Rodzinne historie: Długa droga do Zdołbunowa
Artykuły

Mieszkająca w Zdołbunowie Jełyzaweta Wojtanowska urodziła się na Chełmszczyźnie w przededniu II wojny światowej. Była świadkiem tragedii wsi Wierzchowiny.

Podzieliła się z nami także wspomnieniami z międzywojennego życia w Chełmie, deportacji i długiej drogi do Zdołbunowa.

«Żyliśmy w dostatku»

«Moi dziadkowie ze strony ojca pochodzą z Mroczkowa (dziś wieś w gminie Bliżyn, powiat skarżyski, województwo świętokrzyskie – aut.). Dziadek nazywał się Ludwik Wolski, a babcia miała na imię Ewa. Była to polska katolicka rodzina zajmująca się rolnictwem. W 1904 r. w tej samej wsi urodził się mój ojciec Józef Wolski. Był mistrzem w wykonywaniu klepek do beczek. Na początku lat 20. XX w. ojciec wraz z innymi młodymi chłopakami pojechał do pracy przy wyrębie lasu w województwie lubelskim, gdzie poznał moją mamę.

Dziadkowie ze strony matki pochodzili ze wsi Wierzchowiny (dziś wieś w gminie Żółkiewka, powiat krasnostawski, województwo lubelskie – aut.). Dziadek nazywał się Łuka Kozioł, a babcia – Eudokia. Również prowadzili gospodarstwo, mieli pięcioro dzieci. Moja matka Leokadia urodziła się w 1908 r. Pomagała rodzicom w pracach domowych i chodziła do polskiej szkoły» – mówi Jełyzaweta Wojtanowska.

«W 1925 r. moi rodzice, Józef i Leokadia, pobrali się. Wzięli ślub w kościele w Żdżannem (dziś wieś w gminie Siennica Różana, powiat krasnostawski, województwo lubelskie – aut.). 

wojtanowska 1

Zdjęcie weselne Józefa Wolskiego i Leokadii Kozioł, 1925 r.

Najpierw mieszkali w Wierzchowinach i prowadzili gospodarstwo obok dziadka i babci. Na początku lat 30. XX w. ojciec zaczął pracować na kolei w Chełmie, nasza rodzina przeniosła się do miasta. Matka prowadziła dom i wychowywała dzieci. W 1930 r. urodził się Zbyszek, który zachorował i zmarł w wieku dziecięcym. W 1932 r. urodził się mój starszy brat Edward, w 1936 r. – Lucyna, która też zmarła jako dziecko. Ja przyszłam na świat w 1938 r. Zostałam ochrzczona jako Izabela w kościele we wsi Żdżanne. W rodzinie wołali na mnie Iza, zaś po wojnie zapisali jako Jełyzawetę» – kontynuuje.

wojtanowska 2

Rodzina Wolskich z synem Edwardem, 1933 r.

Wspomina, że zarówno przed wojną, jak i po niej w domu mówiono po polsku. Z dziadkiem i babcią z Wierzchowin również rozmawiano w tym języku.

«Pod koniec lat 30. XX w. dziadek Łuka postanowił podzielić swoją ziemię między dzieci. Moi rodzice dostali trzy hektary. Potem ojciec wybudował we wsi nowy dom. Mieszkali w nim dziadek i babcia, a my przyjeżdżaliśmy na święta i wakacje, pomagaliśmy w gospodarstwie» – zaznacza Jełyzaweta Wojtanowska.

«W Chełmie mieszkaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu w ośmiorodzinnym piętrowym budynku z piwnicą, gdzie mieściła się wspólna pralnia. Żyliśmy w dostatku. Moja matka była dumna z tego, że jej mąż był kolejarzem. Dodatkowo pomagali nam dziadkowie, którzy byli na wsi. W Chełmie mieszkali głównie Polacy, ale byli też Ukraińcy. Niektórzy wyjechali za granicę w poszukiwaniu lepszego losu. Nawet siostra mojej mamy Anna wyjechała do Argentyny z mężem i dwiema córkami. Mieszkali tam przez kilka lat i wrócili przed II wojną światową, ponieważ argentyński klimat nie służył zdrowiu dziewcząt» – kontynuuje moja rozmówczyni.

Zbrodnia w Wierzchowinach

«Po ataku Niemiec na Polskę w 1939 r. nadal mieszkaliśmy w Chełmie. Ojciec był z nami. Latem przyjeżdżaliśmy do Wierzchowin, aby pomóc dziadkom w gospodarstwie. Kiedy Chełm był bombardowany przez Niemców, jechaliśmy na wieś, a potem z powrotem do miasta. Pewnego dnia już po wojnie mama powiedziała, że musimy wyruszyć na wieś. Ojca wtedy z nami nie było. Mama mówiła, że poszedł do polskiej armii.

wojtanowska 3

Jełyzaweta Wojtanowska z matką Leokadią, ok. 1943 r.

