«Zgodnie z tradycją chłopców chrzczono w wierze ojca, a dziewczynki – w wierze matki. W naszej rodzinie było inaczej» – mówi Maria Kuryłyk z Sidorowa w Husiatyńskiej Hromadzie w obwodzie tarnopolskim. Opowiada nam o życiu swojej polsko-ukraińskiej rodziny w trudnym XX wieku.
Postanowili, że dzieci zostaną ochrzczone w kościele
«Mój dziadek ze strony matki nazywał się Ludwik Bielecki, s. Jana. Urodził się w polskiej rodzinie w 1883 r. w Sidorowie. Dziadek ożenił się z Hanną Juzwą, c. Iwana. Babcia urodziła się w 1885 r. również w Sidorowie. Była Ukrainką, ale pochodziła z mieszanej polsko-ukraińskiej rodziny. Wspólnie postanowili, że ich przyszłe dzieci zostaną ochrzczone w kościele katolickim. Chociaż kiedyś z reguły chłopców chrzczono w wierze ojca, a dziewczynki – w wierze matki. W naszej rodzinie było inaczej. Mimo to w domu zawsze szanowano i ukraińskie, i polskie tradycje.
.jpg)
Ludwik Bielecki (po lewej) w wojsku austriackim. 1914 r.
Dziadek i babcia mieszkali w pobliżu zamku w Sidorowie. Byli zamożną rodziną, dziadek miał dużo mórg pola. Mieli troje dzieci. Najstarszym był syn Józef, który urodził się w 1912 r., potem córka Wiktoria, ur. w 1917 r., najmłodsza była moja matka Helena, ur. w 1929 r.» – mówi pani Maria.
Starszy brat jej matki, Józef Bielecki, w okresie międzywojennym służył w Wojsku Polskim: «Założył własną rodzinę. Nie wiem dokładnie, czy stało się to w latach 30., czy już podczas wojny. Po wojnie mieszkał w Polsce».
«Ciotka Wiktoria wyszła za mąż w Sidorowie, za Mariana Wajsa. Moja matka została z rodzicami. Przed II wojną światową ukończyła trzy klasy polskiej szkoły w Sidorowie. W domu rozmawiali i po ukraińsku, i po polsku» – dodaje pani Maria.
.jpg)
Marian Wajs z żoną Wiktorią Bielecką (wujek i ciotka Marii Kuryłyk) z dziećmi. Okres powojenny
Dzieci ukrywały się w kościele
«Mama opowiadała, że w czasie II wojny światowej zaczęła się nienawiść między Ukraińcami a Polakami. Jej rodzice nie ukrywali się, a mama brała worek ze słomą i chodziła w nocy do piwnicy do sąsiadów – Ukraińców. Kiedy ktoś to zauważył, zaczęła na noc chodzić do kościoła w Sidorowie, gdzie wraz z innymi dziećmi ukrywała się na poddaszu, przeczekując tam niepewne czasy. Matka dawała jej na drogę mleko i chleb. Ze świtem mama wracała do domu.
Dziadek Ludwik miał brata, którego córka wyszła za mąż i mieszkała w sąsiednim Wasilkowie. Jej pięcioletnią córkę ktoś z Ukraińców wrzucił do rzeki. Dziadek z bratem przywieźli ciało tego dziecka do Sidorowa i pochowali na miejscowym cmentarzu katolickim. Później wspólnie z mamą opiekowałyśmy się jej grobem. Mama oznaczyła go brzozą, która wciąż tam rośnie. W dni modlitwy za zmarłych i na Wielkanoc zapalamy znicz na tym grobie» – opowiada pani Maria ze łzami w oczach.
