Pamiętniki wołyńskiego świętego. Prześladowania religijne
Artykuły

Wspomnienia świętego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego są ważnym świadectwem historycznym o prześladowaniach, których doznał od rosjan Kościół Katolicki obu obrządków na Wołyniu. Ten wątek został skrupulatnie wymazany z kart historii przez carską cenzurę, zaś po niej przez jej spadkobierczynię, czyli cenzurę radziecką. Wskutek tego współcześni Wołyniacy w ogóle nic nie słyszeli o tym temacie lub ich wiedza jest niedokładna i pełna przekłamań.

Pierwszą część wspomnień Zygmunta Szczęsnego Felińskiego można przeczytać tu, drugą – tu, trzecią – tu.

Proponujemy Państwu kolejne fragmenty z pamiętników wołyńskiego świętego.

***

Wiedział rząd dobrze, iż póki wiarą swoją Polacy stoją na Piotrowej opoce, asymilacya ich i całkowite pochłonienie jest niemożebne; to też jednocześnie z narodowem poczęło się i prześladowanie religijne. Pierwszą zaś na tem polu ofiarą padli w połowie już zniszczeni przez Katarzynę II Unici. Nie będę tu powtarzał okropnych a tak powszechnie znanych już dzisiaj dziejów owego machiawelstwa, gdzie zdrada nielicznych apostatów podała rękę bezczelnej tyranii; przytoczę tylko kilka drugorzędnych z walki tej epizodów, które dziecinną wyobraźnię moją uderzyły.

Kiedy Bazylianie Poczajowscy, bez względu na groźby i obietnice prześladowców, odmówili stanowczo przejścia na prawosławie, z rozkazu rządu rozesłano wiernych zakonników po różnych klasztorach syzmatyckich w głębi Rosyi, na ich zaś miejsce sprowadzono do Poczajowa liczny zastęp mnichów moskiewskich pod wodzą znanego z fanatycznej nienawiści do Rzymu Archimandryty. Zaledwie to mrowie Czernców rozgościło się w klasztorze, wnet nocne widma poczęły straszyć uzurpatorów, wyprawiając wrzaski po korytarzach i zjawiając się w celach. Przerażenie było wielkie wśród zabobonnej gawiedzi, ale Archimandryta gromił zlęknionych, przypisując owe zjawiska bujnej ich wyobraźni.

Niedługo jednak czekał na przekonanie się o rzeczywistości strachów. Pewnej nocy, gdy snem głębokim usnął w zamkniętej z wewnątrz celi, zbudził się nagle, usłyszawszy niezwykły jakiś łoskot około swego łóżka. Otworzywszy oczy, spostrzegł przy świetle księżyca, tuż przy sobie, wyniosłą jakąś postać w polskim stroju, z karabelą u boku, trupio blada, która doń w te słowa grobowym przemówiła głosem:

«Jestem Potocki, Starosta Kaniowski, fundator tej świątyni, w której i prochy moje spoczywają. Ostrzegam was, abyście się corychlej stąd wynosili, bo ja nie zniosę nieproszonych przybyszów, i jeśli do trzech dni nie opuścicie tych murów, to klnę się, że noga żywa z was tu nie pozostanie. Na dowód zaś, że ja tu byłem we własnej osobie, zostawiam ci but mój, w którym mię pochowano».

To rzekłszy, zdjął z nogi bót safianowy i cisnął nim w twarz mnicha tak silnie, że go aż krew oblała; poczem wyszedł spokojnie z celi. Ochłonąwszy z przestrachu Archimandryta, zwołał wszystkich mnichów i całą służbę i kazał przetrząść klasztor, cerkiew i podziemia, by odszukać sprawcę tego dziwnego napadu. Przy najściślćjszem jednak poszukiwaniu żadnej obcej osoby nie znaleziono, w sklepach tylko grobowych spostrzeżono iż wieko trumny Starosty Kaniowskiego było podniesione, on zaś leżał ubrany tak, jak się zjawił Arcbimandrycie, z jedną nogą bez buta. Przerażenie było nie do opisania i gdyby to zależało od mnichów, wnetby się wynieśli z Poczajowa, lecz zawiadomione o zajściu władze rządowe przysłały wnet oddział żołnierzy i pod straż ich oddały klasztor cały. Strachy wprawdzie więcej się nie ponowiły, nigdy wszakże nie odkryto, kto był ich sprawcą. Domyślano się tylko, że dawni słudzy klasztorni, znający wszystkie przejścia i posiadający klucze od najtajemniejszych kryjówek, urządzili całą tę mistyfikacyę, w nadziei wypłoszenia wstrętnych dla ludności Czernców.

