Rodzinne historie: Jadwiga Gusławska i jej Krzemieniec
Artykuły

Jadwiga Gusławska z Krzemieńca to współzałożycielka i pierwszy prezes Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej imienia Juliusza Słowackiego. Była redaktorem naczelnym gazety «Wspólne Dziedzictwo» wydawanej w Krzemieńcu w latach 2001–2004. Należała do grona osób, dzięki którym odradzało się Muzeum Juliusza Słowackiego. Pani Jadwiga jest społeczniczką działającą na rzecz polskiej mniejszości na Ukrainie, a także autorką piszącą do «Monitora Wołyńskiego». Dziś poznajemy jej rodzinne historie.

«Urodziłam się za dobrych czasów»

«Urodziłam się w Krzemieńcu w lipcu 1939 r., czyli jeszcze za dobrych czasów, przed rozpoczęciem II wojny światowej. Moi rodzice Maria i Piotr Stankiewiczowie po ślubie w 1938 r. mieszkali w dzielnicy Dubieńska w Krzemieńcu. Dziadkowie Sabina i Franciszek Stankiewiczowie byli rolnikami i mieli sześcioro dzieci: Wincentego, Marcina, Józefa, Marię, Stanisława i Piotra – mojego ojca. Ciekawa historia dziadka Franciszka, który miał swój dom w dzielnicy Grabówka, jednak postanowił przenieść się na inne miejsce. Były to burzliwe lata 1916–1917, kiedy zmieniały się rządy i traciły wartość pieniądze. Jednak dom został sprzedany. Za kilka miesięcy przepadło wszystko, co otrzymał ze sprzedaży tego domu. Rodzina nie miała gdzie mieszkać. Mając kawałek lasu, dziadek z tego drewna zaczął budować nowy dom przy ulicy Morgwy. A pieniędzmi, które straciły wartość, okleił kufer, który przez długi czas stał na strychu» – opowiada pani Jadwiga.

Franciszek Stankiewicz nie mając środków, nie mógł kształcić swoich dzieci: «Tylko starszy Wincenty ukończył Liceum Krzemienieckie dzięki temu, że udzielał korepetycji młodszym uczniom. Józef poszedł do wojska. Marcin – do pracy. Stanisław został lotnikiem. Mojego ojca oddano do zakładu ślusarskiego w Krzemieńcu, więc nauczył się tego zawodu. Stryjek Wincenty Stankiewicz został nauczycielem języka polskiego, następnie był dyrektorem szkoły we wsi Iłowica Mała niedaleko Szumska (dzisiaj w rejonie krzemienieckim na Tarnopolszczyźnie – aut.). Potem pracował w Wesołówce koło Białokrynicy (obecnie rejon krzemieniecki – aut.). Był także sekretarzem parafii Świętego Stanisława Biskupa, kiedy jej proboszczem był ksiądz Stefan Iwanicki».

Dziadek z babcią – Daniel i Anna Fradyńscy, ich synowie Włodzimierz i Borys oraz najmłodsze dziecko – Maria, mama Jadwigi Gusławskiej. Ok. 1917 r.

Tej wioski już nie ma

«Podczas II wojny światowej gestapo zabrało księdza Stefana Iwanickiego razem z moim stryjem Wincentym do więzienia w Równem. Wtedy do Krzemieńca przyjeżdżała stąd jakaś niemiecka jednostka, pełniła tu służbę i wykonywała polecenia. Księdza Iwanickiego rozstrzelano w rówieńskim więzieniu w lutym 1943 r. W ramach kary za jakieś przewinienie dokonano wówczas egzekucji co dziesiątej osoby. Mój stryjek był dziewiąty, a ksiądz – dziesiąty» – mówi Jadwiga Gusławska. Kilka lat temu w kościele w Krzemieńcu wmurowano tablicę upamiętniającą proboszcza Iwanickiego. Ufundowana została przez profesorów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego ten duchowny był absolwentem.

Stryjka pani Jadwigi, Wincentego, po powrocie z więzienia zabrano do pracy w Niemczech. Po wojnie zamieszkał w Krakowie, tam się ożenił. Zmarł w tym mieście pod koniec lat 70. Stryj Marcin osiedlił się w Łodzi. Stanisław był wojskowym pilotem, po wojnie mieszkał w Anglii, niedaleko Londynu. W czasie wojny brał udział w wahadłowych lotach Londyn–Polska.

