W nr 4 czasopisma «Ziemia Wołyńska» z 1938 r. ukazał się artykuł krakowskiego archeologa Gabriela Leńczyka «Wołyń wczoraj i dziś». Jego obserwacje pokazują historię tego regionu z niezwykłej, bardzo osobistej perspektywy.
Wszystkie teksty z cyklu «Ziemia Wołyńska» można przeczytać tu.
Najpierw poznajmy autora artykułu – osobę niezwyczajną, która wiele przeżyła i doświadczyła. Gabriel Leńczyk (1885–1977) urodził się we wsi Husów niedaleko Rzeszowa. Jego rodzice, niezbyt zamożni chłopi, mieli wiele dzieci, więc chłopiec uczył się długo i z przerwami. W 1907 r. ukończył Seminarium Nauczycielskie w Rzeszowie, po czym przez kilkadziesiąt lat pracował jako nauczyciel muzyki i rysunków w różnych miejscowościach. W tym okresie stworzył kilka podręczników, które były kilkakrotnie wznawiane.
Potem przyszła I wojna światowa, w której Gabriel Lenczyk uczestniczył najpierw jako szeregowy w armii austriackiej na froncie rosyjskim i włoskim, a w 1918 r. wstąpił do armii polskiej. W stopniu podporucznika służył na froncie wschodnim, brał udział w walkach pod Przemyślem. W 1922 r. został zdemobilizowany, powrócił do nauczania i własnej edukacji. W 1924 r. zapisał się jako wolny słuchacz na Uniwersytet Jagielloński, jednocześnie pracując i ucząc się w VII Gimnazjum Krakowskim. Maturę zdał dopiero w 1927 r., czyli w wieku 42 lat. Studia kontynuował na uniwersytecie już w trybie zwykłym. W 1929 r. obronił pracę doktorską.

Gabriel Leńczyk. Zdjęcie ze strony Muzeum Archeologicznego w Krakowie
Leńczyk poświęcił swoje życie archeologii, przede wszystkim badaniu czasów prehistorycznych. Zbadał wiele stanowisk archeologicznych na terenie Polski, m.in. przeprowadził pierwsze wykopaliska na Rynku Krakowskim. Jako jeden z pierwszych polskich archeologów docenił możliwość wykonywania dokumentacji archeologicznej z powietrza.
W czasie II wojny światowej podejmował wiele wysiłków, aby ocalić zbiory Polskiej Akademii Umiejętności przed grabieżą ze strony Niemców. Po wojnie pracował w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. Kontynuował badania archeologiczne i dużo pisał. Za najważniejsze dzieła Leńczyka uważa się prace na temat posągu Światowida ze Zbrucza.
W 1955 r. otrzymał tytuł docenta, w 1966 r. został członkiem Komisji Archeologicznej PAN. Za swoją pracę został uhonorowany kilkoma wysokimi nagrodami państwowymi. W 1971 r. przeszedł na emeryturę, ale nadal pracował, prawie do końca życia.
Artykuł «Wołyń wczoraj i dzisiaj» nie jest pracą naukową, ale najzwyczajniej osobistymi wspomnieniami. Gabriel Leńczyk po raz pierwszy trafił na Wołyń w mundurze żołnierskim podczas I wojny światowej, o czym pisał we wstępnej części artykułu. Wspomnienia wojenne były dla niego «wczoraj». Natomiast jego «dzisiaj» w tytule jest dla nas współczesnych już dość odległą przeszłością, a dla niego świeżymi wrażeniami. Myśli, które zapisał od razu po tych spostrzeżeniach, bezpośredniość jego obserwacji Leńczyka mają w naszych czasach niewątpliwą wartość.
Autor nie pochodził z Wołynia, zatem można go uznać w pewnym za stopniu bezstronnego obserwatora. Być może Leńczyk nie zawsze jest obiektywny, ale zostawmy to ocenie czytelnika. Naszym zdaniem z tego artykułu wyłania się krajobraz międzywojennego Wołynia.
Dajmy więc dojść do słowa Gabrielowi Leńczykowi. Jego artykuł podajemy bez skrótów.
