Wspólnota katolicka w Łucku ma bogatą, kilkusetletnią historię, tak się jednak złożyło, że obecnie w mieście zachował się tylko jeden grób księdza katolickiego. Pochowany jest w nim ksiądz Jan Rutkowski, ostatni powojenny proboszcz parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła.
Od epoki średniowiecza w Łucku było tak wiele kościołów i klasztorów katolickich, że nazywano go nawet «Rzymem Wschodu». W związku z tym w mieście i jego okolicach istniało kilka cmentarzy tego wyznania, na których chowano zmarłych miejscowych księży i zakonników. Zakony katolickie na takich nekropoliach posiadały własne krypty, a przedstawicieli duchowieństwa bardzo często chowano w oddzielnych grobach. Jednakże w związku z prześladowaniami Kościoła katolickiego przez Imperium Rosyjskie, do którego Łuck trafił w wyniku kolejnych rozbiorów Polski pod koniec XVIII w., a także w wyniku represyjnych działań jego spadkobiercy, czyli ZSRR, z czasem w głównym mieście Wołynia nie pozostał ani jeden cmentarz katolicki. Na miejscu ostatniego, największego z nich, w Jarowicy, gdzie pochowano (i jest nadal pochowanych) co najmniej 15 tys. osób, władze sowieckie utworzyły w 1977 r. Memoriał «Wiczna Sława».
Bez śladu zniknęły także groby licznych księży pogrzebanych na łuckich cmentarzach. Jedynym zachowanym pochówkiem jest grób księdza Jana Rutkowskiego, ostatniego powojennego proboszcza miejscowej wspólnoty katolickiej, na cmentarzu komunalnym przy ul. Rówieńskiej.
Jan Rutkowski urodził się 14 września 1883 r. w Krzemieńcu w wielodzietnej rodzinie mieszczańskiej. Uczył się w miejscowym liceum, następnie w gimnazjum w Niemirowie na Podolu. W latach 1902–1907 kształcił się w Żytomierskim Seminarium Duchownym, po czym otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Karola Antoniego Niedziałkowskiego, ordynariusza łucko-żytomierskiego. Ksiądz Jan Rutkowski rozpoczął swoją działalność duszpasterską na Wołyniu jako wikariusz w łuckiej katedrze św. Apostołów Piotra i Pawła.

Ksiądz Jan Rutkowski, 1907 r.
Po dwóch latach pracy u boku tak doświadczonych duszpasterzy jak ks. dziekan Antoni Józef Szymański i ks. wicedziekan Longin Stanisławski, Jan Rutkowski rozpoczął samodzielną działalność. Od 1909 r. był proboszczem różnych parafii na wschodzie Wołynia: Szumbaru, Dederkałów, Tajkurów, Targowicy. W latach 30. XX w. ksiądz Jan został kanonikiem łuckiej kapituły katedralnej.
Wiek XX był bardzo trudny dla diecezji wołyńskiej. Najpierw przetoczyła się przez nią krwawa I wojna światowa, potem rewolucja październikowa i wojna polsko-bolszewicka. Stosunkowo spokojne lata międzywojenne szybko się skończyły – dalej znowu wojna, okupacja, najpierw radziecka, następnie niemiecka, Rzeź Wołyńska. Potem znów wrócili sowieci.
W 1943 r. ksiądz Jan został mianowany proboszczem parafii Świętych Piotra i Pawła w Zdołbunowie, gdzie doczekał końca wojny. W 1945 r. na Wołyniu doszło do aresztowań księży katolickich i repatriacji ludności polskiej do Polski. Uwięziony został m.in. ks. biskup Adolf Piotr Szelążek, który miał wtedy 79 lat. Po tych wydarzeniach w diecezji łuckiej było już tylko trzech księży, których kanclerzowi, prałatowi Janowi Szychowi, udało się przekonać do pozostania. We Włodzimierzu został ks. Marian Jasionowski, w Równem – ks. Serafin Kaszuba, a w Łucku – ks. Jan Rutkowski.
Opatrzność Boża postanowiła, że ostatnim miejscem posługi księdza Jana Rutkowskiego stał się kościół, w którym rozpoczął swoją działalność duszpasterską – katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku. Równocześnie z mianowaniem na proboszcza katedry ksiądz Jan Rutkowski otrzymał inny dokument z podpisami pełniącego obowiązki ordynariusza, księdza prałata Leopolda Szumana i kanclerza kurii księdza Jana Szycha, stwierdzający, że jest on tymczasowym administratorem diecezji łuckiej.