Po wojnie jej matka została w Sidorowie. «Dziadek Ludwik, ojciec mamy, zmarł śmiercią naturalną w czasie wojny. Został pochowany na polskim cmentarzu. Ponieważ babcia Hanna, mama matki, była Ukrainką, nie mogła wyjechać do Polski. Wujek Józef był wówczas już tam. Ciotkę Wiktorię w 1945 r. wraz z mężem Marianem Wajsem i córką Czesławą przewieziono furmanką do Husiatyna, a stamtąd – do Warty Bolesławieckiej (dziś gmina w powiecie bolesławieckim w województwie dolnośląskim – aut.) – mówi Maria Kuryłyk.
.jpg)
Ludwik Bielecki – dziadek Marii Kuryłyk. Okres międzywojenny
Babcia Hanna, mama jej mamy, zmarła w 1957 r. Została pochowana na ukraińskim cmentarzu w Sidorowie, na którym wówczas chowano już wszystkich mieszkańców wsi, ponieważ katolicki cmentarz został zamknięty: «Wówczas ciotka Wiktoria zaczęła wyrabiać dokumenty dla mamy, aby mogła wyjechać do Polski. Jednak nie pojechała przez zbieg okoliczności. We wtorek wyszła za mąż, a w czwartek otrzymała dokumenty pozwalające na przeniesienie się do Polski. Mama nie miała prawa na wyjazd z mężem, dlatego została w Ukrainie. W 1958 r. Helena Bielecka wyszła za mąż za Dmytra Wołoszyna, s. Danyła, ur. w 1925 r.
Wszyscy walczyli o Ukrainę
«Ojciec został skazany za Ukrainę» – zaznacza Maria Kuryłyk. Dmytro Wołoszyn pochodził z ukraińskiej rodziny z Trojanówki (dziś część wsi Bodnarówka w rejonie czortkowskim obwodu tarnopolskiego – aut.).
«Tam wszyscy walczyli o Ukrainę – zaznacza moja rozmówczyni. – Ojciec miał dwóch braci, Omelana i Iwana, oraz siostrę Zynowię, która miała pseudonim Łesia. Wszyscy doznali represji ze strony władz radzieckich za udział w antyradzieckim podziemiu w latach wojennych i powojennych. Nienawidzili moskali. Ciotka Zynowia mogła wyjechać za granicę, aby uratować się przed władzą radziecką, ale została. Rozstrzelano ją w Husiatynie. Nie wiadomo, gdzie jest jej grób».
«Dziadek i babcia ze strony ojca, Danyło i Ewa Wołoszynowie, zostali zesłani na Syberię. Skonfiskowano im wszystko, rozebrano dom. Zostały tylko ikony. Rodzina przekazała je do miejscowej cerkwi greckokatolickiej. Kiedy dziadek i babcia wrócili, ludzie oddali im te ikony. Z kolei ojciec w 1944 r. został skazany na 25 lat obozów za udział w ukraińskim ruchu oporu» – dodaje pani Maria.
Jej ojciec Dmytro Wołoszyn był więźniem łagru w Workucie w czasie, kiedy odbywało się tam powstanie więźniów politycznych przeciwko okrutnemu reżimowi obozowemu (powstanie trwało od 19 lipca do 1 sierpnia 1953 r. – aut.): «Ciężko pracował w kopalni. Był okres, kiedy ważył zaledwie 32 kg, ale jeden litewski lekarz pomagał mu przekazując żywność oraz leczył go. Czasami wydawał mu fałszywe zaświadczenia, aby nie zabierano go do pracy. Dzięki temu tata przeżył. W 1957 r. po amnestii wrócił do domu. Wkrótce poznał mamę, a w 1958 r. ożenił się z nią. Mieszkali w Sidorowie».
«W 1960 r. urodziła się moja starsza siostra Hanna, w 1962 r. – ja, a rok później – mój brat Mirosław. Po zwolnieniu ojciec pracował jako murarz w brygadzie budowlanej w Sidorowie. Mama – w brygadzie rolniczej w kołchozie. Zmarła w 1994 r., a ojciec – w 2000 r.» – zaznacza pani Maria.
