W Zdołbunowie odwiedzam Polinę Całko, ur. w 1927 r. – jedną z najstarszych mieszkanek miasta. Właściwie jest Apolonią, bo tak została ochrzczona. Dopiero władze radzieckie stwierdziły, że nie istnieje takie imię i zapisały ją jako Polinę. Dziś opowiada o trudnej egzystencji swojej wielodzietnej rodziny w pierwszej połowie XX w., tragicznej śmierci ojca i powojennym życiu na Białorusi i Rówieńszczyźnie.
W niewoli węgierskiej
«Moi rodzice pochodzą z polskich rodzin katolickich. Ojciec – Kazimierz Żytnikowski, s. Jana, i matka – Teofilia Kraczyńska, c. Jana, urodzili się w 1889 r. we wsi Choteń (dziś Choteń Pierwszy i Choteń Drugi w rejonie szepetowskim obwodu chmielnickiego – aut.). Pobrali się jeszcze w czasach Imperium Rosyjskiego, a ślub kościelny wzięli w kościele w Ostrogu. Przed I wojną światową urodziły się moje starsze siostry Lonia, Bronia i Janina. Rodzice pielęgnowali tradycje i wspólnie z innymi miejscowymi Polakami obchodzili najważniejsze święta.
Wraz z rozpoczęciem I wojny światowej ojciec został wcielony do armii Imperium Rosyjskiego. Poszedł na front, a później trafił do niewoli węgierskiej. Tam nauczył się języka węgierskiego, choć jest bardzo trudny. Po wojnie wrócił na Rówieńszczyznę do Chorowa (dziś wieś w rejonie rówieńskim obwodu rówieńskiego – aut.), gdzie mieszkała siostra mojej mamy. Wówczas Choteń był już okupowany przez «ruskich» (chodzi o bolszewicką Armię Czerwoną – aut.) i ojciec zaczął podejmować starania, aby zabrać stamtąd mamę z dziećmi. Pewnej nocy udało mu się przewieźć naszą rodzinę do Chorowa, który był pod polską kontrolą» – opowiada pani Apolonia.
W czasie I wojny światowej w Chorowie znajdowały się jednostki wojskowe Frontu Południowo-Zachodniego Armii Rosyjskiej, a w latach 1918–1920 wieś na przemian znajdowała się pod bolszewicką, ukraińską i polską kontrolą. Ostatecznie w 1921 r. Chorów został centrum gminy w powiecie ostrogskim województwa wołyńskiego. Z kolei Choteń znalazł się na terenie okręgu szepetowskiego na Ukrainie Radzieckiej.
«Nigdy ich nie widziałam»
«Po osiedleniu się naszej rodziny w Chorowie, urodziły się moje siostry Maria i Salomena. Ja się urodziłam w 1927 r. i zostałam ochrzczona w kościele w Ostrogu. Następnie w rodzinie pojawili się Anton, Anna i Stanisław. Żyliśmy biednie. Ojciec wynajmował od ludzi ziemię, na której wszyscy pracowaliśmy, starając się zarobić na życie. Później tata zebrał jakieś pieniądze i kupił nam ziemię w Stefanówce (dziś wieś w rejonie rówieńskim obwodu rówieńskiego – aut.). W 1936 r. ojciec na szybko zbudował w tej wsi tymczasowy domek, który nazywaliśmy «skorostyłką». Później przywiózł materiały budowlane i zaczęliśmy stawiać nowy dom. W tym czasie cztery moje starsze siostry wyszły już za mąż i mieszkały osobno» – kontynuuje Apolonia Całko.
Moja rozmówczyni wspomina też swoich krewnych, którzy pozostali po drugiej stronie granicy polsko-radzieckiej we wsi Choteń: «Tam mieszkali moi dziadkowie. Nigdy ich nie widziałam, bo ojciec zabrał naszą rodzinę na polską stronę, do Chorowa, jeszcze zanim się urodziłam. Wiem tylko, że w okresie międzywojennym zostali jako Polacy wywiezieni na Syberię, ale później mówiono nam, że wrócili».
Pani Apolonia opowiada o latach szkolnych: «Jeszcze za czasów Polski w Chorowie ukończyłam cztery klasy, do piątej chodziłam już do Tajkur (dziś wieś w rejonie rówieńskim – aut.). Dobrze pamiętam czas, kiedy zmarł Józef Piłsudski w 1935 r., ponieważ wtedy była żałoba i uczyliśmy się wierszy żałobnych (recytuje po polsku wiersz ku pamięci Józefa Piłsudskiego – aut.). Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam».
«W Chorowie i Stefanówce mieszkali zarówno Ukraińcy, jak i Polacy. Nie było kościoła, dlatego chodziliśmy na nabożeństwa do Ostroga. Ludzie dobrze nas traktowali. Nikt nas nie wypędzał. Każdy gospodarz miał swoje pole i w ten sposób żyliśmy, aż się zaczęła «banderowska rewolucja». Polacy z Chorowa pouciekali do Ostroga, w Stefanówce z polskich rodzin została tylko nasza» – kontynuuje Apolonia Całko.
«W czasie II wojny światowej mieszkaliśmy w Stefanówce. Mój ojciec nie poszedł do wojska, bo miał już swoje lata na karku, posiadał też wnuki. Moi młodsi bracia też nie byli w odpowiednim wieku. Pamiętam, jak przez naszą wieś przejeżdżali na motocyklach Niemcy i zatrzymywali się koło naszego domu na mleko. Cały czas mówili matce, że wojna się zaczęła.

