Rodzinne historie: Na pograniczu polsko-radzieckim
Artykuły

Z Krystyną Makuch spotkaliśmy się w Polskim Centrum Kultury i Edukacji im. prof. Mieczysława Krąpca w Tarnopolu. Moja rozmówczyni pochodzi ze wsi Dorofijówka położonej nad Zbruczem.

Przed I wojną światową rzeka ta była swoistą granicą między Imperium Rosyjskim a Austro-Węgrami, zaś w okresie międzywojennym oddzielała Polskę od Związku Radzieckiego.

Na pograniczu

«Moi dziadkowie pochodzą z Dorofijówki. Po stronie ojca byli to Polacy, zaś po stronie matki Ukraińcy. Dziadek po linii ojca nazywał się Antoni Frankiw, babcia – Anna Baraniecka. Rodzina prowadziła gospodarstwo w Dorofijówce, dziadek przez pewien czas był nawet wójtem. Mieli sześcioro dzieci – Floriana, Stanisława, Juliana, Feliksa, Hankę i Katarzynę» – opowiada Krystyna Makuch.

«Mój ojciec, Florian, urodził się w 1907 r. Siedem lat później jego rodzinę spotkało nieszczęście. Zmarł jego ojciec, dziadek Antona, a matka musiała sama zaopiekować się szóstką dzieci. Babci było bardzo ciężko, dlatego mojego ojca wysłano do internatu we Lwowie. Po ukończeniu szkoły pozostał w tym mieście» – kontynuuje pani Krystyna.

Po internacie Florian Frankiw uczył się w szkole rzemieślniczej we Lwowie. «Został pierwszorzędnym krawcem, szył garnitury i płaszcze wysokiej jakości. Przyjeżdżali do niego ludzie z okolicznych wsi, żeby zamówić ubrania. Ponadto ojciec był fachowcem od ślusarstwa, a pasjonowała go muzyka. Miał talent do wielu instrumentów, najlepiej zaś grał na skrzypcach i akordeonie. Ojciec posiadał skrzypce wyprodukowane przez włoskich mistrzów. Niestety, po jego śmierci złodzieje ukradli tę cenną i pamiątkową rzecz» – wspomina pani Krystyna.

«W połowie lat 30. ojciec ostatecznie wrócił do naszej wsi. Czasami przyjeżdżał do Dorofijówki. Tak pewnego razu poznał moją matkę, Annę Krywę, która urodziła się w 1914 r. Jej rodzice, Łuka i Maria, byli Ukraińcami. Mama miała jeszcze trzech braci: Tymofija, Mychajła i najmłodszego Wołodymyra, który zginął podczas II wojny światowej. Dziadek Łuka zmarł wcześnie, a babcia mieszkała z nami, prowadziła gospodarstwo i pracowała w kołchozie» – mówi Krystyna Makuch.

RH Makuch 1

Florian Makuch (w środku) ze strażnikami posterunku granicznego w Dorofijówce, lata 30. XX w.

Dodaje, że jej rodzice wzięli ślub i zostali w Dorofijówce: «Urodziłam się w 1937 r., moja siostra Dana – w 1939 r., a nasz młodszy brat Zdzisław – w 1946 r. Uważaliśmy się za Polaków, ale zawsze żyliśmy w zgodzie z ukraińską rodziną mojej mamy, odwiedzaliśmy się nawzajem. Po powrocie ze Lwowa ojciec mówił najpierw tylko po polsku, później po polsku i ukraińsku, mama zaś tylko po ukraińsku. Moi rodzice mieli pole, uprawiali ziemię i zaczęli budować dla siebie nowy dom. Ojciec szył ubrania na zamówienie, a ludzie w ramach podziękowania pomagali w gospodarstwie – ktoś orał nam ziemię, a ktoś zasiewał pola».

Dorofijówka od dłuższego czasu znajdowała się na pograniczu, dlatego zapytałem swoją rozmówczynię o wojskowych. «W pobliżu wsi był posterunek straży granicznej, mieszkaliśmy akurat naprzeciwko. Z naszą rodziną przyjaźnił się oficer Proskurnicki, często był u nas w domu. Jego synowie Jerzy i Zdzisław bawili się ze mną, a jego żona była moją matką chrzestną» – mówi pani Krystyna.

