Dla czasopisma «Ziemia Wołyńska» pisali nie tylko znani fachowcy i doświadczeni amatorzy, ale także młodzi krajoznawcy. Przedstawiamy naszym czytelnikom esej Zdzisława Wattego, ucznia II klasy Państwowego Liceum w Kowlu.
W kilku numerach «Ziemi Wołyńskiej» ukazały się eseje, które stanowiły swoisty dodatek do tego czasopisma zatytułowany «Młody Krajoznawca». Redagował go profesor Bolesław Glodt z Kowla. Uczniowie, którzy byli członkami miejscowych kół krajoznawczych młodzieży szkolnej, publikowali w nim swoje eseje. Oczywiście, z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że prace przez nich napisane są dopracowane przez ich bardziej doświadczonych, starszych kolegów, niemniej jednak materiały te naprawdę zasługują na uwagę. Przede wszystkim dlatego, że ze względu na różnice w perspektywie postrzegania świata przez nastolatków i dorosłych, młodzi autorzy dostrzegli aspekty, które pozostawały ukryte przed oczami starszych badaczy.
Zamieszczony w nr 2 w 1939 r. esej «Kortelisy, zagubione sioło» redakcja poprzedziła krótkim wstępem, w którym opowiedziała o pomyśle projektu, realizowanego przez uczniów z Kowla. Poniżej publikujemy wstęp i sam artykuł.
***
Wstęp od redakcji «Ziemi Wołyńskiej»: Na północno-zachodnim krańcu powiatu kowelskiego, na granicy Polesia Wołyńskiego i właściwego, leży niezmiernie ciekawa, charakterystyczna wieś – Kortelisy. Mało a raczej w ogóle nieznana wieś, zagubiona wśród bagien i lasów, przez które niezbyt dawno przeprowadzono możliwą drogę polną od traktu Kowel–Ratno–Brześć, zachowała się w tak pierwotnym stanie, że wnet nabrała tu rozgłosu jako jedna z najbardziej pierwotnych wsi powiatu, ba – nawet Wołynia.
To zwróciło na wieś tę naszą uwagę, zgromadziliśmy możliwie dostępny materiał i w sierpniu ub. (czyli 1938 – red.) roku urządziliśmy «wyprawę» dla zebrania dalszego materiału «żywego» i terenowego celem opracowania monografii tej rzeczywiście niezmiernie ciekawej wsi. Materiał zebrany wówczas przez 3-ch uczniów Liceum, członków Koła Krajoznawczego1 ukaże się wkrótce w opracowaniu drukiem, na razie zaś aby wzbudzić zakątkiem tym zainteresowanie, postanowiliśmy podać pewne fragmenty tej pracy do publicznej wiadomości, bądź rzucić pewne szkice, czy to na gorąco schwytane w terenie, czy też skróty pewnych rozdziałów. Artykuł niniejszy – to wstęp do owej pracy.
***
Kortelisy, potężna wieś, licząca przeszło 5000 ludzi, rozsiadła się na olbrzymim obszarze piasków i błot, równym powierzchni omal całej wielkiej Warszawy. Właściwa osada, górująca nieco nad okolicą, rozbudowała się ulicówką na łęku wydmy z północnego zachodu na południowy wschód. Na najwyższym punkcie osiedla rozłożyła się w wieńcu prastarych dębów drewniana cerkiewka, jak się później dowiedzieliśmy od miejscowej ludności – niegdyś kościółek unicki. Trzeba bowiem wiedzieć, że cały dawny powiat ratneński wchodził za czasów wolnej Rzeczypospolitej w skład ofiarnej zawsze i męczeńskiej Ziemi Chełmskiej. Obecne więc oblicze – to tylko resztki pozostałości bizantyńskich, szczodrze narzuconych kiedyś przez samodzierżców i ich prawosławnych wykonawców.
