«Jestem kiwerczanką. Kocham Kiwerce z całego serca i nie zamienię tego miejsca na żadne inne miasto. Otrzymywałam atrakcyjne oferty pracy z innych miast, ale od 46 lat pracuję właśnie tutaj. Uczę dzieci. To jest moje powołanie» – rozpoczyna opowieść Iwanna Matiuszyk, prezes Oddziału Stowarzyszenia Kultury Polskiej na Wołyniu im. Ewy Felińskiej w Kiwercach.
Iwanna Matiuszyk zdobyła wykształcenie wyższe na Uniwersytecie imienia Łesi Ukrainki w Łucku na trzech kierunkach: filologia rosyjska, filologia angielska, język polski i literatura. Obecnie uczy języka angielskiego i polskiego w Liceum nr 4 w Kiwercach. Mężatka. Ma dwie córki i dwoje wnuków.
Przewieźli dom z Czołnicy
Babcia naszej rozmówczyni Katarzyna Piłat (1911–1965) pochodzi ze wsi Wiszniów w powiecie hrubieszowskim w województwie lubelskim, natomiast dziadek Stepan Szkarłatiuk, s. Tymofija (1906–1990) – z Czołnicy w rejonie łuckim w obwodzie wołyńskim. Oboje wychowali się w wielodzietnych rodzinach. W rodzinie Piłatów było pięcioro dzieci: oprócz Katarzyny jeszcze Jan, Wiktoria, Anna i Franсiszka. Z kolei u Szkarłatiuków dorastało sześcioro: Stepan, Juchym, Hryhorij, Artem, Wira i Maria.
«Wiem, że babcia pochodziła ze zubożałej szlachty. Nasz pradziadek z rodziną przyjechał na Wołyń, żeby kupić tu ziemię, ale został oszukany przez sprzedawcę. Z tego powodu pradziadek zmarł młodo, zostawiając na Wołyniu żonę z małymi dzieci. Został pochowany na starym polskim cmentarzu w Rożyszczach. Wiem też, że brat mojej babci Jan pracował na kolei» – opowiada pani Iwanna.
Pierwszy mąż Katarzyny Piłat, Gracjan Chodorowski, który pracował jako inżynier leśniczy, zaginął. Kobieta została sama z małym synem Ryszardem. W drugim małżeństwie z dziadkiem Iwanny Matiuszyk Stepanem Szkarłatiukiem urodziła dwójkę dzieci: ojca naszej rozmówczyni Jana (w dokumentach sowieckich zapisany jako Iwan, 1936–1998) i Leokadię (ur. 1944). Syn Katarzyny z pierwszego małżeństwa Ryszard Chodorowski później wyjechał do Polski z rodziną mamy.

Katarzyna Szkarłatiuk z domu Piłat z pierwszym mężem Gracjanem Chodorowskim. Data ślubu: 15 lutego 1931 r.
Gdy przyszli tu sowieci po raz drugi, Katarzyna i Stepan Szkarłatiukowie fikcyjnie się rozwiedli. Dziadek był zamożnym gospodarzem, więc w taki sposób chcieli uniknąć wywózki ich jako kułaków. Po rozwodzie Stepan Szkarłatiuk z córką zamieszkał w Czołnicy, podczas gdy Katarzyna z dwoma synami przeprowadziła się do ich domu w Kiwercach – wcześniej rodzina przewiozła tam jeden ze swoich domów, rozbierając na belki.