Priorytetem dla Jana Rutkowskiego jako proboszcza kościoła katedralnego była rejestracja parafii katolickiej i zachowanie w jej posiadaniu świątyni. Jednym z głównych problemów było to, że w maju 1944 r. Niemcy zrzucili na kościół pięć bomb. Jedna z nich poważnie uszkodziła północno-wschodnią wieżę, natomiast druga, przechodząc przez wszystkie piętra kolegium przylegającego do kościoła, eksplodowała w podziemiu, w którym ukrywali się parafianie. Bez należytego remontu kościół stopniowo popadał w ruinę. W związku z tym, że świątynia znajdowała się w dokumencie państwowym jako zabytek architektury, rejestracja wspólnoty parafialnej została uzależniona od tego remontu.
Wiernym nie udało się jednak zebrać środków niezbędnych do przeprowadzenia zakrojonej na tak szeroką skalę renowacji kościoła. Władze miasta dwukrotnie stawiały ultimatum z terminem ukończenia remontu. W związku z pogłębiającymi się pęknięciami w ścianach wieży, na ponownym posiedzeniu komisja Rady Miejskiej w marcu 1948 r. uznała stan kościoła za grożący katastrofą i zaproponowała wspólnocie katolickiej przeniesienie się do kaplicy na cmentarzu parafialnym w Jarowicy. Kaplica ta, wybudowana w 1885 r., istnieje do dziś, lecz nie jest własnością katolików. Obecnie mieści się tu Dom Panichidy.

Dom Panichidy na dawnym cmentarzu katolickim
Na początku 1948 r. wspólnota katolicka przy kościele katedralnym liczyła około 520 osób. Spośród nich 311 było mieszkańcami Łucka, reszta – z okolicznych wsi, a nawet z obwodu rówieńskiego. Rada parafialna, na której czele stał lekarz wojskowy Jerzy Nowodworski, próbowała zaprotestować przeciwko decyzji komisji, przedstawiając pokaźną liczbę wiernych jako dowód, że kaplica nie zmieści wszystkich. Argument ten nie został jednak wzięty pod uwagę.
Wtedy ksiądz Jan Rutkowski, chcąc ocalić dla wspólnoty kościół katedralny, zdecydował się na desperacki na tamte czasy krok. Postanowił zwrócić się o pomoc do wiernych w innych miejscowościach diecezji, a nawet we Lwowie. Choć przedstawiciele rady parafialnej poinformowali pełnomocnika do spraw wyznań, że katolicy z Równego i Lwowa zgodzili się na zbiórkę środków na remont kapitalny katedry łuckiej, urzędnik stanowczo oświadczył, że decyzja o zamknięciu katedry została podjęta i nikt jej odwoływać nie będzie.
Drugą sprawą, której ksiądz Jan Rutkowski poświęcił wiele sił i energii, było zachowanie wspólnot katolickich na Wołyniu i wzmacnianie ich działalności. W obwodzie wołyńskim pełniło w nich posługę tylko dwóch księży: Marian Jasionowski i Jan Rutkowski – i to nie w kościołach, ale w mieszkaniach prywatnych. Na Rówieńszczyźnie czynił to ojciec Serafin Kaszuba, natomiast ksiądz Rutkowski tylko od czasu do czasu przybywał mu z pomocą. Gdy jednak wspólnoty katolickie w tych miejscowościach zaczęły składać petycje o otwarcie kościołów, władze natychmiast zareagowały, zabraniając księżom odwiedzania parafii, w których nie byli zarejestrowani.
Ksiądz Jan Rutkowski rozwiązał ten problem w niezwykle prosty sposób: jeśli duszpasterzom według prawa sowieckiego nie wolno przyjeżdżać do wiernych, nie oznacza to, że wierni nie mogą przyjeżdżać na liturgię do księży. I on, jako administrator diecezji, zalecił duszpasterzom, aby niedzielną mszę odprawiali w środku dnia, dając wiernym z innych miejscowości czas na przybycie. Sam Rutkowski także przeniósł niedzielne nabożeństwa na pierwszą godzinę dnia, a do tego czasu w kaplicy po prostu grały organy. Przy kapliczce często zatrzymywali się przechodnie, oczarowani muzyką. Tym samym pojawiła się kolejna szansa na obejście zakazu.
Władze sowieckie zabraniały dzieciom udziału w obrzędach religijnych, zakaz jednak nie dotyczył słuchania przez nie muzyki sakralnej. Ksiądz Jan wykorzystał to: na jego prośbę prezes rady parafialnej w Łucku Jerzy Nowodworski znalazł organistę, Franciszka Śliwińskiego. Na jego utrzymanie pięciu członków rady parafialnej dobrowolnie zobowiązało się płacić po 25 rubli miesięcznie każdy. Gdy organista za jakiś czas opuścił Łuck, grę na organach kontynuował sam kapłan, który całkiem nieźle radził sobie z tym instrumentem. Aby dłonie nie zamarzły w zimnej kaplicy, parafianie przygotowali mu specjalne rękawiczki z otworami na palce. Od czasu do czasu w kaplicy odbywały się wykłady z muzykologii, które prowadziła Regina Karetnikowa, członkini rady parafialnej posiadająca odpowiednie wykształcenie.