Złoty, błyszczący w zielonej koronie dębów krzyż cerkiewki, skupienie chat, wiatrak, wyższe drzewa, liczne krzyże przydrożne – wszystko to wywiera zewnętrznie, z dala miłe wrażenie. Potęguje się ono jeszcze przez wyniosłość piasków wśród tego monotonnego morza terenu, urozmaiconego tylko niskimi krzaczkami. Przy bliższym jednak poznaniu wsi, choćby pobieżnym nawet, wesołe uczucie ustępuje miejsca jakiemuś smutkowi panującemu jak jakaś zaraza morowa nad całą okolicą. Może ta atmosfera smutku udziela się od mieszkańców. Nie wiem – może? Swoją drogą, że trudno jest o radości czy wesele, gdy się żyje w warunkach pierwotnych lub cofniętych przynajmniej o dwa wieki. A taka jest rzeczywistość w Kortelisach.
Nie jest i nie może radosnym być fakt, że na drobnej ilości roli dusi się wielka liczba ludzi. Gromada zajmuje poważny obszar, ale z tego niespełna 20 % to rola zdatna do uprawy, reszta zaś to łąki podmokłe i około 35 % nieużytków bagnistych. Toteż spotykamy tam tylko gospodarstwa karłowate obejmujące od cząstki ha aż do kilkunastu ha2. Gdy do tego weźmiemy pod uwagę rozczłonkowanie tej ziemi, jej niską wartość oraz pierwotną kulturę rolną, wtedy jasno zrozumiemy, dlaczego na wsi tej tak smutno. Ta zaś nędza w parze z ciemnotą, pozostała po opartych na nienawiści ku wszystkiemu co polskie rządach rosyjskich, wywarła charakterystyczne piętno nie tylko na zaniedbanym obliczu wsi, ale także na psychice samych mieszkańców Kortelis. W ich żyłach krąży przecież bez wątpienia krew osadzonej w tych okolicach od czasów Królowej Bony szlachty zaściankowej3, krew dzielnych ówczesnych osadników wojskowych i napływającego z południa żywiołu ruskiego. Ludzie ci mogli pogrążyć się w otchłani tych bagien tylko pod panowaniem Moskali. Te warunki błotne przez tyle lat wpływały na Korteliszan, że po prostu stworzyły nowy typ «ludzi błotnych», jak sami siebie nazywają.
To pokrzyżowanie ludności z jednoczesnym prześladowaniem polskości zdezorientowało tylko mieszkańców. Z tego też powodu wielu nawet nie zdaje dziś sobie sprawy ze swej narodowości. I naprawdę przykro jest, gdy ci potomkowie dawnej szlachty polskiej mówią obecnie «ja ruskij Lach», «ja prawosławny!». Trzeba też w tym miejscu podkreślić, że ci, którzy mogliby legitymować się klejnotami herbowymi, przedstawiają się fizycznie okazalej i jest bardziej rozwinięta ich umysłowość. Żal tylko człowieka bierze, że ta piękna rasa szlachecka tak się rozpływa i rozpada. Nie można ich jednak potępiać, bo oni walczyli i to długie czasy z przygniatającą ich naturą. I jeszcze na «hołych błotach» są ślady zagonów – widomy znak tej walki z żywiołem. Ta zaś beznadziejność położenia wlała w Korteliszan ten dziwny smętek, nawet już w młodych postaciach pesymizm, graniczący z biernością i brak wiary we własne siły. Obok istotnie trudnych warunków naturalnych, które są przyczyną tych braków i klęsk, sporo winy trzeba tu przypisać dziwnej do niedawna ospałości, obojętności – a może właściwie lenistwu. Zastanowiwszy się głębiej możemy dojść do wniosku, że ta obojętność, ospałość ma swe źródło głownie w braku jakichkolwiek potrzeb czy nawyknień. A to zaś jest wynikiem odległego położenia od miasta-świata, zasklepienia się na swych błotnych piaskach i samowystarczalności (60 km od Kowla, 80 km od Brześcia!). Wszyscy Korteliszanie chcieliby poprawy losu, ale jak każdy mały, biedny i otumaniony, czekają czyjejś pomocy, inicjatywy i przykładu. Tylko nieliczni młodzi, którzy zwiedzili kawałek świata, byli w innych dzielnicach Polski i dużo widzieli, chcą lepiej gospodarować i chcą pracować. Ich też zasługą jest obecny, rozbudzający się ruch, mający na celu podniesienie wsi. Bo, że wieś dźwiga się, nie ma dwu zdań. Ale ten postęp, choć stały, jest jednak w porównaniu z innymi dzielnicami Polski za mały.