Rodzina Stepana i Katarzyny Szkarłatiuków

Katarzyna Szkarłatiuk z domu Piłat z synem Iwanem
«Po raz drugi dziadkowie wzięli ślub w 1952 r. Oficjalnie pobrali się, kiedy mój tata miał dostać paszport. Mam nawet kopię ich aktu małżeństwa. To prawdziwy cud, że ten dokument u mnie się zachował, bo rok po tym, jak go dostałam, nasze archiwum w Kiwercach spłonęło» – zaznacza Iwanna Matiuszyk.
Najbardziej stylowi w Kiwercach
«Dziadek nie był sympatykiem władz radzieckich. Jak przyszli tu drudzy sowieci, nie chciał służyć w Armii Czerwonej, więc wstąpił do Armii Krajowej, gdzie był kucharzem. Dziś mogę już o tym mówić. Ale w czasach Ukraińskiej SRR rodzina o tym nie wspominała. Wiem, że dziadek był zamożnym gospodarzem: miał domy, hodował konie, krowy, świnie. Wykupił gospodarki swoich braci Hryhorija i Artema, którzy wyjechali do Argentyny. Sowieci zabrali mu całą gospodarkę w Czołnicy, więc rodzina po wojnie mieszkała w Kiwercach» – mówi pani Iwanna.
Jak dodaje, dziadek Stepan pracował w straży pożarnej. Zawsze był powściągliwy i oszczędny. Nie przypomina sobie, by choć raz podniósł głos, a tym bardziej żeby krzyczał. Mimo, iż ze względu na posiadaną przez niego siłę przyjaciele mówili na niego Cwiach (pol. Gwoźdź).

Stepan Szkarłatiuk. 1972 r.
«Babcia Katarzyna była bardzo piękna. Miała gruby warkocz, który układała wokół głowy. Pracowała jako kucharka w jednej ze szkół, dlatego tak wiele osób w Kiwercach ją pamięta. Wspominają, że potrafiła najlepiej w mieście się ubrać. Sama szyła ubrania, jako pierwsza dostała jedwabne pończochy z podłużnym szwem z tyłu i wszyscy się za nią w Kiwercach oglądali. Zawsze malowała buraczkiem policzki, a brwi – spalonymi zapałkami. Mój ojciec Iwan również trzymał fason. Na przykład, jako pierwszy miał skórzany płaszcz na futrze. Opowiadano mi, że podobał się połowie dziewczyn z Kiwerc» – zauważa nasza rozmówczyni.
W jej rodzinie jest także dwóch księży katolickich. Chodzi o ks. kan. Marka Chodorowskiego z lubelskiej archidiecezji, syna Ryszarda, oraz ks. Aleksandra Gamalijczuka, syna Leokadii – proboszcza parafii w Torczynie, Zaturcach i Horochowie.
Niemiecki obóz koncentracyjny
Krewni naszej rozmówczyni ze strony matki – Dmytro (1906–1965) i Serafima (1913–1991) Wawiłow pochodzą z Idricy w rejonie siebieskim w obwodzie pskowskim (Rosja). Wkrótce po okupacji obwodu pskowskiego przez Niemców małżonkowie wraz z małą córką Walentyną (matka Iwanny Matiuszyk, ur. w 1934 r.) zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego. Najprawdopodobniej do tego, który działał na terenie ich wsi do wyzwolenia przez Armię Czerwoną.
«Najczarniejsze strony historii mojej rodziny to, jak opowiadała mama, pobyt w niemieckim obozie koncentracyjnym. Dziadek Dmytro uczestniczył w wojnie radziecko-fińskiej, tam odmroził stopy i stracił palce u nóg. Został zwolniony z wojska i po rozpoczęciu wojny niemiecko-radzieckiej już nie został zmobilizowany. Dlatego razem z żoną i córką trafił do obozu koncentracyjnego.
Według mamy w obozie przebywało około 800 osób. W barakach stały dwu- i trzypiętrowe łóżka z desek. Chorujących zabierano rzekomo na leczenie, ale w rzeczywistości po prostu zabijano. Ludzie zawsze byli tam wygłodzeni. Gotowali bałandę – zupę z łobody i pokrzywy, piekli chleb z opiłek… Babcia urodziła w obozie syna Anatolija, który zmarł jako niemowlę: nie miała mleka, żeby go wykarmić. Krewni przetrwali tylko dlatego, że dziadek pracował jako stolarz i dostawał od Niemców jakąś minimalną rację żywnościową» – opowiada Iwanna.
Ogólnie rodzina jej matki przebywała w obozie około dwóch lat. W 1945 r., kiedy już byli na wolności, w rodzinie przyszła na świat druga córka, Wira.
Spotkanie w łuckim «uniwermagu»
Rodzice Iwanny poznali się w Łucku. «Kiedyś mój ojciec Iwan pojechał do Łucka i spacerując ulicami miasta, wstąpił do centralnego «uniwermagu» – domu towarowego. Tam zobaczył moją matkę Walentynę, swoją przyszłą małżonkę. Jej krewny pracował w «Borysławnaftogazie» w obwodzie lwowskim i pomógł jej wstąpić do technikum handlowego w Łucku. W ten sposób znalazła się na zachodzie Ukrainy, gdzie mieszka do dzisiaj. We wrześniu tego roku będziemy obchodzić jej dziewięćdziesiąte urodziny – opowiada Iwanna. – Mama przez 40 lat pracowała na gorącej linii w kuchni, a ojciec był kierowcą, chociaż ukończył szkołę strażacką w Stanisławowie».