Było to w czerwcu 1945 r., kiedy wojna już się skończyła. Dziadek przyjechał do Chełma i zabrał mnie z mamą i bratem Edwardem wozem na wieś. Mieliśmy pomóc w urządzaniu nowego domu, który został wybudowany na ziemi otrzymanej od dziadka przed wojną. Przyjechaliśmy, a w południe dziadek Łuka wbiegł do domu i powiedział do mamy: «Lodziu! Zabierz dzieci i schowaj się gdzieś, bo jakaś banda napadła wieś i wszystkich zabija» – opowiada Jełyzaweta Wojtanowska.

«Mama zabrała nas z bratem, pobiegliśmy do domu wysiedlonych z Wołynia Polaków, którzy zamieszkali w Wierzchowinach w 1944 r. Nasza rodzina pomagała tym ludziom, a mama tego samego dnia rano nawet przyniosła im śmietanę. Nie pamiętam ich nazwiska, ale była to rodzina pięcioosobowa i mieli dziewczynkę o imieniu Magda. Kiedy przybiegliśmy, w domu była tylko ona, a mama powiedziała, że przeczekamy u niej, bo na zewnątrz jest bardzo niebezpiecznie. Wieś została już otoczona od strony łąki.

W tym czasie nasz dziadek Łuka pobiegł na drugi koniec wsi, aby ostrzec siostry matki przed niebezpieczeństwem. Po drodze został zabity. Jego ciało zostało znalezione w studni. Z naszej rodziny zginęła również siostra mojej mamy, Zofia. U innej siostry mojej mamy, Aleksandry, zabito dzieci – Lubę i Senię. Ta krwawa masakra trwała około dwóch godzin. Zginęło około 240 osób. Bardzo szybko zabijano ludzi, zwłaszcza młodych. Nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego tak się stało» – mówi pani Jełyzaweta.

«Kiedy ta masakra się skończyła, mama zawiązała nam z bratem oczy, a następnie pobiegliśmy do pobliskiego Żdżannego, do krewnych. Tutaj mama nas zostawiła, a sama udała się do Chełma, aby zabrać z mieszkania wszystkie wartościowe rzeczy. Bandytów, którzy zabijali ludzi w naszej wsi, ścigali później rosyjscy żołnierze, którzy przybyli z Lublina» – opowiada Jełyzaweta Wojtanowska.

Zbrodnia w Wierzchowinach to czarna karta w polskiej historii. 6 czerwca 1945 r. polscy partyzanci z Narodowych Sił Zbrojnych (polskiej organizacji konspiracyjnej działającej w latach 1942–1947) weszli do wsi i dokonali krwawej rzezi. Historycy wciąż dyskutują o przyczynach i przebiegu wydarzeń, ale większość zgadza się, że tego dnia zginęło szacunkowo 194 osób narodowości ukraińskiej (więcej o tej zbrodni w książce Grzegorza Motyki «Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła. Konflikt polsko-ukraiński 19431947»).

Deportacja na Ukrainę

«Pamiętam, że nasz dziadek Łuka jeszcze w 1944 r., kiedy przyjeżdżał do nas do Chełma, mówił, że całej wsi proponowano wyjazd na Ukrainę. Wtedy mama odmówiła, bo ojca nie było z nami, brat Edward chodził do szkoły, a ja byłam jeszcze mała. Mama nie rozumiała, dlaczego mielibyśmy opuścić naszą ziemię. Po tym, jak bandyci w czerwcu 1945 r. napadli naszą wieś, zostaliśmy otoczeni przez wojsko. Zaczęli nas wywozić na Ukrainę.

Kogoś z naszej wsi wysiedlano na zachód Ukrainy, a ktoś pojechał do wschodnich obwodów. Trafiliśmy na listę do wsi Arkałajiwka (dziś wieś Kałyniwka w rejonie basztańskim obwodu mikołajowskiego – aut.). Wywożono nas konwojem. Ludzie zabierali do wagonów krowy, konie i cały majątek, który tylko mogli przewieźć. Moja mama zabrała z mieszkania w Chełmie cenne rzeczy, futra, później to nam pomogło przetrwać trudne czasy» – mówi pani Jełyzaweta.