Podobnie jak i gdzieindziej jednym z najsilniejszych bodźców w przeprowadzaniu zasadniczych zmian reform jest chęć naśladownictwa – przystosowania się do otoczenia, będąca zresztą zjawiskiem naturalnym, spotykanym też w przyrodzie pod postacią mimikry. W Kortelisach w pierwszym rzędzie dotyczy to wyglądu zewnętrznego, środków lokomocji, domu oraz jego otoczenia. To przenikanie jest najlepiej rozbudzone przez żywy przykład. Bowiem tylko przykład żywy, oglądany codzień, wbijający się powoli do jaźni działa przekonywująco.
Niestety, takich przykładów wieś ma znikomą ilość. Zdawałoby się na pozór, że powinny dać je większe, lepiej zorganizowane gospodarstwa. Jednak ilość ziemi czy nawet większa zamożność nie stanowi o zewnętrznym i wewnętrznym wyglądzie domu i jego otoczeniu. Szkoła życiowa jest tu bowiem taka sama. Zarówno biedny jak i bogaty, za nielicznymi wyjątkami, mają zaniedbaną chatę i jej obejście, cechuje ich nieład w najbliższym sąsiedztwie, brak kwiatów w ogródku i lepszych sprzętów w domu.
Dostrzegamy jednak szereg widocznych dodatnich zmian. Są one, w pierwszym rzędzie owocem pracy miejscowych mieszczuchów, wśród których nauczyciel największą odgrywa rolę.
Spotykamy więc w Kortelisach kilka ładniejszych domków wieśniaczych planowo zbudowanych, nie o jednej tylko izbie, krytych dachówkami, mamy w niektórych chatach podłogi, ludzkie okna, normalne piece, ściany tynkowane, kwiaty w izbie; niektóre gospodynie wprowadzają ogródki przed domem, proste ale porządne sprzęty domowe; kilku gospodarzy może się pochwalić nowoczesnymi narzędziami i sposobem uprawy roli, dobrze utrzymanym koniem; młodzież da nam do obejrzenia książki i swe sukcesy w pracy; znikają wreszcie kurne chaty.
Wszystko to jednak są usiłowania indywidualne, nie mogą zmienić przeto sądu ogólnego o kulturze wsi. Trzeba tylko stwierdzić, że w czasach polskich, a zwłaszcza ostatnio wieś się rusza. W każdym razie już dużo osiągnięto. Wynikiem zaś tych pierwszych innowacji jest zwiększenie się liczby dzieci w szkołach, pęd do nauki i rozczytywanie się młodzieży.
Kortelisy zaś mają wszystkie warunki rozwojowe przed sobą. Wszak posiadają spore bogactwa leśne i mineralne, olbrzymie zaś bagna «halne» po zmeliorowaniu można by przekształcić na wyborne łąki, niejedne na uprawne pola. Trzeba tylko wsi pomóc, a stałaby się wkrótce jakby kwitnącą oazą. Przy tym wrodzona każdemu człowiekowi, nieraz całkiem podświadoma chęć naśladowania, wyzyskana i odpowiednio skierowana, na pewno by dała duże rezultaty. Bo bez inicjatywy, bez dopływu minimalnego choćby kapitału, bez zachęty i ochrony ze strony czynników miarodajnych, wieś nie będzie w stanie odrobić wiekowych zaległości ani w podniesieniu kultury, tak jak bez podobnej pomocy nie wywiązałyby się ze swych zadań wielkie miasta.
Przypisy:
1. Borowski Mikołaj, Stecz Mieczysław, Witte Zdzisław.
2. W tym połowa nieużytków.
3. Jakie zadziwiająco piękne rysy tych typów Polonusów z szumiatym wąsem i zadzierzystą miną. Ile tam wśród nich żywej tradycji polskiej, ile staropolskich dokumentów szlacheckich z czcią przechowywanych!
***
Inne teksty z cyklu «Ziemia Wołyńska» można przeczytać tu.
(Ciąg dalszy nastąpi).
Opracował Anatol Olich