W kilka lat później, kiedy niecny Siemaszko w nagrodę za swą apostazyę otrzymał nieistniejącą przedtem godność metropolity litewskiego, ze stolicą w Wilnie, wnet zmienił dotychczasowe szaty katolickiego pasterza a przyoblekł biały kołbuk (krągła, wysoka czapka) z brylantowym krzyżem na czole. Obdarzony przytem przez Cesarza wysokim orderem z brylantów i gwiazdą, nie rozstawał się nigdy z tą oznaką zaszczytów, dla których poświęcił swe sumienie.

Latem lubił on przechadzać się samotnie po swym ogrodzie, wysokim opasanym murem, na odpoczynek zaś chronił się do ustronnej altany, gdzie rozpamiętywał zapewne swe bohaterskie czyny. Razu pewnego, rozmyślania te przerwane zostały niespodzianie wejściem jakiegoś nieznajomego, który trzymając w ręku wymierzony na Siemaszkę pistolet, zawezwał go groźnym głosem, by złożył natychmiast na stole wszystkie cenne przedmioty, jakie ma przy sobie, jeśli nie chce mieć czaszki roztrzaskanej. Struchlały Metropolita wyjął bez wahania zegarek z jednej a sakiewkę z drugiej kieszeni; niezaspokojony tem wszakże napastnik krzyknął gromowym głosem: «A krzyż brylantowy! a gwiazda».

Trudno się było opierać, i te więc drogocenne insygnia złożył przed napastnikiem. Nieznajomy schował spokojnie wszystkie zrabowane skarby do kieszeni, zaś odchodząc rzekł drwiąco do obżałowanego Siemaszki: «Żebyś prędzej ochłonął z przestrachu, zostawiam ci na pamiątkę mój pistolet». Przy tych słowach złożył na stoliku broń, którą trzymał, która, ku wielkiemu wstydowi ograbionego, okazała się kawałkiem kiełbasy w kształt pistoleta wykrojonej.

Uporawszy się z Unitami, rząd rosyjski zabrał się do podkopania mocniej nierównie wkorzenionego obrządku łacińskiego. Posiadając nieocenione narzędzie wywrotu w petersburskiem Kollegium katolickiem, potrzebował przedewszystkiem zapewnić tej instytucyi odpowiedniego swym celom Prezydującego.

Po zgonie czcigodnego arcybiskupa Cieciszowskiego i zamianowaniu Piwnickiego biskupem łucko-żytomierskim, należało wyszukać nową osobistość do przeprowadzenia zamiarów rządowych. Kapituła mohylewska, korzystając z przysługującego jej prawa, obrała administratorem archidyecezyi ks. prałata Szczyta, z możnego rodu i wielkiej świątobliwości kapłana. Odebrawszy wykształcenie duchowne w Rzymie, w Collegium Nobilium, miał on szczęście kolegować tam z księdzem Mauro Capellari, późniejszym Papieżem, Grzegorzem XVI, który poznawszy go bliżej i należycie oceniwszy, radby go bardzo widział na stolicy metropolitalnej w Rosyi. To też gdy kapituła mohylewska powierzyła mu tymczasowe rządy archidyecezyi, Ojciec Ś. nalegał na gabinet petersburski, by zgodził się na zamianowanie go metropolitą.

Cesarz Mikołaj, doznawszy wiele uprzejmości od Stolicy Apostolskiej, z powodu powstania listopadowego, chętnieby dogodził Papieżowi, potrzebował jednakże przekonać się, czy kandydat rzymski nie zechce pokrzyżować jego antykatolickich zamiarów. Nie dowierzając w tak ważnej sprawie sprawozdaniom swoich urzędników, postanowi! zbadać go osobiście i w tym celu zawezwał go do stolicy. Na długiem osobnem posłuchaniu otoczył młodego prałata całym czarem monarszej uprzejmości; przechadzając się z nim pod ramię po swym gabinecie, potrącał co chwila o jakąś niezmiernej wagi kwestyę kościelną, w której pragnął wybadać jego zdanie. Gdy jednak prałat Szczyt stanowczo odmówił zabronienia księżom obrządku łacińskiego administrowania Unitom S. S. Sakramentów, oddawania na cerkwie kościołów, kasowania klasztorów i zamykania nowicyatów, Cesarz polecił ministrowi spraw wewnętrznych, aby wysłał ks. Szczyta na zwiedzenie kościołów katolickich, na wschodzie Rosyi położonych, z rozkazem aby w Saratowie oczekiwał dalszych rozkazów. Spełniwszy to polecenie, prałat Szczyt czekał lat trzydzieści na owe rozkazy i dopiero za panowania Aleksandra II, zgrzybiałym już starcem wrócił w rodzinne progi, by kości swe złożyć na ukochanej Białorusi.

