Za kulisy międzywojennego życia teatralnego Łucka pozwala nam zajrzeć artykuł Janusza Babinicza «Ostatnie premiery Teatru Wołyńskiego im. Juliusza Słowackiego», opublikowany w nr. 1 «Ziemi Wołyńskiej» z 1938 r.
Oprócz repertuaru, my, żyjący niemal wiek po opisanych poniżej spektaklach, możemy zapoznać się również ze słownictwem i środkami stylistycznymi stosowanymi przez ówczesnych krytyków sztuki. Wydaje się, że czasy te są nam o wiele bliższe, niż mogłoby się wydawać.
***
Nie jest kwestią przypadku, że z dramatów Juliusza Słowackiego najczęściej pojawia się na scenach teatrów «Mazepa». W żadnym bowiem ze swych dzieł scenicznych nie wzniósł się Słowacki na takie wyżyny tragizmu, jak właśnie w tym arcydziele.
Temat na pozór prosty: miłość syna do młodej żony starego ojca. Ale treść tragedii – to wyimek z życia genialną intuicją artysty wzniesiony na poziomy najwyższego artyzmu i piękna słowa, słowa polskiego, którym Słowacki zawładnął jak nikt przed nim i niewielu po nim. Tragedia rozwija się stopniowo, aby w punkcie kulminacyjnym zatargać sumieniem człowieka, zdruzgotać je ogromem cierpień i poświęceń. Od pierwszych słów wyczuwamy, że coś dziwnego a strasznego rozgrywa się w duszach tych ludzi, że jakaś potężna, wzbierająca z każdym momentem fala tłucze i bije w niewidzialne tamy; czekamy w napięciu na rozpętanie się huraganu!
...I wyzwala się naraz orgia tych uczuć dzięki Mazepie. Wiele można było w tej tragedii uprościć. Ale Słowacki, podobnie jak Szekspir, daleki jest od wygodnego upraszczania zjawisk.
Teatr Wołyński włożył w wystawienie dzieła Słowackiego wszystko, na co było go stać. Reżyseria Al[eksandra] Rodziewicza bez zarzutu. Bohaterski rys postaci Zbigniewa został silnie zaznaczony przez p. Preissa. P. J[adwiga] Domańska początkowo niepotrzebnie zbyt tragiczna miast tragizm ten stopniować stosownie do toku rozwijającej się akcji, dopiero w późniejszych scenach uderzyła we właściwą strunę. Lecz połóżmy to na karb tremy, nieodstępnej towarzyszki artysty. Wojewoda w interpretacji Jubilata Edmunda Szafrańskiego wypadł imponująco. Był takim, jakim go widział w wyobraźni twórczej geniusz Słowackiego, a to winno być chyba największą pochwałą dla artysty.
W roli tytułowej Mazepy wystąpił młody utalentowany E[dward] Czerwiński. Jedna z najtrudniejszych ról, jakie zna scena polska, została szczęśliwie rozwiązana. Mazepa, smętne, szlachetne i swawolne pacholę, rycerz i Don Juan, został odtworzony tak, jak tego wymaga tragizm sytuacji. Pan Dębicz był w miarę królewski. Reszta wykonawców również stanęła na wysokości zadania.

Scena z «Mazepy». Zdjęcie ukazało się w «Ziemi Wołyńskiej» z 1938 r.
Jeśli idzie o «Rozkoszną dziewczynę», jest to, jak się mówić zwykło, typowy schemat dziecięcej bajki przy zupełnym nie liczeniu się z możliwościami wydarzeń. Dobra muzyka Benatzky'ego, hojna koncepcja inscenizatorska i reżyserska, zharmonizowane z nią dekoracje i kostiumy p. Jadwigi Przeradzkiej uczyniły z niej widowisko bardzo dobre, pozwalające wytchnąć swobodnie. Na czoło sztuki wysuwa się tym razem dorodna, samowładna córka «króla czekolady», Halina Dorée, wnosząc dobrą grę aktorską i miły głosik w stylu operetkowym. Rolą Feliksa podzielili się Roman Zawistowski i Stanisław Iwański: pierwszy władający dużą rutyną, drugi znakomitym głosem. Całość barwna i stylowa.

Scena z «Rozkosznej dziewczyny». Zdjęcie ukazało się w «Ziemi Wołyńskiej» z 1938 r.