Teofilia Żytnikowska – matka Apolonii Całko (po lewej)
W kwietniu 1942 r. właśnie sadziliśmy ziemniaki, kiedy zaczęła się strzelanina. W kierunku naszego domu zaczął biec jeden banderowiec, który uciekał przed Niemcami. Udało mu się i, jak mi się wydaje, pobiegł w kierunku wsi Tajkury. Z kolei Niemcy przyszli do naszego domu i zaczęli bić ojca, uważając, że to on jest tym banderowcem, który się przed nimi ukrył. Wśród nich byli żołnierze niemieccy i węgierscy. Ojciec znał język węgierski i zaczął krzyczeć, że nie jest winny, dlatego został zwolniony. Jednak tydzień później zmarł z powodu doznanych urazów.
Do naszych sąsiadów też pewnego razu przyszli Niemcy. Wrzucili granat do piwnicy, przez co zginęła cała rodzina. Możliwe, że byli podejrzani o współpracę z partyzantami» – sugeruje pani Apolonia.
Gospodarstwo rozkradli inni ludzie
«Po śmierci ojca zostało nas z matką pięcioro. W Stefanówce opuściliśmy gospodarstwo, które potem przywłaszczyli sobie inni ludzie, i na piechotę ruszyliśmy do Zdołbunowa. Tam było bezpieczniej, bo po wsiach działały różne bandy. Wiem, że w Tajkurach zostało zabitych 12 polskich rodzin. Miałam wtedy 14 lat. Inni Polacy mieszkający w okolicznych wsiach próbowali wyjechać do Polski. W szczególności w latach 1944–1945 przeniosła się tam większość Polaków z Chorowa. Wśród nich byli nasi krewni. Dziś dzieci moich sióstr mieszkają w Polsce. Wcześniej wiele razy ich odwiedzałam, teraz już nie mam zdrowia» – mówi moja rozmówczyni.
Opowiada, jak potoczyło się ich życie w Zdołbunowie: «Nie mieliśmy żadnych dokumentów, bo wszystko zostawiliśmy w Stefanówce. I w ogóle nie mieliśmy pieniędzy. Mama uznała, że lepiej będzie zostać w Zdołbunowie. Gdy tylko przybyliśmy do miasta, dostaliśmy stróżówkę. Zaczęliśmy ten pokój urządzać. Mama zarabiała na życie krawiectwem. W Stefanówce miała maszynę do szycia, a w Zdołbunowie musiała wszystko robić ręcznie, pracowała dzień i noc. Bardzo trudno było wyżywić liczną rodzinę bez ojca, a podatki były wysokie, musieliśmy przekazywać państwu mięso, jajka i inne produkty.
Gdy tylko z siostrą podrosłyśmy, poszłyśmy do pracy. Siostra dostała się do pracy na dworcu, a ja – w stołówce w Zdołbunowie. Pracowałam tam przez dwa lata, chociaż staż przypisywano mamie, bo miałam wtedy jedynie 16 lat. Później trochę się uczyłam i zaczęłam pracować jako sprzedawczyni, chociaż pensja była bardzo mała. Ratowało nas gospodarstwo» – wspomina Apolonia Całko.
«Starałam się od niego uciec, jednak jakoś zostałam złapana»
«W 1946 r. wyszłam za mąż za Witalija Całkę, s. Włodzimierza. Gdybym była bogata, poślubiłabym bogatego, ale byłam biedna, więc wyszłam za biednego (uśmiecha się – aut.). Mój mąż był jednak dobry. Również był pochodzenia polskiego, urodził się we wsi Rudnia (dziś rejon mozyrski obwodu homelskiego na Białorusi – aut.). Wówczas odbywał służbę wojskową w naszym regionie. Od czasu do czasu przychodził do nas, rozmawiał na mój temat z moją mamą. Zawsze starałam się od niego uciec, jednak jakoś zostałam złapana (uśmiecha się – aut.).

Apolonia Całko z mężem Witalijem (oboje po lewej stronie) na Białorusi, koniec lat 40. XX w.
Po ślubie pojechaliśmy do jego rodzinnej wsi na Białorusi, gdzie mieszkaliśmy przez 10 lat. Ludzie żyli tam biedniej, niż u nas. Byłam smutna i zawsze go namawiałam, by wrócić do Zdołbunowa. Na Białorusi pracowałam w handlu, a moja pensja była groszowa. Mąż z kolei pracował na kombajnie zbożowym i innych maszynach rolniczych. Mieliśmy też własne gospodarstwo i jakoś sobie radziliśmy. Mąż był dobrym człowiekiem i nigdy nie mieliśmy konfliktów ani kłótni, jak w innych rodzinach. W końcu się zgodził i wróciliśmy do Zdołbunowa już z dwójką dzieci – Aleksandrem i nieżyjącą już Świtłaną» – mówi pani Apolonia.

Apolonia Całko z córką Switłaną, Białoruś, koniec lat 40. XX w.
«Po powrocie do Zdołbunowa dzieci się uczyły, a ja poszłam do pracy w zakładzie tworzyw sztucznych. Uczęszczałam też przez jakiś czas do szkoły wieczorowej, nigdy jednak nie otrzymałam gruntownego wykształcenia. Ale na to, by ugotować zupę, rozumu mi wystarcza (uśmiecha się – aut.). Kiedy w mieście otwarto kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła, zaczęłam tam chodzić, byłam chórzystką. Dziś zostałam ze swojej rodziny sama» – podsumowuje pani Apolonia.
Obecnie pani Apolonia jest jedną z najstarszych członkiń Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej, mimo poważnego wieku interesuje się wszystkimi istotnymi wydarzeniami kulturalnymi związanymi z życiem polskiej społeczności miasta, a członkowie towarzystwa zawsze o niej pamiętają, odwiedzając i pomagając, jak tylko mogą.

Apolonia Całko
***
Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Serhij Hładyszuk
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Apolonii Całko