«W 1912 r. moi dziadkowie przeprowadzili się z Chicago do Strzelczysk. Wybudowali tu duży, okazały dom. Wszyscy w nim dorastaliśmy» – powiedziała «Monitorowi Wołyńskiemu» Zofia Michalewicz, prezes Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej.
Dziś publikujemy opowieść o jej polsko-ukraińskiej rodzinie, tragicznej śmierci dziadka podczas II wojny światowej, zachowaniu wiary, porządkowaniu grobów i odnowieniu kaplicy na starym cmentarzu katolickim.
«Nie możesz uczyć, że Boga nie ma»
Rodzice pani Zofii, Andrij Melnyk (1923–1996) i Katarzyna Wróbel (1925–2005), wychowali ośmioro dzieci: Oleksandra (ur. w 1949 r.), Antona (1953–2008), Romana (1956–2019), Zofię (nasza rozmówczyni, ur. w 1958 r.), Omelana (ur. w 1960 r.), Chrystynę (ur. w 1962 r.), Augustyna (ur. w 1964 r.) i Jełyzawetę (ur. w 1966 r.).
Katarzyna Wróbel pochodziła ze wsi Striłeckie (do 1947 r. Strilczyska, pol. – Strzelczyska), a Andrij Melnyk – z Lipnik (obecnie obie wsie położone na terenie rejonu jaworowskiego w obwodzie lwowskim).
«W Striłeckiem mieszkali prawie wyłącznie Polacy, natomiast Lipniki zamieszkane były w połowie przez Ukraińców, a w połowie przez Polaków. Ja, moi bracia i siostry urodziliśmy się w Striłeckiem i wszyscy stamtąd wyjechaliśmy. Jeden brat mieszkał w Baldone niedaleko Rygi, dwóch braci zamieszkało w Mościskach, jeden brat – w Dawidowie koło Lwowa, jeden brat i dwie siostry – we Lwowie, a ja – w Zdołbunowie. Chociaż los nas wszystkich porozrzucał, jesteśmy ze sobą bardzo blisko i zawsze pozostajemy w kontakcie» – mówi Zofia Michalewicz.
Dzieci Melnyków chodziły do szkoły podstawowej w Striłeckiem, a od piątej do ósmej klasy – do szkoły w Lipnikach. Dorastały w wierze. Z matką rozmawiały po polsku, a z ojcem – po ukraińsku. Rodzice rozmawiali ze sobą po polsku. Jak wspomina Zofia Michalewicz, jej matka nigdy nie mówiła po ukraińsku.
Zgodnie z prawem kanonicznym Kościoła katolickiego Melnykowie, jako małżeństwo mieszane, chłopców chrzcili w obrządku ojca (greckokatolickim), a dziewczynki – w obrządku matki (rzymskokatolickim). Cała rodzina chodziła do kościoła. W czasach sowieckich do cerkwi greckokatolickiej oczywiście nie mogli pójść, więc gromadzili się na podziemnych mszach.
«Mój ojciec pochodził z ukraińskiej rodziny, a z wyznania był grekokatolikiem. To tata uczył nas modlitw i przygotowywał nas do Pierwszej Komunii Świętej. Znaliśmy modlitwy zarówno po polsku, jak i po ukraińsku. W czasach mojego dzieciństwa Kościół greckokatolicki działał w podziemiu. Do naszego domu przyjeżdżali księża greckokatoliccy, ludzie modlili się w nocy, śpiewali – wszystko było tajne. Kiedy ksiądz greckokatolicki szedł przez wieś, udawał prostego robotnika, niosącego kosę lub siekierę. Za nim szła starsza kobieta z Przenajświętszym Sakramentem. Byliśmy mali, więc ojciec powtarzał, żebyśmy nikomu nic nie opowiadali. Nie mogliśmy na przykład powiedzieć, że widzieliśmy nauczycieli na mszy w naszym domu» – wspomina pani Zofia.
Po ukończeniu ósmej klasy złożyła dokumenty do szkoły pedagogicznej w Brodach. «Ale tata powiedział, że nie mogę być nauczycielką, bo nie mam prawa uczyć dzieci, że Boga nie ma. Dorastaliśmy w bardzo religijnej rodzinie. Wstąpiłam więc do technikum spółdzielczego w Chmielnickim. Ukończyłam je w 1976 r. Zostałam wówczas skierowana do Rówieńskiego Obwodowego Związku Stowarzyszeń Konsumenckich, gdzie zaproponowano mi, abym wybrała, gdzie chcę pracować. Wybrałam Zdołbunów. Spodobała mi się nazwa miasta. Przyjechałam tu, aby pracować w Rejonowym Związku Konsumentów. Pierwszego dnia byłam już w biurze zaopatrzenia, gdzie akurat obchodzono urodziny mojego przyszłego męża Wasyla» – mówi Zofia Michalewicz.