Stryjek Wincenty z żoną Heleną i córką Barbarą

«Brat mojego ojca, porucznik Józef Stankiewicz, ożenił się w 1937 r. Z żoną Marylą zamieszkali w kolonii Zagaje w gminie Podberezie w powiecie horochowskim. On był dyrektorem szkoły, a ona – nauczycielką. W 1943 r. banderowcy zniszczyli tę wioskę. Zamordowano wówczas 284 osoby polskiego pochodzenia, wśród nich był stryjek, jego żona i ich synek. Na początku lat 90. jeździliśmy do tej miejscowości: mój stryjeczny brat, jego żona i troje dzieci. Jedna z miejscowych kobiet zaprowadziła nas tam, gdzie mieszkał stryjek. Nic tam już nie ma. Wszystko zostało zniszczone i zaorane. Nie ma tam nawet śladu, że tam mieszkali ludzie» – wspomina Jadwiga Gusławska.

Ślub stryjka Józefa Stankiewicza z Marylą. 1937 r.

«Zostałyśmy razem z mamą»

«Matka Maria Stankiewicz z domu Fradyńska, pochodzi ze wsi Stawki (obecnie rejon krzemieniecki, dawniej – łanowiecki – aut.). Urodziła się w 1916 r. Była córką Daniela Fradyńskiego i Anny z domu Kozidło. Mój dziadek Daniel był mechanikiem, pracował u bogatych gospodarzy. Jednym z miejsc jego pracy były folwarki Liceum Krzemienieckiego w Białokrynicy. Zmarł tam w 1949 r. Babcia Anna była gospodynią domową. Po śmierci dziadka zabrał ją do siebie mój wujek Włodzimierz.

Babcia Anna Fradyńska

Mama miała trzech braci: Borysa, Włodzimierza oraz Aleksandra, który zmarł za młodu. Chodziła do szkoły w Wyszogródku. Po jakimś czasie rodzina przeniosła się do Białozórkі, gdzie dziadek otrzymał nową pracę. Tam mama ukończyła cztery klasy. Następnie uczyła się w gimnazjum spółdzielczym w Krzemieńcu» – opowiada Jadwiga Gusławska.

Mama Maria Stankiewicz

Piotr Stankiewicz, ojciec Jadwigi Gusławskiej, podczas służby w Wojsku Polskim. Ok. 1927 r.

Piotr Stankiewicz (po lewej), ojciec Jadwigi Gusławskiej, w okresie międzywojennym

«W 1938 r. mama poślubiła ojca, który w tym okresie kupił dom i działkę w krzemienieckiej dzielnicy Dubieńska. Jestem ich jedynaczką» – mówi pani Jadwiga.

Kontynuuje: «Ojciec w czasie wojny zachorował. Zmarł na guza mózgu 31 grudnia 1943 r. Pamiętam jego pogrzeb, było to po Sylwestrze w śnieżną zimę. Miałam 4,5 roku. Tatę pochowano na katolickim cmentarzu w Krzemieńcu. Zostałyśmy same z mamą i kozą Baśką».

Ślubne zdjęcie rodziców – Piotra Stankiewicza i Marii Fradyńskiej, czerwiec 1938 r.

Rodzice pani Jadwigi – Piotr i Maria Stankiewiczowie w międzywojennym Krzemieńcu

Jadwiga Gusławska. Ok. 1942 r.

«Żołnierze mieszkali w naszych domach»

Moja rozmówczyni tak wspomina okres wojny: «Była wojna, żyło się trudno. W naszym domu zakwaterowano Waltera – niemieckiego lekarza. Zajął osobny pokój, a my z mamą mieszkałyśmy w innym. Pamiętam, że przynosił cukierki. Następnie krótko mieszkał u nas żołnierz węgierski. A na wiosnę 1944 r. wkroczyły wojska sowieckie. Jeden z oddziałów rozkwaterowano po sąsiedzkich domach. Pamiętam nawet pewnego żołnierza radzieckiego: młody blondyn, mówiono na niego pompatiech. My, dzieci, myślałyśmy, że to jego imię, ale to było stanowisko – pomocnik techniczny (ros. «помощник по технической части», – авт.). Był także felczerem i zawsze dawał nam, dzieciom, coś do jedzenia oraz polecał naszym rodzicom różne zioła, które pomagałyby nas leczyć.