Pierwszy raz znalazłem się na Wołyniu w czasie wojny światowej. Ustawiczne walki pozycyjne i ruchowe, ofensywy i odwroty nie były turystyką, zobaczyłem jednak Wołyń takim, jakim go poznałem z kart historii. Szliśmy przez wsie istniejące już tylko na mapie, bo w terenie pozostały z nich kikuty drzew i chwastami porosłe ślady rumowisk. Dymiły świeże zgliszcza, a w nich smażyły się trupy ludzkie i zwierzęce. Z ogromnych łanów niezżętych zbóż wiało smrodliwą padliną. Dalej wieś — nie spalona ale bezludna. Na stole w izbie niedojedzona strawa, pod stołem dwa ludzkie trupy, a nad nimi i nad stołem muchy, muchy, straszliwe masy wołyńskich much. Nocami łuny na niebie.
Przez noc rozoraly wieś okopy strzeleckie, a tuż obok mieszkańcy pobudowali nędzne schrony. Giną razem z żołnierzami w ulewie granatów. Za okopami dworek szlachecki ze zrujnowanym granatami dachem i pokaleczonymi ścianami. Dziwnymi oczyma patrzą żołnierze na kobietę o siwych włosach, która co rano wychodzi z dworku w ogród wiśniowy i idzie sztywna, gdy odłamki szrapneli sieką liście z gałęzi wokół niej. Żołnierze legendę o niej stworzyli. W tyle za frontem odbywa się polowanie na gromady zdziczałych zwierząt domowych. W ziemiankach i ocalałych chatach apatia śmiertelna...
Nawiązanie współpracy Wołyńskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk ze sferami naukowymi Krakowa zachęciło mię do wyjazdu w ub. roku na Wołyń celem zapoznania się z tamtejszymi zabytkami, a przy sposobności chciałem zobaczyć Wołyń dziś, po 20 latach nowej polskiej pracy w tej dzielnicy. Praca ta nie występuje nigdzie w Polsce z taką wyrazistością jak na Wołyniu, na Kresach. W zachodnich i południowych ziemiach Polski zniszczyła wojna wiele z tego, co już było. Wsie i miasta odbudowały się samoczynnie, więc szybko, jak i na Wołyniu, ale drogi, mosty, gmachy publiczne i przemysłowe trzeba było z trudem i długo odbudowywać, by chociaż jako tako do pierwotnego stanu przywrócić odkładając rozbudowę na później. Na wołyńskim kulturalnym ugorze każdy odcinek nowej brukowanej drogi, nowy dom, nowa szkoła, nowy chodnik lub nawierzchnia uliczna rzucają się w oczy, krzyczą, że są, bo ich tu przed tym nie było. To też nigdzie w Polsce nie uczułem takiego szacunku dla wykonanej pracy, dla Państwa, jak tu na Wołyniu. Chciałoby się tylko jakimś cudem dokonaną już pracę pomnożyć, niechby dziesięciokrotnie, dla własnego ogromnego zadowolenia, dla okazania, co może Zachód w stosunku do Wschodu.
Jeździłem po Wołyniu rowerem. Na nowych polskich szosach jechałem ja na rowerze, ale na dawnych rosyjskich bywało i odwrotnie; szczególnie po deszczu.
Interesowały mię grodziska i zamczyska, ale niemniej sam lud tutejszy, jego stosunek do wszystkiego co polskie.
Znać pracę wychowawczą szkoły. Gromadki dzieci witały mię często chóralnym «Dzień dobry». Wysłużeni żołnierze mówią po polsku i znają, dzięki wojsku, Polskę zachodnią. Ich ocena jest krytyczna. Nie sądzili, że Polska zachodnia ma również swoją biedę, gorszą czasem od wołyńskiej. A więc rdzenna Polska powinna i musi imponować. Gospodarze przeżyli wojnę światową i bolszewicką, niektórzy z nich maja krewnych po drugiej stronie granicy, więc świadomość różnicy życia tu i tam jest u nich wyraźna.
Starcy żyją atmosferą carskiego panowania. Oto obrazek z poczekalni Starostwa w Równem. 77-letni starowina opowiada mi swoje zmartwienie:
– Bo widzicie Panie, ja się zwie Seniuk a mój sąsiad Deniuk. Ja kupił trzy dziesięciny poła, a ony zapisały Deniuk nie Seniuk. No i wiecie, kupił Seniuk a ma Deniuk. Ja już stary, skoro umrę, a pole Seniuka weźmie Deniuk? A co by syny powiedziały? A wnuki? Bo widzicie..., i.t.d. od początku. Przez pół godziny. Woła go starosta do siebie. 20 minut gwarzyli. Wyszedł stary, więc pytam co i jak?