W zatęchłą atmosferę mieszczańskiego domu, w którym żyje nowoczesna cnotliwa Zuzanna, wprowadza «Kobieta bez skazy» Gabrieli Zapolskiej. Autorka wysuwa szereg postaci usiłujących rozprawiać na temat płci i jej popędów (coś dla Boy'a i Krzywickiej), aż wreszcie domorosły uwodziciel Halski w zamian za cnotę ofiarował swej Egerii godność pani profesorowej. Lecz cóż? Zuzanna zbuntowana moralizatorstwem Halskiego «zapomniała się» ze śmiesznym cherubinkiem i zrobił się zabawny galimatjas, z którego autorka sama nie wiedziała, jak znaleźć wyjście. Interpretacja sceniczna, naszym zdaniem, niepotrzebnie usiłowała pogłębić psychologiczny problem sztuki. Ani rozstrzygnięcie stosunku: miłość – wolność – małżeństwo, ani studium zazdrości nie znajduje dostatecznego pokrycia tekstu i nie leżało w intencjach autorki. Trzeba było wykorzystać raczej momenty komiczne, jakie stwarza szablonowość osobowości, wypływająca z histerycznej pozy, którą czwórka protagonistów zapełnia swą duchową pustkę. Rena, Fila, Halski i Kaswin to właściwie kukiełki, w których nie ma ani prawdziwej miłości, ani prawdziwej zazdrości, lecz tylko gest, służący do kokietowania innych czy samego siebie.
Jednak nawet przy tym psychologizowaniu rzecz posiada w sobie znaczny ładunek komizmu, dzięki doskonałej grze. Zarówno Halina Dorée w roli tytułowej (w pewnych momentach szablonowa), jak Dębicz, Kassowski, J[oanna] Sobotkowska i Kowalczyk znaleźli ciekawe wyjście z nieciekawych ról. Całość w oprawie scenicznej Jadwigi Przeradzkiej i A[leksandra] Jędrzejewskiego udatna i kolorowa.
Ostatnią premierą roku 1937 była komedia Wł[adysława]. Fodora «Pocałunek przed lustrem». Czy sztuce tej można przypisać jakieś wartości artystyczne? Wątpię. Obyczajowość, środowisko, typy w niej występujące są w wielkiej sprzeczności z naszą rzeczywistością. Całość uznać można za chęć stworzenia komedii o podłożu psychologicznym, ale przy bliższym zapoznaniu się z treścią razi pewna płycizna zagadnień psychologicznych, które raz po raz wpadają na mieliznę szablonu. W literackim opracowaniu sztuki dałoby się również zakwestionować zbytnie pomieszanie rodzajów. Jest tam sporo łatwizny monologów wyrażonej w stylu Wallace’a, są sytuacje groteskowe w stylu filmów amerykańskich, nieco satyry – a wszystko zaprawione melancholią i spleenem. Autor robił tę sztukę pospiesznie, dał jednak kilka dobrych powiedzeń rasowego pisarza, dał dobrze postawione w teatralnym sensie tego słowa sytuacje.
Swój dobry dzień miał tylko Edmund Szafrański, który z niewdzięcznej roli umiał wykrzesać życie. Za dużo jednak było w nim ponurości Szeli. Jadwiga Domańska nie wysunęła się poza szablon, jest zbyt jednostronną w ujęciu i pojmowaniu ról, ale to już wina reżyserii. Oprawa sceniczna niezawodnej spółki Jadwiga Przeradzka – [Aleksander] Jędrzejewski skromna, lecz gustowna i miła.
Reasumując pierwszy etap prac Teatru Wołyńskiego należy stwierdzić jego wcale wysoki poziom. Wprawdzie repertuar jest dziwnie mieszany, o skali niezwykłej, bo dosyć pomyśleć «Mazepa» Juliusza Słowackiego obok bezmyślnej komedii muzycznej Benatzky’ego «Rozkoszna dziewczyna». Ma to jednak na celu zapewne urozmaicenie programu i dać publiczności maksimum wszelkich wrażeń. Jednak publiczność już się nauczyła cenić właściwą sztukę i uciekanie się do sztuczek jest zbyteczne.
Zespołowa praca artystyczna stoi na poziomie, bardzo wysokim. Można zaryzykować twierdzenie, iż czasami doskonały zespół ratuje słabą lub mdłą sztukę jak to zauważyć można było na «Kobiecie bez skazy» i «Pocałunku przed lustrem». Aby tylko powodzenie u publiczności nie osłabiło ambicji zespołu.
Opracował Anatol Olich
***
Inne teksty z cyklu «Ziemia Wołyńska» można przeczytać tu.