Pozbywszy się tym sposobem najniebezpieczniejszego przeciwnika, Cesarz przedstawił do Rzymu na metropolitę biskupa Pawłowskiego, sufragana kamienieckiego, na dyecezyalnych zaś biskupów: Rawę, Łaskiego i kogoś trzeciego tej samej wartości; wszystkich też czterech Stolica Apostolska odrzuciła. Gdy wiadomość o tem przyszła do Petersburga, cesarz wezwał wszystkich upadłych nominatów i oświadczywszy im, iż zostali przez Papieża przyjęci, dodał, iż bulle wprawdzie jeszcze nie nadeszły, mogli już wszakże przystąpić do konsekracyi.

Na to odrzekł Pawłowski, człowiek słaby, ale nieprzewrotny: «Najjaśniejszy Panie! Przestalibyśmy być biskupami katolickimi, gdybyśmy się ośmielili przystąpić do konsekracyi bez bulli papieskiej».

«Jeśli tak, to będziemy czekać» – powiedział niezadowolony cesarz i pożegnał zimno prałatów.

Był to może najniebezpieczniejszy zamach na katolicką wierność naszego Kościoła; gdyby albowiem rządowi nominaci nie oparli się pokusie, odszczepieństwo Jansenistów powtórzyłoby się u nas. O godnem zachowaniu się Pawłowskiego nie zaniechano zawiadomić Stolicę Apostolską, która przyzwoliła na udzielenie mu paliusza, innych zaś kandydatów stanowczo odrzuciła. Jakkolwiek jednak Pawłowski nie działał ze świadomością na zgubę Kościoła, rządy jego wszakże niepowetowane wyrządziły szkody; słabość bowiem jego charakteru przed każdym ustępowała naciskiem, przeciwnikiem zaś, z którym na każdym kroku walkę staczać musiał, był równie przebiegły jak energiczny dyrektor obcych wyznań, Skrypicyn. Pod jego natarczywym naciskiem Kollegium wydawało coraz to bezecniejsze ukazy, rujnujące z gruntu wszystkie katolickie instytucye, zwłaszcza zaś życie zakonne.

Postępując z istnie bizantyjską chytrością, rząd rosyjski tak umiał zawsze ukryć własne szpony, iż zdawało się na pozór, że nieszczęsna ofiara sama się rozszarpywała. Ilekroć Papież, ostrzeżony o popełnianych na Kościele gwałtach, upomniał się o pokrzywdzone owieczki, wnet poseł carski przedstawiał mu rozporządzenie Kollegium, podpisane przez Arcybiskupa, nakazujące spełnienie owego bezprawia.

Nie brakło też i złośliwego urągania w tej podstępnej przeciw Kościołowi walce. Kiedy w najwyższych sferach postanowiono zabrać na skarb majątki duchowne, sługom zaś ołtarza skromną natomiast naznaczyć pensyę, minister spraw wewnętrznych, nie zdradzając prawdziwego zamiaru rządu, kazał rozpuścić wiadomość, że dobra duchowne wysoko opodatkowane będą. Skoro wieść ta obiegła wszystkie katolickie dyecezye, Konsystorze otrzymały urzędowe wezwanie, by przedstawiły ministrowi dokładny wykaz nieruchomych dóbr kościelnych, z wyszczególnieniem otrzymywanego z nich dochodu. Biskupem łucko-żytomierskim, do którego juryzdykcyi i Kijów też należał, był wspomniany już nieraz Piwnicki, jeden z najusłużniejszych rządowych pasterzy, obsypany orderami za wyświadczone wrogom Kościoła usługi. Otrzymawszy od ministra zapytanie co do majątków duchownych i nie wątpiąc, że chodzi o ich opodatkowanie, Piwnicki podał cały dochód z dóbr biskupich na dwadzieścia tysięcy złotych, podczas gdy rzeczywiście przechodził on dwakroć sto tysięcy. Ale jakże bolesnego doznał rozczarowania, gdy w odpowiedzi na swe podanie otrzymał reskrypt monarszy, w którym Najjaśniejszy Pan, wynurzywszy swe zadowolenie z rządów godnego naśladowania pasterza, dziwi się, iż tak mało za trudy swe jest wynagrodzony. Postanawia przeto w drodze łaski, aby na przyszłość podwoić pensyę biskupa, podnosząc ją do czterdziestu tysięcy złotych, uwalniając go przytem od ambarasu mozolnej administracyi dóbr biskupich. Uwikłany we własne sieci niesumienny pasterz musiał jeszcze dziękować jak za dobrodziejstwo za ową spoliacyę, która mu wydzierała przynajmniej cztery piąte pobieranego dochodu.