Rozmawiał z nami po rosyjsku. W domu mówiłam po polsku, ale rozumiałam, co on mówi. Przyjaźniłam się z dziećmi sąsiadów-Ukraińców i znałam język ukraiński. Wśród żołnierzy był także Uzbek, który tylko w języku migowym z nami się porozumiewał. Miał strasznie dużo wszy, z których go leczono. W naszym ogrodzie stały czołgi i konie. Lejtnant z tej jednostki, Żyd z pochodzenia, później nawet napisał do mamy, że są w Rumunii. Następnie ktoś z żołnierzy napisał, że tam zginął».

Mój ojczym

«W 1946 r. poszłam do pierwszej klasy ukraińskiej Szkoły nr 4 w Krzemieńcu. W tym roku matka wyszła za mąż za Kuprijana Makarowycza Koseniuka. To był porządny i bardzo mądry człowiek, w przeszłości więzień obozu Sachsenhausen. W domu już mówiono tylko po ukraińsku, i w szkole też uczyłam się po ukraińsku. Sąsiedzi byli Ukraińcami. Natomiast w domu cioci Marii, siostry mojego ojca, rozmawialiśmy tylko po polsku» – kontynuuje pani Jadwiga.

«Ojczym Kuprijan pochodził z powiatu szumskiego. Urodził się w 1894 r. W Krzemieńcu mieszkała jego siostra Marta, przyjechał tu do niej, a wkrótce poznał moją matkę. Mówił, że będąc w obozie niemieckim został przy życiu dzięki opowieściom, że umiał wróżyć z dłoni (uśmiecha się – aut.), i Niemcy przychodzili do niego na wróżbę. Po wojnie został kierownikiem kołchozu we wsi Kimnata, wcześniej Kimnatka (rejon krzemieniecki – aut.). Zmarł w 1983 r.

Ojczym Kuprijan Koseniuk po wojnie

Kimnata, w której pracował, jest znana z bitwy, stoczonej 23 lipca 1920 r. przez żołnierzy polskich i ukraińskich z 1 Armią Konną Budionnego. W następnym dniu na pole walki przyszli miejscowi chłopi. W zbiorowym grobie złożyli w ciała 72 żołnierzy polskich i 5 ukraińskich. To miejsce od lat nazywają Polskim Cmentarzem. Później postawiono tam krzyż. Odnowili go w 90. rocznicę bitwy, w 2010 r., krzemienieccy Polacy» – wspomina pani Jadwiga.

«Tutaj nikt Polaków nie prześladował»

«W Krzemieńcu nikt Polaków nie prześladował. Wszyscy się nawzajem szanowali. W naszej dzielnicy mieszkały dwie czeskie rodziny. Miejscowi darzyli szacunkiem mieszkającą niedaleko nas felczerkę-Polkę. Czułyśmy się w ukraińskich szkołach normalnie. W mojej szkole nikt mi nigdy nie powiedział złego słowa z tego powodu, że jestem Polką. Wśród moich szkolnych przyjaciół byli Polacy Edzio Wesołowski, Wanda Bielecka, Renia (niestety nie pamiętam nazwiska), Ludwik Szwańkowski, Janka Kuźmicz i Romuald Kuźmicz i inni. Też nie mieli żadnych problemów. Nauczyciele wprawdzie mówili, że nie wolno nam chodzić do kościoła, ale chodziliśmy.

Nawet nauczycielka Olga Czuczmaj nam pomagała. Kiedy zbliżało się Boże Narodzenie, podchodziła do mnie, dotykała mojego czoła i mówiła: «Oj, już gorączka, przeziębiona jesteś. Idź do domu i nie przychodź do szkoły w ciągu trzech dni». To samo było z Edziem. Mówiła, że musi pójść pomóc matce. Nie było żadnego pomagania, a tylko chodzenie do kościoła w tym okresie» – wspomina Jadwiga Gusławska.

Kontynuuje: «Po szkole wstąpiłam na uniwersytet we Lwowie na mechmat – Wydział Mechaniczno-Matematyczny. W szkole mieliśmy świetnego nauczyciela matematyki Petra Andrijowycza Luzana. Lubiliśmy go bardzo, dlatego poszłam na ten wydział. I źle zrobiłam, bo trudno było być dobrym matematykiem. Jestem raczej historykiem albo filologiem, ale nikt z nas nie lubił w szkole pani od historii, więc tej historii nie znał. Potem uczyłam się jej sama. Dodatkowo w 1978 r. ukończyłam w Tarnopolu roczny kurs przewodnicki».

