Kiedy na ziemię Ukrainy przybyli rzekami misjonarze, ze zdziwieniem zobaczyli, że stoją na niej już krzyże. Przez tysiąc lat zdobią ją i uświęcają, wpisały się w krajobraz, jak rzeki, lasy i ukwiecone łąki. Czy można sobie wyobrazić Ukrainę bez krzyża na polach, przy drogach i w sercach?
Zmieniały się granice, przemijali królowie, carowie, upadały imperia i ustroje, jedynie krzyże stały tam, gdzie je wierni postawili. Dbano o nie, odnawiano, upadłe podnoszono, a w chwilach grozy stawiano nowe. Broniły tej ziemi skąpanej we krwi przed jeszcze większym złem, wzywały do opamiętania i dawały nadzieję w tragicznych czasach. Byli i tacy, co nie mogli znieść widoku krzyża, więc woleli go omijać, nie zauważać. Bali się wzroku ukrzyżowanego Chrystusa, bo to On przypominał im o przemijaniu i przywoływał do korzeni, z których wyrośli. Czasem niszczyli krzyże, żeby nie świadczyły przeciwko nim lub ich przodkom za czyny, których się dopuścili. W jakim byli błędzie, przekonają się na Sądzie Bożym. Kto podnosi rękę na krzyż, bierze Go na swoje ramiona. Taka jest wiara nasza, taka tradycja i takie od wieków przesłanie. Nieważne, kto krzyż postawił, w jakim celu, do jakiego kościoła lub Patriarchatu należy. Krzyż, nawet ten najmniejszy i najskromniejszy, jest własnością Chrystusa, a jego ciężar wielki.
Na tej ziemi zapomnianej, biednej i umęczonej byli też i wspaniali obrońcy krzyża, wielu krzyży.
Kiedy przez Borek k. Huty Stepańskiej w latach 70. komuniści budowali drogę, celowo poprowadzili ją prosto na polski krzyż. Robotnicy wykonali polecenie, wykopali krzyż i położyli w zaroślach. Miał tam już pozostać. Wtedy światli Ukraińcy z Huty, rozumiejąc zamysł, udali się do świaszczennika w Werbczu z zapytaniem co robić? Wszystko działo się pod presją szalejącego ateizmu i zniewolenia, wymagało wielkiej odwagi.
Po kilku dniach «ktoś» wkopał krzyż nieco na uboczu. A świaszczennik w cerkwi wołał: «Ręce precz od polskiego krzyża, bo z cerkwi wyklnę. A jeśli ktoś odważyłby się krzyż ruszyć, to niech wie, że bierze go na swoje ramiona dla siebie i dla dzieci swoich».
Lata mijały, wysoki kiedyś krzyż powoli gnił i upadał. Wtedy wierni Jego obrońcy osadzali Go w Tej ziemi od nowa, coraz głębiej. W 2009 r. postawiliśmy i poświęciliśmy nowy, a stary został zabrany do cerkwi w Butejkach. Tam spalono krzyż, jak prawo i święta tradycja chrześcijańska nakazuje.
Stary i nowy krzyż w Borku
Obrońcy krzyża dożyli w zdrowiu sędziwych lat, zmarli spokojnie. Miałem to szczęście poznać jednego z Nich, zanim zmarł. We wsi określali Go «pierwszy komunista». Opowiadał mi o dwóch swoich pomocnikach. O ironio historii, jednym był melnykowiec, a drugim banderowiec żałujący swoich czynów, polskich sąsiadów i 15 najpiękniejszych lat zmarnowanego życia na Syberii. Pojednani z Bogiem uratowali swoje dusze – Królestwo Im Niebieskie. Nie zginął jeszcze duch wiary w narodzie Ukrainy.

Krzyże w Borku

Poświęcenie krzyża w Borku

Huta Stepańska. Jeden z trzech krzyży «Jezu, ratuj nas»

Stary krzyż w Hucie Szklanej

Krzyż w Kamionce Starej

Krzyż na miejscu kościoła w Kazimierce

Krzyż w Omelance

Biały krzyż w Siedlisku

Szczepan Horoszkiewicz koło krzyża swojego dzieciństwa

Kolonia Sunia. Nowy krzyż na miejscu starego
Janusz HOROSZKIEWICZ
Zdjęcia autora
***
Tekst ukazał się w cyklu «Szlakiem Wołyńskich Krzyży wokół Huty Stepańskiej z Januszem Horoszkiewiczem».