Z ruin, jakie owa burza prześladowania narodowo-religijnego pozostawiła na Wołyniu, wspomnę tylko o tych, na które własnemi patrzałem oczyma, jako najbliższe Wojutyna.

We wsi Białymstoku zabrano piękny klasztor Bazylianów, i kościół, gdzie tyle razy chodziliśmy piechotą na mszę św. na syzmatycką cerkiew obrócono; zakonników zaś wszystkich, z których żaden wiary katolickiej nie odstąpił, na wygnanie skazano. Po skonfiskowaniu Boremla, własności Michała Czackiego, mszcząc się za straty w bitwie z Dwernickim poniesione, Moskale skazali na ruinę wspaniały pałac, gdzie polski jenerał ze sztabem swoim dni kilka przepędził; kościół zaś, ocalony niegdyś przez dzielny hufiec kozaczek, na cerkiew obrócony został. Proboszczem boremelskim był wówczas świątobliwy ksiądz Zawadzki, którego przenieśli do Łysina, gdzie długie jeszcze lata pobożnością i gorliwością swoją wiernych budował, otrzymawszy przytem w nagrodę cnót swoich od Łaskawego Pana, któremu tak wiernie służył, łaskę uzdrawiania najcięższych nieraz chorób, skoro udający się doń z wiarą i serdeczną skruchą przystępowali. Ponieważ nie zważając na urzędowe zabronienie, udzielał on pomocy duchownej garnącym się doń Unitom, uważanym oficyalnie za prawosławnych, wywieziono go przeto do Żytomierza i stawiono przed komisyą śledczą, któraby niechybnie wysiała go na Sybir, gdyby go nie był ocalił przeważny jeszcze wówczas wpływ senatora Ilińskiego, niegdyś przyjaciela cesarza Pawła, który zaręczył, iż na postępowanie ks. Zawadzkiego żadne polityczne względy wpływu nie miały.

W Łucku, zwanym niegdyś małym Rzymem, z powodu licznych świątyń i klasztorów, za mojej jeszcze pamięci było dziewięć w kwitnącym stanie zakonnych i świeckich zgromadzeń, z których każde miało swój własny kościół; a mianowicie: Trynitarze, Karmelici, Bonifratrzy, Dominikanie, Bernardyni, Bazylianie, Brygidki, Siostry Miłosierdzia, wreszcie katedra z biskupem dyecezyalnym i sufraganem, kapitułą, konsystorzem i seminaryum. Powoli, wskutek rozmaitego rodzaju prześladowań, w pustkę zamieniały się te przybytki chwały Bożej, tak, że pozostał tylko kościół katedralny i to bez biskupa, kapituły i seminaryum, gdyż wszystko to przeniesione zostało do Żytomierza. Żeby zaś ze zmianą okoliczności nie wznowiła się kiedy dawna świetność katolickiego Lucka, sprzedano żydom ruiny, pod warunkiem rozebrania ich w ciągu roku, tak, że dziś nic już nie świadczy, że ów gród starożytny był przez długie wieki stolicą województwa i jednej z najobszerniejszych dyecezyj.

Malowidła łuckich kościołów z zakrystii katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku:

Kościół bernardyński (obecnie prawosławna katedra Trójcy Świętej)

Kościół trynitarski (dziś nie istnieje)

Kościół karmelitański (dziś nie istnieje)

Jakkolwiek wszakże najcięższe ciosy wymierzone zostały przez rząd zaborczy na Kościół katolicki, nie poprzestano atoli na spoliacyi dóbr duchownych; skonfiskowano owszem majątki tych wszystkich ziemskich właścicieli, którzy w jakikolwiek sposób przyjęli udział w powstaniu. Oprócz olbrzymich fortun książąt Czartoryskich i Sapiehów, równających się obszarem niejednemu państwu niepodległemu, ileż to prawdziwie jeszcze magnackich majątków w ręce rządu przeszło! Przy konfiskowaniu dóbr duchownych, na zapytanie ministra, co począć z legatami, do których nabożeństwa lub inne zobowiązania dołączone były – cesarz Mikołaj odpowiedział krótko: «Nie krępować się warunkami», t. j. zabrać fundusze, nie troszcząc się o to, czy warunki będą wypełnione.