Swalawa – Tarnopol – Krzemieniec

«W 1959 r. wyszłam za mąż za Stefana Gusławskiego. Urodził się w 1935 r. Ukończył Technikum Leśne w Białokrynicy, pracował w fabryce mebli w Krzemieńcu. Urodził się nam syn Walenty, który obecnie mieszka w Warszawie. Potem za moją namową przenieśliśmy się na Zakarpacie. Znałam ten region ze studenckich lat, bo jeździłam tam na obozy. Pomyślałam wówczas, że chciałabym tu mieszkać. Więc namówiłam męża, żeby skorzystał ze swojego prawa do wzięcia w swojej uczelni drugie skierowanie do pracy w Swalawie. Pracowałam tam jako nauczycielka matematyki. Spędziliśmy na Zakarpaciu 17 lat» – wspomina Jadwiga Gusławska.

«Kolejne 10 lat mieszkaliśmy i pracowaliśmy w Tarnopolu, a po śmierci matki męża wróciliśmy do Krzemieńca. Tu już nie pracowałam w szkole. Zaangażowano mnie jako przewodnika polskich grup turystycznych, które wtedy przyjeżdżały na Ukrainę.

Dom, w którym obecnie mieszkam, zbudował mój mąż razem ze swoim bratem. Mąż zmarł 19 lat temu, a ja nadal mieszkam tu sama» – mówi Jadwiga Gusławska.

Maria i Irena Sandeckie

Pani Jadwiga wspomina Irenę Sandecką – polską działaczkę społeczną i katolicką, poetkę i nauczycielkę nazywaną Matką krzemienieckich Polaków: «Pamiętam ją od chwili, gdy poszłam do szkoły. W tym czasie miejscowi Polacy oddawali dzieci na katechizację do jej matki, Marii Sandeckiej. Uczyła nas także języka polskiego i wprowadzała w kulturę polską. Jej córka Irena Sandecka oprowadzała nas po krzemienieckich okolicach. Na lekcje polskiego chodzili ze mną Wanda i Edzio – moi koledzy ze szkoły. Płaciliśmy za zajęcia chlebem, a także słoniną, jeśli ją oczywiście w domu mieliśmy. Nawet czasem był miód czy ryba».

«Po śmierci Marii Sandeckiej na początku lat 50. nasze dzieci przeszły przez ręce Ireny Sandeckiej. Uczyła je latem, przez 40 lat przygotowywała do Komunii Świętej. Po pewnym czasie KGB, którego siedziba w Krzemieńcu znajdowała się niedaleko domu Ireny Sandeckiej, dowiedziało się, że uczy polskie dzieci. Zagrozili jej, żeby tym się nie zajmowała. Zaczęła więc chodzić do dzieci, uczyła je w ich domach. Wiedziała, że nikt poza nią ich nie nauczy. Wszystkie te dzieci po kryjomu chodziły do kościoła w Krzemieńcu, który zawsze był czynny. Pani Irena i nasze otoczenie były mocno związane ze sobą. W kościele wszyscy mówili po polsku» – opowiada Jadwiga Gusławska.

Po tym, jak w Równem rozstrzelano księdza Stefana Iwanickiego, krzemienieckim proboszczem w latach 1943–1946 był ks. Dominik Wyrzykowski. Po jego wyjeździe do Myszkowa (obecnie województwo śląskie – aut.) do 1948 r. parafią opiekował ksiądz Marceli Wysokiński z Dubna. Od 1948 do 1955 r. parafia nie miała stałego proboszcza, ale nie zaprzestała działalności: «Irena Sandecka przez 30 lat była organistką w kościele. Prowadziła także chór. Kiedy chcieliśmy sprowadzić na jakąś mszę księdza, musieliśmy poprosić Komisję do spraw Religii i Ateizmu o pozwolenie, że można zaprosić go na jedną mszę. Na każdą kolejną trzeba było prosić o osobne pozwolenie. Kilka razy przywoziliśmy księdza z Dubna. Jak nie było księdza, to na ołtarzu był ornat».