Zofia Michalewicz w wieku 17 lat. Chmielnicki
Wasyl Michalewicz urodził się w 1956 r. we wsi Riabinino w rejonie czerdyńskim obwodu permskiego w Rosji, gdzie sowieci zesłali jego matkę i babcię z ówczesnego rejonu ostrogskiego.
Zofia Melnyk i Wasyl Michalewicz pobrali się 29 stycznia 1977 r. Ślub odbył się 4 lutego w katedrze lwowskiej, udzielił go o. Rafał Kiernicki OFM. Przez około półtora roku po ślubie mieszkali we Władywostoku. Wychowali dwoje dzieci: Witalija oraz Walentynę (niestety ich córka zginęła tragicznie w 2005 r.) oraz doczekali dwóch wnuczek – obie obecnie studiują w Polsce.

Ślub Zofii i Wasyla Michalewiczów. 1977 r.

Wasyl Michalewicz
Dziadek został pochowany przy kościele
Dziadkowie ze strony matki naszej rozmówczyni, Maria Wilk i Michał Wróbel, poznali się w Chicago. Wychowali Elżbietę, Bronisławę, Anielę, Marię, Ludwika, Katarzynę (matka Zofii) i Józefa.
«Moja babcia Maria urodziła się pod Rzeszowem. Ale gdzie dokładnie? Nikt nie wie. Została sierotą w wieku dziewięciu lat. Pasła krowy u Niemca. Była drobna i delikatna. Mama opowiadała, że kiedy babcia pasła krowy, siadała na jednej, żeby przedostać się przez rzekę. Dobrze znała język niemiecki. Siostra mojej babci zamieszkała w Chicago, a kiedy Maria miała 16 lat, zabrała ją do swojego domu, aby opiekowała się dziećmi. To właśnie tam, w Chicago, poznali się moi dziadkowie. Michał wyjechał ze Strzelczysk do Ameryki wraz z bratem Walentym. W Chicago babcia urodziła dwójkę dzieci, które jednak wkrótce zmarły... W 1912 r. dziadkowie przyjechali do Strzelczysk. Zamieszkali tam w starym domu rodziców mojego dziadka, a jednocześnie zaczęli budować nowy dom. Moja mama Katarzyna urodziła się w 1925 r., kiedy był już wybudowany. Jest to dom, w którym mieszkała także nasza rodzina, dorastałam tam wraz z moim rodzeństwem» – mówi Zofia Michalewicz.

Ślub Marii Wilk i Michała Wróbla w Chicago
Dziadek Michał walczył w I wojnie światowej, podczas której doznał kontuzji i został ranny w nogę, przez co był niepełnosprawny. Kiedy został zdemobilizowany, przywiózł do domu lornetkę. «W czasie II wojny światowej, kiedy linia frontu znajdowała się w pobliżu Mościsk, dziadek poszedł do kościoła we wsi Zakościele (obecnie dzielnica Mościsk), zabierając ze sobą lornetkę. Kiedy wyszedł z mszy, został zatrzymany przez żołnierzy Armii Czerwonej, którzy myśleli, że jest niemieckim szpiegiem. Zaczął ich przekonywać, że jest miejscowy. «Kto może to potwierdzić?» Dziadek odpowiedział, że niedaleko mieszka chrzestna matka jego dziecka. W tamtych czasach rodziców chrzestnych nie wybierano przed chrztem: kto był w kościele, ten chrzcił dziecko. A ta kobieta powiedziała, że go nie zna. Dziadka rozstrzelano. Jego ciało leżało pod gołym niebem przez dwa tygodnie: nikt nie mógł go pochować ani zabrać stamtąd, bo linia frontu... Później moja mama i babcia poszły, wykopały dół i pochowały go przy kościele» – mówi pani Zofia.
Wspomina, że jako dziecko wraz z rodziną nieraz porządkowała ten grób: «Pewnego razu, na początku lat 2000., pojechaliśmy tam i zobaczyliśmy, że grobu dziadka nie ma i krzyża na nim również. Pochówki pod kościołem zostały uporządkowane, ale nazwiska spoczywających tam osób wypisano na tablicy powieszonej na kościele. Niestety nie ma na niej nazwiska naszego dziadka, mimo że jest tam pochowany. Przecież ludzie we wsi wiedzą o tym».
Prawie wszystkie dzieci Marii i Michała Wróblów, jak mówi pani Zofia, wyjechały do Polski jeszcze zanim skończyła się II wojna światowa. Elżbieta zamieszkała we Wrocławiu, Aniela – we wsi Pisarzowice w województwie wielkopolskim, Bronisława – w Wieliczce, a Józef – w Zielonej Górze. Natomiast Katarzyna została z matką w Striłeckiem.
«Ciocia Aniela wyszła za mąż za swojego sąsiada Antoniego Wiącka. Opowiadał jej, że był na wojnie i trafił do Auschwitz. Jakimś cudem udało mu się stamtąd wydostać, trzymając się wozu ze zwłokami. Dotarł do Krakowa, gdzie pracował przy klasztorze, który odwiedzał wówczas przyszły papież Jan Paweł II» – dodaje Zofia Michalewicz.
Później jej rodzice jeździli do swoich krewnych w Polsce, a oni przyjeżdżali do nich, do obwodu lwowskiego. Zawsze ze sobą korespondowali.
Uzdrowiony wodą z Lourdes
Dziadkowie ze strony ojca, Olga (z domu Wac) i Oleksandr Melnykowie, mieszkali w Lipnikach. Mieli trzech synów: Antona (ur. w 1913 r.), Andrija (ur. w 1923 r., ojca Zofii) i Romana (ur. w 1926 r.). Andrij Melnyk i Katarzyna Wróbel pobrali się w 1947 r.

