Ksiądz Andrzej Kwiczala pomagał Ukrainie modlitwą i czynem. Miał prawdziwie przyjazne stosunki z wiernymi ze wszystkich parafii, w których pracował. Drzwi jego domu były zawsze otwarte dla każdego. Swoimi wspomnieniami o księdzu podzielili się wierni i duchowni diecezji łuckiej.
4 lipca w kościele Zesłania Ducha Świętego w Maniewiczach modlono się za zmarłego księdza Andrzeja Kwiczalę. W mszy żałobnej wzięli udział księża z diecezji łuckiej i archidiecezji lwowskiej. Ze swym duszpasterzem pożegnali się wierni z parafii, których proboszczem był ksiądz Andrzej, a także mieszkańcy Maniewicz, którzy znali zmarłego. Nabożeństwo poprowadził ksiądz kanonik Paweł Chomiak, kanclerz diecezji łuckiej.
W tym samym czasie biskup Witalij Skomarowski, ordynariusz diecezji łuckiej, odprawił mszę żałobną w Prusinowicach w województwie opolskim, w ojczystych stronach ks. Andrzeja Kwiczali.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Kazanie w maniewickim kościele wygłosił kanonik Roman Burnik, który przypomniał zgromadzonym na liturgii krótki życiorys księdza Andrzeja. Na zakończenie mszy świętej ksiądz kanonik Paweł Chomiak przedstawił nowego administratora parafii w Maniewiczach i Lubieszowie – ks. Romana Własiuka.
.jpg)
«To wielka strata dla naszej hromady. Od początku rosyjskiej agresji w 2014 r. ksiądz Andrzej został aktywnym obrońcą Ukrainy w modlitwie za naszych żołnierzy. Pomagał nie tylko modlitwą, ale i czynem. Wielokrotnie przekazywał naszej hromadzie pomoc humanitarną od swoich przyjaciół. Na przykład, gdy nasza parafia katolicka otrzymała pomoc od wiernych z gminy Sułów, z którą współpracują Maniewicze, ksiądz od razu prawie wszystko przekazał hromadzie. I tego samego dnia wspólnie wysłaliśmy ładunek do Sił Zbrojnych Ukrainy. Nie był obojętny wobec ludzi i chętnie wszystkim pomagał. Szkoda, że nie zdążyliśmy się pożegnać. Był zarówno dobrym człowiekiem, jak i dobrym duszpasterzem» – mówił o księdzu Andrzeju Ołeksandr Hawryluk, przewodniczący Maniewickiej Zjednoczonej Terytorialnej Hromady.
Ksiądz kanonik Witold Józef Kowalów był właściwie pierwszym kapłanem, który gościł na Wołyniu księdza Andrzeja, wówczas jeszcze kleryka. «Zatelefonował do mnie ks. Marian Buczek, ówczesny kanclerz archidiecezji lwowskiej. Mówi: «Mam tu kleryka, trzeba go sprawdzić, czy nadaje się do pracy w Ukrainie». Tak Andrzej Kwiczala trafił do mnie, do parafii w Ostrogu. Były pewne trudności, przecież przed seminarium nie był ministrantem ani lektorem, trzeba go było nauczyć pewnych rzeczy. Sprawiało mu trudności, gdy musiał coś powiedzieć przy ludziach» – podzielił się wspomnieniami ksiądz.
«Andrzej był ode mnie o pół roku starszy, a kiedy na niego patrzyłem, przypominałem siebie z moich dni ministranckich. Szczególnie uciążliwe dla niego było śpiewanie psalmu. Każdy werset miał inną melodię. Ale nasi wierni są tolerancyjni, wytrwali» – uśmiechnął się ksiądz kanonik Witold Józef Kowalów.
Według niego wszystko to szybko zrekompensował fakt, że ksiądz Andrzej był bardzo rzetelny: «Pomagał w katechizowaniu, chodził po kolędzie. Jakoś, kiedy mu opowiedziałem o swoim pomyśle odbudowy barokowej dzwonnicy w Ostrogu, wziął łopatę i odkopał jej fundament. Starł ręce do krwi, bo nie był przyzwyczajony do długiej pracy fizycznej, ale podjął decyzję – i zrobił. Gdybym wiedział, że tak zrobi, nawet bym o tym nie wspomniał, bo wyszło tak, że znęcam się nad nim. Ale nie – to on sam tak zdecydował».
Według księdza Witolda Kowalowa, młody kleryk posiadał bardzo cenne cechy – otwartość i szczerość. Andrzej miał też niesamowitą umiejętność nawiązywania kontaktu z nieznajomymi. Miał bardzo przyjazne stosunki z wiernymi ze wszystkich parafii, proboszczem których był ksiądz Kowalów w tamtych czasach – z Ostroga, Zdołbunowa, Klewania, Kuniowa i wielu innych wsi.