Słowacki i kościół

«Tak naprawdę, to Słowacki był jednym z punktów oparcia dla komunistycznej ideologii. Występował przeciwko carowi rosyjskiemu, więc komuniści to wykorzystali – pani Jadwiga opowiada o pomniku Słowackiego w kościele Świętego Stanisława w Krzemieńcu. – A jednak ich zdaniem kościół powinien był zostać zamknięty, ale pomnik wybitnego poety im przeszkadzał, więc zaprosili eksperta z Moskwy, żeby zadecydował, co z nim zrobić. On stanowczo powiedział, że nie da się usunąć go z kościoła. Potem przybył fachowiec z Leningradu i powiedział to samo, a nasz kościół pozostał otwarty mimo nieobecności proboszcza».

«Pomnik Słowackiego dłuta Wacława Szymanowskiego w krzemienieckim kościele to wzorcowy przykład sztuki rzeźbiarskiej. Przyciąga turystów i naukowców z Polski i innych państw. Ze względu na to kościół był zawsze otwarty, a że nie było księdza, za nabożeństwa odpowiedzialna była kościelna dwudziestka (komitet kościelny złożony z 20 wiernych, który należało założyć w czasach radzieckich dla rejestracji parafii – aut.).

W 1955 r. proboszczem został ksiądz Jakub Macyszyn ze wsi Kozowa (obecnie rejon tarnopolski – aut.). Od razu przydzielono do niego agenta KGB, który musiał być obecny na każdym kazaniu. Siedział zawsze tak trochę z osobna» – wspomina pani Jadwiga.

Działalność społeczna

Jadwiga Gusławska była jedną ze współzałożycieli Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej imienia Juliusza Słowackiego. W drugiej połowie lat 80. najbardziej aktywni krzemienieccy Polacy często spotykali się u Ireny Sandeckiej, omawiali bieżące wydarzenia w kraju oraz snuli plany tworzenia własnej organizacji. Wspólnie z Ireną Sandecką i Julią Szylajewą, Jadwiga Gusławska weszła do komitetu założycielskiego polskiej organizacji w Krzemieńcu.

Na zebraniu założycielskim pod koniec 1989 r., w którym uczestniczyło ok. 40 miejscowych Polaków, została wybrana na pierwszego prezesa Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej imienia Juliusza Słowackiego. Była też pierwszą nauczycielką języka polskiego w szkółce, która od razu powstała przy TOKP. Zaangażowała się w akcje uporządkowania polskich miejsc pamięci w Krzemieńcu i okolicach, m.in. we wsi Kimnata oraz w Hucisku Pikulskim koło Iłowicy Małej, gdzie zorganizowano ponowny pochówek Polaków zamordowanych przez banderowców.

Przyczyniła się także do odrodzenia Muzeum Juliusza Słowackiego. W ramach realizowania statutowych zadań TOKP, wśród których jest m.in. dbanie o spadek po Juliuszu Słowackim, zbierała w Krzemieńcu od miejscowych malarzy oraz przy pomocy swojej rodziny i dawnych krzemieńczan po całej Polsce stare obrazy i zdjęcia powstałe w okresie międzywojennym, kiedy do Krzemieńca przyjeżdżano z całej Polski na letnie plenery malarskie. Dzięki temu powstała wystawa «Krzemieniec – miasto Juliusza Słowackiego w malarstwie i fotografii». Eksponowano ją w 14 polskich miastach. Ta inicjatywa miała na celu nagłośnienie potrzeby odrodzenia muzeum wieszcza w Krzemieńcu.

W latach 2001–2004 Jadwiga Gusławska była redaktorem naczelnym lokalnego polskiego miesięcznika «Wspólne Dziedzictwo» wydawanego przy wsparciu finansowym Stowarzyszenia «Wspólnota Polska».

Od sześciu lat pani Jadwiga współpracuje z «Monitorem Wołyńskim». Na łamach naszej gazety, w cyklu «Kroniki Krzemienieckie», opisała dzieje polskiej wspólnoty w Krzemieńcu.