«W obwodzie mikołajowskim wyładowano nas przy torach w pobliżu wsi. Tam zamieszkaliśmy. Wszystko było zniszczone. W tym czasie deportowani starali się przenieść bliżej granicy, ponieważ mieli nadzieję, że jakoś uda im się wrócić do domu. Nie byliśmy wyjątkiem. Mama zapłaciła pewnemu człowiekowi, żeby zrobił dla nas wóz z kultywatora. Zaprzęgliśmy w niego dwie krowy, jeszcze dwie prowadziliśmy z tyłu. Tak przemieszczaliśmy się z obwodu mikołajowskiego do rówieńskiego. Na wozie siedziała stareńka już babcia Eudokia, mój utykający na nogę brat Edward i ja. Z kolei mama, jej siostry i siostrzenica szły piechotą. Przez całą drogę mieszkaliśmy w czymś w rodzaju budy, zasłaniając kanapę i szafę. Nasza podróż trwała około sześciu miesięcy. Na początku 1946 r. dotarliśmy do Zdołbunowa» – kontynuuje Jełyzaweta Wojtanowska.

«Najpierw trafiliśmy do Tajkurów (dziś wieś w rejonie rówieńskim obwodu rówieńskiego – aut.). Tutaj mama rozpaliła ognisko, podgrzała mleko i zrobiła dla nas zacierkę. Potem poczuła się bardzo słabo i ciocia Hanna poszła szukać pomocy. W Tajkurach trafiła na naszego rodaka z Wierzchowin mającego na nazwisko Dediuch, który został deportowany wcześniej. To on znalazł dla mamy felczera. Dediuch mieszkał w Zdołbunowie, ale w Tajkurach miał działkę. Pracował w rejonowym komitecie wykonawczym i pomógł nam się urządzić» – wspomina pani Jełyzaweta.

wojtanowska 4

Leokadia Wolska, okres powojenny

Zaznacza, że ojciec, który w momencie ich wysiedlenia był w wojsku, odnalazł rodzinę przez Czerwony Krzyż w 1946 r.: «Przekazywał nam paczki, ale nie chciał jechać na Ukrainę. Pisali do siebie z mamą, ale matka nie zachowała tych listów. Była zasmucona, że ojciec nie był z nami, kiedy nas deportowano. Po II wojnie światowej ojciec przez pewien czas mieszkał w Chełmie, następnie wrócił do rodzinnego Mroczkowa. Później mieszkał we Wrocławiu. Założył drugą rodzinę. Zmarł w 1952 r. Po raz pierwszy odwiedziłam rodzinną wioskę mojego ojca w 1965 r.».

wojtanowska 5

Jełyzaweta Wojtanowska z bratem Edwardem i matką Leokadią, druga połowa lat 40. XX w.

«Ludzie nam pomagali»

«Najpierw dostaliśmy dom w Zdołbicy (dziś wieś w rejonie rówieńskim obwodu rówieńskiego – aut.) po wypędzonej polskiej rodzinie. Po pewnym czasie przyszli chłopcy z lasu (ukraińscy partyzanci – aut.), postawili nas przy ścianie. Powiedzieli, że jeśli przekroczymy próg tego domu, to będzie po nas. Następnego dnia mama poszła do rejonowego komitetu wykonawczego i zrezygnowała z budynku. Później dostaliśmy dom w Zdołbunowie. Mieszkaliśmy tam kilka miesięcy. To był czas, kiedy organy ścigania jeździły na różne akcje do sąsiednich wsi. Było bardzo niebezpiecznie» – opowiada Jełyzaweta Wojtanowska.

Moja rozmówczyni zaznacza, że w Zdołbunowie wspierali ich miejscowi: «Najpierw nie mieliśmy nic, mama chodziła do ludzi prać ubrania i bielić domy, prosiliśmy o jedzenie. A ludzie pomagali, szczególnie na Wielkanoc. Później mama dostała pracę ochroniarza».

«Wszyscy byliśmy zapisani w dokumentach jako Ukraińcy. W liście ewakuacyjnym mój brat został zapisany jako Giennadij, a ja najpierw jako Izabela, a później Jełyzaweta» – mówi pani Jełyzaweta.

wojtanowska 6

Jełyzaweta Wojtanowska z bratem Edwardem i matką Leokadią

Dodaje: «W Zdołbunowie skończyłam 10 klas, interesowałam się przedmiotami humanistycznymi. Po ukończeniu szkoły przez trzy lata uczyłam się w technikum w Kijowie, zdobyłam zawód mechanika. Wysłano mnie do pracy w Rokitnem (dziś osada typu miejskiego w rejonie sarneńskim obwodu rówieńskiego – aut.), gdzie poznałam swojego przyszłego męża Walentyna Wojtanowskiego, który pochodził z polskiej rodziny. Początkowo mieszkali w Ostkach koło Rokitna, ale w czasie wojny ukraińscy partyzanci spalili wieś i zabili jego ojca Leona. Moja świekra Ewa bała się opowiadać o tych tragicznych wydarzeniach».