Ślub Andrija Melnyka i Katarzyny Wróbel

Katarzyna Melnyk, z d. Wróbel
«Kiedy mój ojciec był małym chłopcem, zasnął na mokrej trawie. Potem rozbolała go noga. Zabrano go do Przemyśla do lekarzy, którzy przecięli mu ścięgna i odesłali do domu, żeby umierał. Babcia leżała krzyżem modląc się za syna. Ktoś wówczas przywiózł im wodę z Lourdes. Tata został nasmarowany tą wodą i wyzdrowiał. Jednak noga mu nie rosła, była krótsza od drugiej. Na jeden but zakładał obcas i chodził o lasce. Ukończył technikum weterynaryjne w Sądowej Wiszni. Był weterynarzem. Przyjechał do Striłeckiego, by szczepić kury» – mówi Zofia Michalewicz.
W ten sposób jej rodzice poznali się w Striłeckiem. Nasza rozmówczyni opowiada, że kiedy poszli do kościoła, aby powiedzieć księdzu, że chcą wziąć ślub, nadal mówili do siebie przez Pan/Pani.
«Tata był bardzo inteligentny i oczytany. Sam nauczył się języka polskiego i biegle nim władał. Pracował jako sekretarz w radzie wiejskiej, a potem jako kierownik klubu, gdzie wystawiał przedstawienia angażując mieszkańców wsi. Nasza rodzina zawsze brała w nich udział. Te spektakle cieszyły się popularnością. Publiczność głośno śmiała się z roli Woźnego w «Natałce Połtawce» i płakała nad tragicznym losem Mychajły w «Skradzionym szczęściu».
Poza tym tata długo prenumerował «Życie Warszawy», a także miesięcznik «Rycerz Niepokalanej», który czytała cała wieś. Pamiętam, jak kupiliśmy telewizor, byłam wówczas w szóstej klasie, tata mawiał: «Wyłącz to. Bełkocze po kacapsku! Szkoda prądu!» W telewizji pozwalano nam oglądać tylko piłkę nożną i koncerty «Słoneczne Klarnety» (występy zespołów ludowych transmitowane przez Ukraińską Telewizję w czasach radzieckich – tłum.). A kiedy przychodziła rejonowa gazeta «Socjalistyczny Szlak», tata przeglądał ją jako pierwszy w domu i wycinał nożyczkami wszystkie fragmenty, w których negatywnie pisano o Kościele. Resztę mogliśmy brać do rąk. Musiał wszystko sprawdzić, żeby dzieci, broń Boże, nie czytały oszczerstw przeciwko Kościołowi. Tata prosił też mnichów z klasztoru w Nepokalanowie o modlitwę za ofiarodawców. Całą wieś zapisał na dożywotnią modlitwę» – wspomina pani Zofia.
O swoim dzieciństwie mówi jak o szczęśliwym i spokojnym, choć nie bogatym. Zaznacza, że w jej domu zawsze było dużo dzieci: «Moje siostry i bracia mieli swoich przyjaciół, a ja – swoich, ale wszyscy zbierali się w naszym domu. Mój brat Omelan grał na klarnecie. Chłopcy mieli piękne głosy. A kiedy zbierali się na przykład, by śpiewać kolędy, dom pękał! To było bardzo piękne. W domu obchodziliśmy polskie święta. Przyjeżdżała do nas rodzina mojego wujka Antona, która mieszkała w Lipnikach. A my jeździliśmy do nich na ukraińskie święta. Pamiętam, jak odwiedzała nas moja babcia Olga. Bardzo ją lubiliśmy, bo zawsze coś przynosiła. Miała szerokie spódnice z kieszeniami i kiedy przychodziła, wyciągała coś z każdej kieszeni: mąkę, jajka, miętówki».
Z babcią Marią wnuki rozmawiały tylko po polsku. «Znała też niemiecki, bo jako mała dziewczynka pasła krowy u Niemca, a jak wyjechała do Ameryki, to nauczyła się angielskiego. I nam kazała uczyć się języków: żebyśmy do ojca mówili po ukraińsku, do matki – po polsku, a do niej – po angielsku albo po niemiecku. Ale byliśmy leniwi. Odpowiadaliśmy, że po co nam ten angielski czy niemiecki, wystarczy, że mówimy po polsku i ukraińsku» – dodaje Zofia Michalewicz.