Kleryk Kwiczala przyjeżdżał na Wołyń w każde wakacje. Jak wspomina ksiądz kanonik, kiedy przyjechał po raz drugi, na konsultacje lekarskie zaczęły ustawiać się do niego starsze parafianki, ponieważ był absolwentem wrocławskiej Akademii Medycznej i przed wstąpieniem do seminarium pracował w szpitalu. Andrzej wysłuchał wszystkich, udzielił rad i w razie potrzeby przepisał jakieś tabletki. «Może to był efekt placebo, ale działało» – wspomina ksiądz.
Ponieważ Andrzej studiował w seminarium zamojsko-lubaczowskim, czyli przygotowywał się do pracy w archidiecezji lwowskiej, ksiądz Witold musiał poprosić ówczesnego ordynariusza arcybiskupa Mariana Jaworskiego o uwolnienie kleryka. I ten zezwolił na inkardynację – przyjęcie Andrzeja Kwiczali po ukończeniu seminarium duchownego do kleru diecezji łuckiej. Święcenia kapłańskie przyjął w 2000 roku z rąk biskupa ordynariusza Marcjana Trofimiaka. W ten sposób ksiądz Andrzej Kwiczala został jednym z pierwszych księży diecezji łuckiej po jej odnowieniu.
«Kochał Wołyń, interesował się jego historią. Uwielbiał wycieczki, zwłaszcza do miejsc, w których kiedyś były kościoły. Dlatego swoją pracę magisterską poświęcił dziejom naszej parafii w Ostrogu od końca II wojny światowej do współczesności. Po obronie została opublikowana w bibliotece «Wołania z Wołynia» – powiedział ksiądz kanonik Witold Józef Kowalów.
«Był dla nas ojcem, matką, lekarzem. Nie mogę uwierzyć, że odszedł. W zeszłym roku, zgodnie z jego pomysłem, zasadziliśmy aleję jukki – i zakwitła na jego pogrzeb, ale już jej nie zobaczy. A ulica Hałana w Maniewiczach, który walczył z religią katolicką, powinna zostać przemianowana na Kościelną – marzył o tym nasz ksiądz. Był nie tylko pieczołowitym gospodarzem, ale także dobrym pasterzem i po prostu człowiekiem. Przychodzimy do kościoła, a on zapyta: «Jak twoje zdrowie?», częstuje herbatą, kawą» – wspomina Halina Horajczuk, parafianka i członkini oddziału Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu w Maniewiczach.
.jpg)
.jpg)
«Znamy się od 1994 r. Już dwa lata studiowałem w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej w Lublinie, kiedy Andrzej przyjechał tam, aby wstąpić. Miał długie włosy, był ubrany w dżinsy – i tak poszedł na rozmowę z rektorem seminarium. Zaprzyjaźniliśmy się niemal od razu, bo okazało się, że już wtedy marzył o pracy dla Boga w Ukrainie. Być może było to pod wpływem matki, bo jej przodkowie pochodzili z Wołynia. Był otwarty i szczery, jego uśmiech i humor rozbrajały» – mówi ksiądz Ołeksandr Hamalijczuk, proboszcz w Torczynie.
«Podczas pracy duszpasterskiej w diecezji łuckiej utrzymywaliśmy przyjazne stosunki. Dom księdza Andrzeja był bardzo gościnny i my, księża, lubiliśmy tu przyjeżdżać. Przybywałem do niego z przyjaciółmi, księżmi prawosławnymi z Dubna. Był dobrym rozmówcą, inteligentnym i towarzyskim. Ponadto miał wykształcenie medyczne. W czasach seminaryjnych był naszym farmaceutą, zwracaliśmy się do niego z każdą potrzebą, a on zawsze chętnie pomagał. Więc my, klerycy, wymyśliliśmy mu nawet przezwisko: «Doktorek». Ono mu się nawet podobało» – wspominał ksiądz.
«Jestem z parafii w Czersku, którą opiekował się ksiądz Andrzej na początku, kiedy przybył na Wołyń – powiedziała Walentyna Charczuk. – W naszej wsi mieszkało sporo katolików, moja babcia też była katoliczką. Ksiądz Andrzej odprawiał mszę w domu mojej babci, wtedy się poznaliśmy. Przez te dwadzieścia lat był dla nas drugim ojcem, przyjacielem, bratem, wujkiem. Kim on był dla mnie? Co mogę powiedzieć, jeśli nawet pomagał mi kupić suknię ślubną?! Tej dobroci, którą on promieniował, nie da się ogarnąć».
Tekst i zdjęcia: Anatol Olich