O sobie opowiada w następujący sposób: «Chodziłam do szkoły w Sidorowie. Następnie wstąpiłam do Czemerowieckiej Szkoły Medycznej w obwodzie chmielnickim. Po jej ukończeniu, po pewnym czasie wróciłam do domu i pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu rejonowym w Husiatynie. W 1983 r. wyszłam za mąż za Wołodymyra Kuryłyka, obecnie już nieżyjącego. Urodził się w 1957 r. w ukraińskiej rodzinie w Sidorowie. Uczył się w Mikołajowie w szkole żeglugi morskiej, chciał pływać jako marynarz, ale wrócił do domu i pracował jako budowniczy. Mamy dwie córki – Natalię i Lubow. Mam też wnuka Dmytryka».
Maria Kuryłyk wspomina również, że w czasach radzieckich w kościele w Sidorowie urządzono magazyn, był tam też młyn. Cerkiew greckokatolicka została zamknięta, a jej budynek przejęła cerkiew prawosławna. «W 1986 r. moje dziecko chrzcił już ksiądz greckokatolicki» – mówi pani Maria. Jednak sama parafia i cerkiew wróciły do Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego dopiero w 1990 r. W tym samym roku pierwsze nabożeństwa odbyły się też w kościele. Prowadził je ksiądz, który przyjeżdżał z Husiatyna.
Rodzina w Polsce
«W czasach radzieckich mama pisała listy do swojego brata Józefa i siostry Wiktorii. Kilka razy ciotka Wiktoria przyjeżdżała do Ukrainy. Mama dostawała pozwolenia na spotkania: raz zobaczyły się we Lwowie, a drugi – w Tarnopolu. Moja kuzynka Czesława przekazała nam polski elementarz. Znaliśmy trochę język polski, uczyliśmy się go. Pod koniec 1980 r. pojechałam do ciotki Wiktorii do Polski, poznałam jej dzieci.
W okresie międzywojennym na południe Polski wyjechał brat mojej babci Hanny Maksymilian Juzwa (po wojnie polskie władze zapisały nazwisko tej części rodziny jako Juźwa – aut.). Jeżdził tam do pracy i w końcu osiadł w mieście Żywiec. Mama pisała listy do jego syna Jerzego Juźwy. Potem kontakt się urwał.
.jpg)
Jerzy Juźwa – wujek Marii Kuryłyk
Pewnego razu sprzątając w mieszkaniu w Husiatynie znalazłam adres krewnych. Wysłaliśmy list do Żywca. Wujek Jerzy bardzo się ucieszył, że dostał od nas wiadomość. W 2015 r. moja córka Natalia pojechała do nich. To było bardzo emocjonujące spotkanie» – opowiada pani Maria.
Jej siostra Hanna również mieszka w Sidorowie. Wcześniej pracowała w piekarni. Zmarły brat Mirosław mieszkał w obwodzie chmielnickim. Miał wykształcenie medyczne, pracował jako felczer.
Maria Kuryłyk jest członkinią Nadzbruczańskiego Stowarzyszenia Kultury i Języka Polskiego. Jej córka Natalia również bierze aktywny udział w życiu tej organizacji. Przez pewien czas jeździła jako opiekunka z dziećmi z Husiatyna i okolic do Polski na wycieczki i kolonie.
Na zakończenie naszej rozmowy pani Maria powiedziała: «Korzystając z okazji, chciałabym przekazać pozdrowienia wszystkim moim krewnym w Polsce. W szczególności moim kuzynkom Marii i Lucynie, bratu Bogusławowi oraz ich dzieciom mieszkającym w Żywcu. Życzę również zdrowia moim krewnym z Bolesławca i Jeleniej Góry» .
Serhij Hładyszuk
Na głównym zdjęciu: Maria Kuryłyk, lipiec 2023 r.
Fot. Serhij Hładyszuk.
Pozostałe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Marii Kuryłyk.