RH Makuch 2

Krystyna Makuch (w środku) z dziećmi oficera Proskurnickiego, ok. 1939 r.

Strażnica w Dorofijówce była częścią Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP), który strzegł granicy polsko-radzieckiej. Służący tam żołnierze patrolowali około 10 km granicy. Moja rozmówczyni pokazuje zdjęcie, na którym jej ojciec gra na skrzypcach obok strażników KOP «Dorofijówka».

«Oficerowie KOP często przychodzili do nas. Ojciec grał z nimi na skrzypcach. W 1939 r. żołnierze radzieccy zniszczyli strażnicę w Dorofijówce, a Proskurnicki z rodziną został wywieziony. Po tych wydarzeniach nasze kontakty z nimi się urwały. Ich dalszy los nie jest nam znany» – dodaje pani Krystyna (podporucznik Mieczysław Józef Proskurnicki z batalionu KOP «Skałat» został rozstrzelany w Katyniu w kwietniu 1940 r. Jego żonę Julię z dziećmi wywieziono na Syberię. Po wojnie wraz z jednym z synów osiedliła się w Kanadzie, drugi zmarł podczas tułaczki, – aut.).

Dorofijówka podczas II wojny światowej

«Po wybuchu II wojny światowej mój ojciec i jego brat Stanisław zostali zmobilizowani do Wojska Polskiego. Bronili Warszawy przed Niemcami, a wuj Stanisław nawet trafił do niemieckiej niewoli. Ojciec doznał urazu i został odesłany do domu. Już po wojnie wujek opowiadał o trudach i torturach, jakie spotkały go w niewoli. Spędził sześć lat w Niemczech pracując dla lokalnych rolników» – mówi Krystyna Makuch.

«Jak w pani wsi odbierano zmianę władzy w latach 1939–1941?» – pytam. «Mówiono mi, że kiedy przyszli Sowieci, nie było jakiejś wrogości. Ale kiedy do naszej wsi na motocyklach przybywali Niemcy, nasi ludzie witali ich kwiatami. Miałam wtedy cztery lata. Pamiętam, jak zakłopotane były wiejskie dziewczęta, zrywały kwiaty i dawały je Niemcom. Chyba była taka polityka i zapewniano nas, że przyszli «wyzwoliciele» – opowiada pani Krystyna.

«Trzy budynki od nas stacjonowali Niemcy, mój ojciec często z nimi rozmawiał, bo znał niemiecki od czasów kampanii wrześniowej 1939 r. – kontynuuje pani Krystyna. – Patrolowali też granicę. Ojciec czasami zapraszał ich do nas, aby się odgrzali, ja próbowałam podłapać ich rozmowę, bo też chciałam nauczyć się języka. Kiedy poszłam do pierwszej klasy, znałam już kilka słów po niemiecku».

Moja rozmówczyni przypomina też tragiczną historię o mieszkańcach wsi, którzy pojechali nad Zbrucz, aby przywieźć trzcinę. Wykorzystywali ją do ogrzewania domów, ponieważ w pobliżu Dorofijówki nie było żadnego lasu. «Każdy miał tam własną działkę i ścinał sobie trzcinę na zimę. Niemcy po stronie Wołoczysk (miasto Wołoczyska znajduje się w obecnym obwodzie chmielnickim po drugiej stronie Zbrucza, – aut.) zobaczyli tak duży tłum i pomyśleli, że to partyzanci (w lipcu 1943 r. przez te tereny przechodzili radzieccy partyzanci pod dowództwem Sidora Kowpaka – aut.). Zaczęli więc strzelać z karabinów maszynowych. Jedna osoba zginęła, kilka zostało rannych» – opowiada Krystyna Makuch.