***

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Serhij Hładyszuk

Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Jadwigi Gusławskiej

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Rozmowa o Wacławie Herce z Kowla
Artykuły
W 1998 r. w Kowlu powstało Towarzystwo Kultury Polskiej. Jego niezmiennym prezesem do 2017 r. był Wacław Herka, kombatant 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. W latach 50. wyjechał do Polski, jednak później wrócił do rodzinnego miasta, by zostać tu na zawsze. Rodzinne historie Wacława Herki opowiada nam jego syn Anatolij Herka ze swoją żoną Iryną.
30 listopada 2022
Rodzinne historie: «Otwarcie kościoła było dla nas wielką radością»
Artykuły
Antonina Bardyga pochodzi z Żytomierszczyzny. Do Łucka przyjechała ponad 50 lat temu. Na przełomie lat 80. i 90. była jedną z najbardziej aktywnych przedstawicielek społeczności katolickiej miasta, dzięki którym wiernym zwrócono kościół. Jako jedna z pierwszych zapisała się z siostrami do Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu.
15 listopada 2022
Rodzinne historie: Wspomnienia mamy
Artykuły
Aleksander Karaszewski z Polskiego Centrum Kultury i Edukacji im. prof. Mieczysława Krąpca w Tarnopolu dzieli się wspomnieniami swojej zmarłej matki Stefanii z domu Kupczak o życiu we Francji i na Tarnopolszczyźnie, a także o tragedii mieszkańców Tarnopola podczas walk o miasto w 1944 r.
03 listopada 2022
Rodzinne historie: «Pomagaliśmy odprawiać pierwsze msze w wołyńskich kościołach»
Artykuły
Danuta Rówieńska pochodzi z Medenic w obwodzie lwowskim. Na przełomie lat 80. i 90. była jedną z najbardziej aktywnych przedstawicieli wspólnoty wyznaniowej i polonijnej na Wołyniu, dzięki którym katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku, kościoły w Maniewiczach, Lubieszowie, Lubomlu, Kamieniu Koszyrskim i innych wołyńskich miejscowościach zostały przywrócone katolikom, a także utworzono Stowarzyszenie Kultury Polskiej.
18 października 2022
Rodzinne historie: «Tu się urodziliśmy i tutaj pochowani są nasi rodzice»
Artykuły
Alina Maslikowa ze Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu pochodzi z polskiej rodziny, która w okresie międzywojennym mieszkała na pograniczu białorusko-litewsko-polskim. Do Łucka przeniosła się z mężem w latach 80.
22 września 2022
Rodzinne historie: Opowieści z pogranicza białorusko-łotewskiego
Artykuły
89-letnia Anna Klebanowicz pochodzi z polskiej rodziny z północy współczesnej Białorusi. Spotkaliśmy się w Łucku, w Stowarzyszeniu Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu, którego członkinią jest od około 30 lat
22 sierpnia 2022
Rodzinne historie: Chrześniaczka Ireny Sandeckiej
Artykuły
«Jest bardzo oddana ludziom» – mówią o Emilii Wolanickiej krzemienieccy Polacy. Całe życie pracowała jako nauczycielka, zawsze była i pozostaje aktywną parafianką kościoła Świętego Stanisława w Krzemieńcu, w przeszłości była prezesem Towarzystwem Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego, obecnie należy do Komitetu Seniorów tej organizacji. Jednak najważniejsza dla niej zawsze była rodzina. Dlatego dziś proponujemy naszym Czytelnikom rodzinne historie Emilii Wolanickiej.
06 lipca 2022
Rodzinne historie: Wielonarodowa rodzina Marii Bożko
Artykuły
Maria Bożko przez ponad 20 lat kierowała Dubieńskim Towarzystwem Kultury Polskiej. W rozmowie opowiada o życiu swojej rodziny w okresie międzywojennym, tragicznych wydarzeniach II wojny światowej i odrodzeniu kulturowym polskiej społeczności miasta w latach 90. XX w.
17 czerwca 2022
Rodzinne historie: Cała wieś została wywieziona do Kazachstanu
Artykuły
Rodzina Antoniego Kamińskiego w latach 30. XX w. została deportowana do Kazachstanu, a po powrocie do Ukrainy przesiedlona na Krym. Później jego rodzice wrócili do obwodu chmielnickiego. Los sprowadził bohatera tego tekstu do Krzemieńca, gdzie pomagał ks. Marcjanowi Trofimiakowi, późniejszemu biskupowi, ordynariuszowi diecezji łuckiej Kościoła rzymskokatolickiego w Ukrainie w latach 1998–2012.
06 czerwca 2022