary» i studiowanie spraw karnych moich bliskich.

Potem – praca w kurii diecezji kamieniecko-podolskiej z legendarnymi postaciami: biskupami Janem Olszańskim, obecnie Sługą Bożym, i Stanisławem Padewskim, księdzem Krzysztofem Chudzio, ojcami Alojzym Kosobuckim, Franciszkiem Meusem, Janem Bednarzem...

Następnie praca w Łucku z nie mniej legendarnym biskupem Marcjanem Trofimiakiem i księdzem Augustynem Mednisem. Potem trafiłem do zespołu redakcyjnego «Monitora Wołyńskiego»…

Bóg zawsze prowadził mnie najlepszymi drogami i posyłał mi najlepszych ludzi. I nadal to robi, nawet teraz, podczas mojej służby w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Wierzę, że Pan pomoże nam, obywatelom Ukrainy różnych narodowości, osiągnąć sprawiedliwy pokój i żyć godnie w naszym wolnym państwie.

Anatol Olich z bratem Leonidem i rodzicami Witalijem i Zofią. 2018 r.

***

Tekst powstał w ramach projektu «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» realizowanego przez redakcję gazety «Monitor Wołyński».

Rozmawiała Olga Szerszeń

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Anatola Olicha

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025
Rodzinne historie: Stulecie Franki Wołoszczuk
Artykuły
Franka Wołoszczuk jest najstarszą mieszkanką Hromady Husiatyn w rejonie czortkowskim na Tarnopolszczyźnie oraz najstarszą członkinią miejscowego Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego. 5 października będzie obchodziła swoje 101. urodziny.
29 sierpnia 2025