– A to tak – powiada. Ja był u komisara tamtego tygodnia a on mi mówił, że grunt na mnie zapiszą może za rok, za dwa, a może za trzy? A ja stary. Tak ja przyszedł tu dzisiaj. Bo jak ony się naszym batkom mianowały, to ja przyszedł do baťka, niech mi pomoże. Batko powiada, że ja mogę grunt zapisać na syny, a urzędy — powiada — jak będą wszystko przepisywały to i mnie przepiszą, bo niby u mnie bumagi są.
I patrzy mi w oczy starowina, czy to wszystko prawda. Objaśniam, wykazuję, że takich głupstw po rosyjskich urzędach jest bardzo dużo, że urzędy polskie wszystko to wyrównają i sprawiedliwie każdemu przypiszą. Uspokoił się stary, chciał po rękach całować, błogosławił «dobrego pana» i już pewniejszym krokiem poszedł w swoją stronę,
Koszyczki wisien otrzymały za rwanie owoców z drzew. Dobre serca tych biedactw zatarły nader przykre wrażenie, jakiemu uległem przed kilku godzinami w rozmowie z jednym inteligentnym Polakiem, który, zamiast miłości do pracy i człowieka, okazał niesłychane samolubstwo. Był to na szczęście jedyny przykry moment, ale nawet i ten nie powinien był się zdarzyć.
Każdy Polak na Wołyniu jest przedstawicielem nie tylko Państwa Polskiego, ale i kultury polskiej i lichsze charaktery odczuwa się tam daleko silniej aniżeli w głębi kraju, bo Wołyń jest szeroki, miejsca w nim dużo, więc echo ludzkich czynów bardzo mocne.
To też dumny byłem, jako Polak, z Janowej Doliny i jej mieszkańców. Dużo podróżuję po Polsce, zawsze w najskromniejszych warunkach, a wtenczas uprzejmości nie tak łatwo spotyka się na drodze, bo trudno na rowerze jechać we fraku a z okien limuzyny widzi się świat zawsze odmienny i nieprawdziwy. Nigdy jeszcze nie spotkałem w jednym miejscu tyle werwy w pracy, życia i uprzejmości. I to u wszystkich, bez wyjątku.

Janowa Dolina. Public domain
Przyjechałem tam pociągiem już o zachodzie słońce i to w sobotę. Pytam na «stacji», mieszczącej się dotąd w starym pudle z wozu kolejowego, o miejsce noclegowe. Nie ma, ale tu można się przespać. Świetnie, idę zatem popatrzeć na kamieniołomy. W kuźniach wre praca. Na poniedziałek muszą być kliny gotowe, nikt więc oczu nie odrywa od kowadła, ludzie pracują jak maszyny.
Akord. Stałem długo zdumiony. Urzędnik przerywa kolację i oprowadza mię po innych pracowniach, prowadzi do przemiłej świetlicy strzeleckiej, poznaję panów z Zarządu, robotnicy zapraszają mię na jutrzejsze zawody piłkarskie, żona jednego z robotników prezentuje na moją prośbę mieszkanie i iego urządzenie. Tyle uprzejmości i zaufania dla skromnego turysty, to dowód wspaniałej kultury.
Sen na ławce w wozie kolejowym był rozkosznym snem ucieszonego Polską obywatela. Świt. Las naokoło Janowej Doliny jeszcze cichy. Na zielonej plaży nad Horyniem ranna mgiełka, ale woda ciepła, czysta jak w krynicy. Niedziela, więc Janowa Dolina jeszcze śpi.
Piękne jest rozplanowanie osiedla. Tuż przy kamieniołomie siedzą jeszcze pierwsze baraki, za nimi jednak wznoszą się wzdłuż ulic wille zarządu, urzędników i robotników. W skromnym baraku kaplica, a obok niej na dwóch świerkach zawieszony dzwonek. Ujmujący prywitywizm wytwornej kultury. Chodziłem swobodnie, oglądałem wszystko nie nagabywany przez nikogo. Nawet przez muchy wołyńskie, bo ich tu nie ma.
Trzeba było jechać. Żegnałem przemiłych kolejarzy i całą Janową Dolinę z uśmiechem rannego słońca, co skrzyło się na słupach bazaltu i wilgotnych od rosy konarach drzew. Znów była puszcza, a ja myślałem sobie, że kto chce Polskę godnie reprezentować, to niech pojedzie do Janowej Doliny.
(Ciąg dalszy nastąpi).
Anatol Olich
Na głównym zdjęciu: Janowa Dolina. Public domain