Według pani Krystyny w Dorofijówce mieszkało kilka rodzin żydowskich: «Jeden z Żydów przed wojną prowadził karczmę. Po wojnie nie został nikt. Mama opowiadała, jak Niemcy rozstrzeliwali Żydów. Często chodziła do oddalonych o 7 km od Dorofijówki Podwołoczysk. Tam Niemcy zorganizowali na górze getto i spędzali do niego Żydów z okolicznych wsi. Wielu rozstrzelali i wrzucili zwłoki do wykopanych dołów. Mama akurat była w pobliżu i mówiła, że z tych dołów płynęła krew» (chodzi o czerwiec 1943 r., kiedy w Podwołoczyskach miała miejsce masowa egzekucja Żydów – aut.).

«Czy komuś udało się uratować?» – pytam. «Tak. W naszej wsi była kobieta, która nazywała się Załypa. Pracowała jako służąca w Podwołoczyskach, w domu aptekarza Weinberga. Rodzina została rozstrzelana przez Niemców, a jej udało się ukryć ich syna Jurija. Później chodziliśmy z tym uratowanym chłopcem do szkoły. Był bardzo bystry i kończył dwie klasy w rok. Później przeniósł się do Lwowa, studiował prawo. Po wojnie Jurij Weinberg pomagał swojej zbawczyni, a kiedy zmarła, postawił jej pomnik na cmentarzu» – wspomina Krystyna Makuch.

Zostaliśmy na Ukrainie

«Jeszcze pod koniec wojny, po powrocie władzy radzieckiej, mój ojciec poszedł do pracy w cukrowni w Wołoczyskach. Był i ślusarzem, i elektrykiem, a także rozbudowywał ten zakład. Mówiono, że miał «złote ręce». Później u ojca wykryto nowotwór mózgu i stracił mowę. Tata zmarł w 1970 r. Mama po wojnie pracowała w kołchozie, opiekowała się cielętami» – mówi pani Krystyna.

«Czy Pani rodzina nie miała możliwości wyjazdu do Polski po II wojnie światowej?» – pytam. «Ojciec zaczął zbierać papiery, ale mama odmówiła opuszczenia Dorofijówki. Zostaliśmy więc na Ukrainie. Z kolei cała rodzina mojego ojca wyjechała do Polski. Na przykład mój wujek Stanisław po zwolnieniu z niewoli niemieckiej wyjechał do Polski, najpierw bez rodziny. W 1956 r. dołączyły do niego żona i dzieci. Od czasu do czasu przyjeżdżali do mnie, do Dorofijówki» – kontynuuje Krystyna Makuch.

RH Makuch 3

Od lewej do prawej: Krystyna Makuch, babcia Anna Baraniecka, Danuta Makuch, koniec lat 40. XX w.

«W Dorofijówce zachował się kościół (mowa o kościele pw. św. Stanisława Kostki – jedynym zachowanym drewnianym kościele katolickim w obwodzie tarnopolskim – aut.). To tutaj około 1949 r. przyjęłam pierwszą komunię świętą. Pamiętam, że najpierw chodziłam wraz z innymi dziećmi codziennie rano na katechezę do kościoła w Podwołoczyskach, gdzie uczył nas ksiądz Bronisław Mirecki. W tym czasie nie umiałam pisać po polsku i przepisywałam sobie modlitwy ukraińskimi literami. Po ślubie z ojcem moja mama przyniosła swoją metrykę chrztu do kościoła, ale kiedy umierała, poprosiła, aby pochował ją ksiądz ukraiński» – zaznacza Krystyna Makuch.

Po ukończeniu siedmiu klas w szkole w Dorofijówce moja rozmówczyni wstąpiła do Krzemienieckiej Szkoły Medycznej. «Kiedy otrzymywałam paszport, zaproponowano mi wpisanie narodowości ukraińskiej, ale odmówiłam i poprosiłam o zapisanie mnie jako Polki. Po studiach w Krzemieńcu pojechałam do Podwołoczysk, gdzie pracowałam w szpitalu rejonowym. Tu poznałam mojego przyszłego męża Bronisława Makucha, który również pochodził z mieszanej polsko-ukraińskiej rodziny. Jego matka Michalina Kozłowska była Polką, a ojciec Martyn – Ukraińcem. Mimo to wszystkie dzieci w ich rodzinie miały polskie imiona. Ja też początkowo myślałam, że wychodzę za Polaka, ale później mąż otwarcie przyznał, że uważa się za Ukraińca (uśmiecha się – aut.). Mąż pracował na stacji kolejowej w Podwołoczyskach. Kiedy w 1957 r. pobraliśmy się, jego rodzice kupili nam dom, a rok później urodziła się nam córka Ludmiła» – mówi Krystyna Makuch.