Iwan Szkarłatiuk w wojsku. Ok. 1955–1956.

Iwan Szkarłatiuk i Walentyna Wawiłow pobrali się w 1959 r.
W rodzinie Iwana i Walentyny Szkarłatiuków urodziło się troje dzieci: Ludmiła (1960–1995), nasza rozmówczyni Iwanna (ur. 1961) i Kateryna (ur. 1976).
«Dostałyśmy dobre wykształcenie. Tata zawsze zachęcał nas do nauki, rozwijał w nas pragnienie wiedzy. Pamiętam, że kiedy miałam siedem czy osiem lat, ojciec zapisał w zeszycie alfabetycznie nazwy wszystkich krajów świata ze stolicami. W ten sposób uczył mnie geografii. Z Polski przywiózł elementarz języka polskiego» – dodaje Iwanna Matiuszyk.
«Chciałam zostać katoliczką»
Jednym z najwyraźniejszych wspomnień z jej młodych lat jest pierwszy wyjazd do Polski w maju 1980 r.: «Zawsze wiedziałam, że moja babcia jest Polką i zawsze czułam w sobie ducha polskości. Od dzieciństwa Polska kojarzyła mi się z bajecznym krajem, pewnie ze względu na te słodycze, lakierowane pantofelki, białe bluzki i berety z pomponami, które przywoził tata… Nie zostałam ochrzczona w dzieciństwie. To były straszne czasy totalitaryzmu. Świątynie faktycznie nie działały. Dlatego, jak tylko udało mi się dostać paszport, postanowiłam udać się do krewnych w Polsce, aby się ochrzcić. To był mój świadomy wybór. Chciałam zostać katoliczką. Pojechałam pociągiem do Chełma. Pamiętam, jak uderzył mnie widok kościoła na wzgórzu».
W Chełmie Iwanna spotkała siostrzenicę ojca Alfredę Dąbrowską, która została jej matką chrzestną. Chrzestnym był daleki krewny Bogdan Dąbski.
«Zostałam ochrzczona w chełmskim kościele. Od tego czasu, oprócz tego, że mam polską krew, jestem także gorliwą katoliczką. Po zwróceniu katolikom i ponownym poświęceniu kościoła w Kiwercach co niedzielę chodzę na mszę. Pamiętam jeszcze, że na miejscu tej świątyni znajdował się i sklep meblowy, i kompleks sportowy. Dzisiaj nasz kościół jest prawdziwym cudem. Tam Duch Święty unosi się w powietrzu… Niedawno obchodziliśmy 101. rocznicę naszej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa» – podkreśla Iwanna Matiuszyk.
Na koniec wspomina, jak w Kiwercach powstał Oddział Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej na Wołyniu: «Kiedyś zaproponowałam parafianom z naszego kościoła aby założyć wspólnotę, która organizowałaby różne wydarzenia i realizowała własne inicjatywy. Ludzie poparli ten pomysł. W Łucku spotkałam się z Olgą Kłaczuk, prezes Oddziału SKP w Horochowie oraz z ówczesnym prezesem SKP imienia Ewy Felińskiej na Wołyniu Walentym Wakolukiem. Zarejestrowaliśmy oddział. Na walnym zgromadzeniu wybrano mnie na prezesa. Było to w maju 2015 r. Za rok będziemy obchodzić jubileusz».
Olga Szerszeń
Na głównym zdjęciu: Iwanna Matiuszyk. 2024 r. Fot. Olga Szerszeń
Pozostałe zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Iwanny Matiuszyk.
***