W 1961 r. pani Jełyzaweta wyszła za mąż za Walentyna Wojtanowskiego, a trzy lata później przenieśli się do Zdołbunowa. «Zaczęłam pracować w rejonowym komitecie wykonawczym, mąż był tokarzem. Na początku mieszkaliśmy z moją mamą, a potem dostaliśmy własne mieszkanie. Rejonowy komitet wykonawczy nalegał, abym wstąpiła do partii, ale zawsze odpowiadałam, że nie jestem jeszcze gotowa do podjęcia tak ważnej decyzji (uśmiecha się – aut.). Urodziło się nam dwóch synów – Mirosław i Wiktor. Niestety Wiktor już nie żyje. Mam też dwie wnuczki i dwie prawnuczki» – kończy swoją opowieść moja rozmówczyni.

Mimo pracy w rejonowym komitecie wykonawczym w czasach radzieckich, Jełyzaweta Wojtanowska w tajemnicy ochrzciła swoje dzieci. Wraz z odbudową kościoła w Zdołbunowie została jego parafianką. Jest członkinią Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej od momentu założenia organizacji. Cieszy się, że jej wnuczki mogły uczyć się języka polskiego w sobotnio-niedzielnej szkole przy TKP.

wojtanowska 7

Jełyzaweta Wojtanowska, 2021 r.

***

Projekt «Rodzinne historie Polaków z obwodu wołyńskiego, rówieńskiego i tarnopolskiego» jest wspierany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021. Projekt «Polska Platforma Medialna Wschód» jest realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Serhij HŁADYSZUK

CZYTAJ TAKŻE:

RODZINNE HISTORIE: MINISTRANT KSIĘDZA SERAFINA KASZUBY

RODZINNE HISTORIE: «MIESZKALIŚMY NA SAMEJ GRANICY, PO STRONIE RADZIECKIEJ»

RODZINNE HISTORIE: KAZACHSTAŃSKIE ZESŁANIE WILCZYŃSKICH

RODZINNE HISTORIE: Z RADOMIA DO KAMIENIA KOSZYRSKIEGO

RODZINNE HISTORIE: ŻYTOMIERSKIE KORZENIE ALINY ŁUCKIEWICZ

RODZINNE HISTORIE: NA POGRANICZU POLSKO-RADZIECKIM

RODZINNE HISTORIE: ABY NASZA WIARA PRZETRWAŁA

RODZINNE HISTORIE: TARNOPOL STANISŁAWY DĄBROWSKIEJ

RODZINNE HISTORIE: SPOD WŁODAWY DO ALEKSIEJÓWKI

RODZINNE HISTORIE: SYBERYJSKI HART ALINY ROGOZIŃSKIEJ

RODZINNE HISTORIE

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
8 Marca w Polskiej Szkole w Zdołbunowie
Wydarzenia
8 marca w Sobotniej Szkole działającej przy Towarzystwie Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej odbyła się uroczystość z okazji Dnia Kobiet. Wydarzenie zostało w całości przygotowane przez uczniów, którzy z ogromnym zaangażowaniem zadbali o program artystyczny oraz oprawę tego szczególnego dnia.
10 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Nowe podręczniki w Polskiej Szkole w Zdołbunowie
Wydarzenia
Sobotnia Szkoła przy Towarzystwie Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej otrzymała kolejne wsparcie od Fundacji Wolność i Demokracja z Warszawy w postaci podręczników do nauki języka polskiego w wersji papierowej oraz elektronicznej.
22 stycznia 2026
Bon dla szkół polonijnych – wsparcie dla uczniów ze Zdołbunowa
Wydarzenia
20 grudnia był wyjątkowym dniem dla Sobotniej Szkoły działającej przy Towarzystwie Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej. Aż sześcioro uczniów otrzymało bony naukowe i socjalne – realne wsparcie, ale też piękne docenienie ich wysiłku, talentu i wytrwałości.
23 grudnia 2025
Polskie rodziny muzykujące spotkały się w Winnicy
Wydarzenia
13 grudnia w Winnicy odbyło się «Spotkanie Polskich Rodzin Muzykujących» zorganizowane przez Federację Organizacji Polskich na Ukrainie przy wsparciu Senatu RP.
15 grudnia 2025
Wsparcie dla Polaków ze Zdołbunowa
Wydarzenia
Fundacja «Pomoc Polakom na Wschodzie» po raz kolejny pomogła Polakom mieszkającym na Ukrainie, wspierając zakup paczek na święta.
14 grudnia 2025