«Na początku lat 60. mój mąż został skierowany do pracy do Tarnopola, więc przeprowadziliśmy się tutaj. Zaczęłam pracować jako pielęgniarka w szpitalu kolejowym na oddziale dziecięcym. W 1965 r. urodził się nasz syn Andrij. W Tarnopolu opiekowaliśmy się pewną samotną panią, która obiecała nam zostawić mieszkanie po jej śmierci. Była sparaliżowana, więc pomagaliśmy jej. Po jej śmierci jednak przyszli do nas urzędnicy z rady miejskiej i wyrzucili nas z mieszkania» – wspomina pani Krystyna.

RH Makuch 4

Krystyna Makuch (w środku) podczas pracy w Tarnopolskim Szpitalu Kolejowym, lata 60. XX w.

«Moja córka pracowała jako kasjerka na dworcu kolejowym w Tarnopolu, a w 2001 r. po udziale we mszy świętej odprawionej przez papieża Jana Pawła II podczas jego wizyty we Lwowie, wyjechała do pracy do Hiszpanii, gdzie mieszka do dziś. Jeden z jej synów mieszka w Stanach Zjednoczonych, drugi – w Tarnopolu. Syn Andrij uczył się, by zostać maszynistą. Jedna z jego córek mieszka w Kijowie, a druga, której zaszczepiłam miłość do kościoła, później nauczyła się języka polskiego i wyjechała na studia do Polski» – mówi Krystyna Makuch.

Sama pani Krystyna nauczyła się języka polskiego już jako osoba dorosła. «Kiedy byłam mała, ojciec próbował mnie uczyć polskiego, ale się opierałam» – wspomina.

«Już w dojrzałym wieku zaczęłam chodzić na lekcje języka polskiego dla osób dorosłych w szkole przy Polskim Towarzystwie Kulturalno-Oświatowym Obwodu Tarnopolskiego (obecnie Polskie Centrum Kultury i Edukacji im. prof. Mieczysława Krąpca w Tarnopolu – red.). Uczyłam się razem z obecnym prezesem naszego towarzystwa Piotrem Fryzem, którego poznałam w czasie mojej pracy w punkcie medycznym, gdzie pracowałam jako felczerka przez ostatnie 10 lat przed emeryturą» – podsumowuje Krystyna Makuch.

RH Makuch 5

Krystyna Makuch, sierpień 2021 r.

***

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Serhij HŁADYSZUK

CZYTAJ TAKŻE:

RODZINNE HISTORIE: ABY NASZA WIARA PRZETRWAŁA

RODZINNE HISTORIE: TARNOPOL STANISŁAWY DĄBROWSKIEJ

RODZINNE HISTORIE: SPOD WŁODAWY DO ALEKSIEJÓWKI

RODZINNE HISTORIE: SYBERYJSKI HART ALINY ROGOZIŃSKIEJ

RODZINNE HISTORIE

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Każda niedziela była wyjątkowa
Artykuły
Mirosława Butyńska z Krzemieńca jest członkinią miejscowego Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej imienia Juliusza Słowackiego i jedną ze współzałożycielek Stowarzyszenia Kultury Polskiej imienia Ewy Felińskiej na Wołyniu. Od początku lat 90. prowadziła wycieczki dla polskich turystów, najpierw w Łucku i okolicach, a później także w Krzemieńcu.
20 maja 2022
Rodzinne historie: Chcieliśmy być bliżej domu rodzinnego
Artykuły
Po obu stronach Bugu żyją tysiące rodzin, których korzenie pod dyktando Moskwy zostały wyrwane z rodzinnych wsi i miast przez komunistyczne reżimy Ukraińskiej SRR i Polski, po podpisaniu 9 września 1944 r. umowy przewidującej przymusowe przesiedlenie setek tysięcy Polaków z zachodu Ukrainy do Polski, zaś Ukraińców z terenów polskich do wschodnich obwodów USRR. Ten los dotknął również moich rozmówców Mykołę i Wirę Łysaków.
09 maja 2022
Rodzinne historie: «Ludzie nie cieszyli się na widok czerwonoarmistów»
Artykuły
«Ci żołdacy byli obdarci. Pewnego dnia mój ojciec poszedł do kościoła. Miał na sobie czarny garnitur i buty chromowane. Radzieccy żołnierze wołali za nim, że idzie zamożny burżuj. W rzeczywistości nasi ludzie zawsze się tak ubierali do cerkwi czy kościoła. Czerwonoarmiści z kolei byli prawie nadzy i bosi» – wspomina 89-letnia Lidia Krzyżanowska ze Zdołbunowa.
15 kwietnia 2022
Rodzinne historie: Buklarewiczowie, Krawczyńscy i Rosińscy
Artykuły
Przodkowie Wacława Buklarewicza, współzałożyciela i pierwszego prezesa Towarzystwa Kultury Polskiej im. Władysława Reymonta w Równem, pochodzą z Litwy, Ukrainy i Polski. Jego praprapradziadek Siergiej Krawczyński z rewolucyjnej organizacji «Narodnaja Wola» zasłynął z tego, że dokonał zamachu na Nikołaja Miezencowa, szefa najwyższego organu tajnej policji Imperium Rosyjskiego, a dziadek wraz ze swoimi braćmi walczył z bolszewikami w wojnie 1920 r.
24 marca 2022
Rodzinne historie: Duża rodzina Żytnikowskich
Artykuły
W Zdołbunowie odwiedzam Polinę Całko, ur. w 1927 r. – jedną z najstarszych mieszkanek miasta. Właściwie jest Apolonią, bo tak została ochrzczona. Dopiero władze radzieckie stwierdziły, że nie istnieje takie imię i zapisały ją jako Polinę. Dziś opowiada o trudnej egzystencji swojej wielodzietnej rodziny w pierwszej połowie XX w., tragicznej śmierci ojca i powojennym życiu na Białorusi i Rówieńszczyźnie.
16 marca 2022
Rodzinne historie: Chodziliśmy do kościoła, ale rozmawialiśmy po ukraińsku
Artykuły
Weronij Korczyński urodził się w 1936 r. na Chmielnicczyźnie. Obecnie mieszka w Tarnopolu. Dzieląc się z nami swoimi wspomnieniami mówi, że Polakami w jego stronach rodzinnych nazywano tych, którzy chodzili do kościoła, a wszystkich członków jego polskiej rodziny po II wojnie światowej zarejestrowano jako Ukraińców.
10 lutego 2022
Rodzinne historie: «W domu rozmawialiśmy po polsku i białorusku»
Wydarzenia
W Kowlu, niedaleko dworca kolejowego, odnajduję mieszkanie pochodzącej z Białorusi Watii Krawczyk, c. Wincentego. Pani Watia opowiada o życiu swojej rodziny i przeprowadzce na Wołyń po II wojnie światowej.
26 stycznia 2022
Rodzinne historie: «Nie kolędowaliśmy w grudniu»
Artykuły
Eugenia Woźna z Polskiego Centrum Kultury i Edukacji im. prof. Mieczysława Krąpca w Tarnopolu opowiada o międzywojennym życiu swojej rodziny na Tarnopolszczyźnie, o Holocauście i latach powojennych.
23 grudnia 2021
Rodzinne historie: Długa droga do Zdołbunowa
Artykuły
Mieszkająca w Zdołbunowie Jełyzaweta Wojtanowska urodziła się na Chełmszczyźnie w przededniu II wojny światowej. Była świadkiem tragedii wsi Wierzchowiny.
16 grudnia 2021