Zofia (po prawej) z siostrą Jełyzawetą (pośrodku), teściową, dziećmi i siostrzenicą

W kręgu rodziny: matka Zofii Michalewicz siedzi, Zofia stoi nad nią
Nauczamy języka, pielęgnujemy polskie tradycje
Po przeprowadzce do obwodu rówieńskiego i do czasu zwrócenia katolikom kościołów w Zdołbunowie i Równem, pani Zofia jeździła na msze do Lwowa, głównie do katedry. Wkrótce po wznowieniu działalności parafii katolickiej w Zdołbunowie powstało Towarzystwo Kultury Polskiej. Oficjalnie zarejestrowano go 9 stycznia 1996 r. Od 2000 r. Zofia Michalewicz jest prezesem tej organizacji.
«Za dwa lata będziemy obchodzić 30-lecie Towarzystwa. Mamy wiele dzieci, które chcą uczyć się języka polskiego. Przy organizacji działa zespół «Polskie Kwiaty». W tym roku występowaliśmy na festiwalach w Lubaczowie i Mrągowie» – mówi Zofia Michalewicz.

Zofia Michalewicz z zespołem «Polskie Kwiaty» na festiwalu w Lubaczowie. Fot. Iwanna Hermaniuk
Wcześniej działał również zespół «Seniorki», w którym śpiewały najstarsze członkinie Towarzystwa: «Byłam wśród nich najmłodsza. Przez wiele lat jeździłyśmy na festiwal do Przedborza. Za pierwszym razem były wśród nas Polki, które po raz pierwszy były w Polsce. Trudno opisać emocje, jakie wtedy przeżywały».
Na koniec opowiada o odnowieniu kaplicy na cmentarzu katolickim w Zdołbunowie oraz porządkowaniu starych polskich grobów: «Jakieś dziesięć lat temu kaplica była w fatalnym stanie. Przechowywano tam jakiś sprzęt. Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej zwróciło się do władz lokalnych z propozycją, by mogli z niej korzystać przedstawiciele wszystkich wyznań w mieście. «Stopniowo zamontowaliśmy okna, naprawiliśmy dach, odrestaurowaliśmy krzyż, wymieniliśmy drzwi na nowe, zrobiliśmy zadaszenie nad wejściem... Teraz musimy wyremontować wnętrze. Chyba warto urządzić ołtarz, żeby ludzie mogli się tam pomodlić i pożegnać zmarłego.
Ponadto TKP podniosło z ziemi i oczyściło wiele pomników na starym cmentarzu. Mój śp. mąż Wasyl i ja wraz z członkami Towarzystwa spędzaliśmy tam całe dnie».

Zofia Michalewicz, jej świadek bierzmowania Józef Krzyżanowski i ks. Andrzej Ścisłowicz, proboszcz zdołbunowskiej parafii. Początek lat 2000
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Zofii Michalewicz.
Na głównym zdjęciu: Ślub Marii Wilk i Michała Wróbla w Chicago