Jan Rutkowski miał prawo wyjeżdżać do okolicznych wsi i miasteczek jedynie na pogrzeby lub wysłuchanie spowiedzi osób starszych. Jednak podczas takich podróży z reguły odprawiał także inne obrzędy – chrzty, śluby, poświęcenie domów. Kapłan doskonale wiedział, że każdy jego krok, każde słowo, a zwłaszcza kazania, już następnego dnia staną się znane pełnomocnikowi do spraw wyznań, dlatego nawet w prywatnych rozmowach nie wypowiadał się przeciwko władzom. Jak wspominają parafianie, Rutkowski mógł spokojnie i bez niezadowolenia meldować: «Zapłaciliśmy wszystkie należne podatki, ale znowu je podniesiono. Pan Bóg pomoże! Te też zapłacimy…»
W swoich działaniach i słowach był zawsze wyważony i tego wymagał od księży podległych mu jako administratorowi diecezji. Starał się w ten sposób ochronić ich, aby nie dawali władzom żadnego powodu do aresztowań. Mimo to sam często musiał pisać długie listy wyjaśniające.
Wkrótce jednak działalność administratorska księdza Rutkowskiego została zagrożona. Kiedy katolicy w Lubomlu uzyskali pozwolenie na odprawienie nabożeństw w domu prywatnym, pojawiło się pytanie – kto ma prawo decydować, który z księży powinien udać się do Lubomla. Przedstawicielka lubomelskiej wspólnoty wiernych Kopczyńska (imię nie jest nam znane) zwróciła się do pełnomocnika do spraw wyznań z prośbą o umożliwienie ks. Jasionowskiemu posługiwania w Lubomlu. Pełnomocnik skierował Kopczyńską do Rutkowskiego, bo według niego «jeśli Rutkowski uważa się za administratora księży, to ich księżowska sprawa». Lecz władze centralne w Kijowie, które wyraziły zgodę na odprawianie mszy w Lubomlu, uznały, że ksiądz Jan Rutkowski nie ma do tego prawa, więc zabroniły mu wykonywania obowiązków administratora.
W odpowiedzi na ten zakaz Jan Rutkowski powiedział pełnomocnikowi, że w obecnych warunkach przewodnictwo duchowe nie jest potrzebne, gdyż wspólnota wiernych ma prawo samodzielnie zaprosić do siebie każdego księdza, zatem jego rola administratora się wyczerpała. A gdy do Łucka przyjeżdżali księża Jasionowski lub Kaszuba, ksiądz Jan pisał wyjaśnienie, że przybyli po prostu się wyspowiadać.
Kolejną sprawą, której o. Jan Rutkowski poświęcił wiele sił i energii, jest konserwacja i restauracja gmachu katedry. Zgodnie z uchwałą Wołyńskiego Obwodowego Komitetu Wykonawczego w zamkniętym katolickim kościele katedralnym w Łucku planowano otworzyć regionalne muzeum historii. Ale w rzeczywistości początkowo urządzono w nim magazyn dekoracji teatralnych, a w zakrystii – przedsiębiorstwo do produkcji zabawek choinkowych. Później w świątyni działał magazyn innych artykułów gospodarczych i żywności, co spowodowało znaczne zniszczenia gmachu. W podziemiach katedry przechowywano m.in. warzywa. Nowi właściciele zamurowali szyby wentylacyjne, co spowodowało zamoknięcie fundamentów kościoła, a w ścianach zaczęły pojawiać się grzyby i pleśń.
Rutkowski ciągle utrzymywał, że utworzenie w kościele muzeum uchroni go przed ruiną (znane mu były podobne przypadki w niektórych kościołach radzieckich republik bałtyckich). Dlatego ksiądz i członkowie rady parafialnej zwrócili się do przedstawicieli inteligencji łuckiej z prośbą o podpisanie petycji w sprawie utworzenia muzeum w kościele katedralnym. Ostatecznie «testament» Jana Rutkowskiego został spełniony w latach 1970–1978, kiedy kościół został wyremontowany ze środków państwowych. W 1980 r. w odrestaurowanym kościele otwarto Muzeum Historii Religii i Ateizmu. Ksiądz Jan nie dożył tego czasu, zmarł na udar w marcu 1954 r.
Ksiądz Jan Rutkowski został pochowany na cmentarzu komunalnym przy ulicy Rówieńskiej. Obecnie jest to jedyny zachowany grób księdza katolickiego w Łucku. Miejscowi katolicy tradycyjnie gromadzą się przy nim na początku listopada, w dzień zaduszny.


Grób ks. Jana Rutkowskiego
Anatol Olich