(Ciąg dalszy nastąpi).

Opracował Anatol Olich

Na głównym zdjęciu: Kościół dominikański (dziś nie istnieje). Malowidło z zakrystii katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku

Powiązane publikacje
«Nie zamykamy tej historii». W Łucku podsumowano projekt o rzeźbiarzu Stanisławie Sarcewiczu
Wydarzenia
Podczas końcowej prezentacji projektu «Sarcewicz: wirtualny powrót łuckiego geniusza sztuki naiwnej» zespół, który go realizował, przedstawił jego rezultaty, podzielił się doświadczeniami z jego wdrażania oraz przemyśleniami na temat innych inicjatyw.
05 grudnia 2025
Ogród rzeźb łuckiego artysty Stanisława Sarcewicza można obejrzeć on-line
Wydarzenia
Platforma «Algorytm Działań» uruchomiła stronę internetową sartsevych.algorytm.ngo, poświęconą życiu i twórczości łuckiego rzeźbiarza Stanisława Sarcewicza.
24 listopada 2025
Oświecicielka z Korca
Artykuły
O Zofii Rudominie-Dusiatskiej (z domu Endrukajtis) historycy napisali niewiele. Wspominając tę «cichą kresową bohaterkę» w 140. rocznicę jej urodzin, będę się opierał nie tylko na ich publikacjach, lecz też na danych, które znalazłem w źródłach drukowanych i archiwalnych z XIX–XX w.
21 listopada 2025
Zajrzeć do ogrodu Sarcewicza
Artykuły
Już od czterech miesięcy Platforma «Algorytm Działań» przy wsparciu Ukraińskiej Fundacji Kultury prowadzi badania nad postacią rzeźbiarza naiwisty Stanisława Sarcewicza, który mieszkał i tworzył w Łucku.
22 września 2025
W Łucku zaprezentowano książkę o żołnierzach Armii Andersa związanych z Wołyniem
Wydarzenia
W Łucku ukazała się książka «Wołynianie w Armii W. Andersa w czasie II wojny światowej». Publikacja została zaprezentowana w Bibliotece Ołeny Pcziłki.
06 marca 2025
Emanuel Małyński – człowiek legenda z Polesia. Dziedzictwo publicystyczne i pisarskie
Artykuły
Emanuel Małyński (1873–1938) to postać nietuzinkowa – polski pisarz i publicysta, którego życie i twórczość pozostają interesującym świadectwem złożonych czasów, w których przyszło mu żyć.
28 stycznia 2025
Emanuel Małyński – człowiek legenda z Polesia. Hojny darczyńca, filantrop
Artykuły
Na Wołyniu Emanuel Małyński włączył się w liczne prace społeczne, wspierając działania wojewody Henryka Józewskiego. Był znanym filantropem i hojnym darczyńcą dla instytucji publicznych. Jego działalność filantropijna przyciągała najwięcej uwagi i szacunku. W pamięci ludowej pozostał jako człowiek, który z hojnością i oddaniem służył swojej ziemi i mieszkańcom.
14 stycznia 2025
Emanuel Małyński – człowiek legenda z Polesia. Pilot pierwszej generacji, mecenas lotnictwa
Artykuły
Emanuel Małyński (1873–1938) zdawał się być uosobieniem ducha epoki – czasów, kiedy niebo przestało być granicą, a stało się wyzwaniem. Jego ambicje i odwaga budziły podziw zarówno na Wołyniu, jak i poza nim, choć ich cena bywała wysoka. Małyński, człowiek zamożny i hojnie wspierający postęp techniczny, zainwestował swoje środki i czas w rozwój lotnictwa, znacznie przyczyniając się do jego rozkwitu w początkach XX wieku.
20 grudnia 2024
Emanuel Małyński – człowiek legenda z Polesia. Próba unieważnienia testamentu
Artykuły
Emanuel Małyński pozostawił po sobie testament, który jest nie tylko aktem ostatniej woli, ale też świadectwem jego wielkiego serca. Sporządzony 7 października 1937 r. w Poznaniu przez notariusza Stefana Piechockiego, dokument ten odzwierciedla jego praktyczny, pełen pasji charakter.
26 listopada 2024