Rodzinne historie: Dziadka skazano na 10 lat łagrów
Artykuły

«Jestem maniewiczaninem od czwartego pokolenia. Moja rodzina mieszka tu prawie od założenia miasteczka» – mówi Serhij Sołobczuk. W rozmowie z «Monitorem Wołyńskim» podzielił się wspomnieniami o swojej polsko-ukraińskiej rodzinie.

Oddajemy głos naszemu rozmówcy. Opowie o uwięzieniu swojego dziadka, oskarżonego o kradzież żyta, wycofaniu się Niemców z Maniewicz, rozstrzelaniu Żydów i wojennych realiach. Dalej wypowiedź Serhija Sołobczuka.

***

Urodziłem się w Maniewiczach, tam też ukończyłem szkołę. Uczyłem się w Rówieńskim Technikum Spółdzielczym oraz w Instytucie Spółdzielczym w Połtawie. Pracowałem w Maniewiczach, tam się ożeniłem i wychowałem troje dzieci. Mam pięcioro wnuków. Być może istnieje jakiś zew krwi, ponieważ wszystkie moje dzieci i wnuki, a także część moich bratanków mieszkają w Polsce. Przenieśli się jeszcze przed wojną pełnoskalową.

Większość rodzinnych historii przekazał mi tata. Pracował jako kierowca na poczcie. Jako dziecko często z nim jeździłem. Po drodze dużo mi opowiadał.

Zamożni gospodarze

Prababcia Paraska (1860–1952) i pradziadek Mychajło Sołobczukowie mieli piękny dom we wsi Maniewicze (od 1964 r. – Prylisne – red.). Spłonął podczas I wojny światowej. Kiedy Sołobczukowie zostali bez domu, osiedlili się na stacji Maniewicze (obecnie osiedle typu miejskiego). Wybudowano już tam wówczas kolej. Sołobczukowie byli zamożni: mieli 22 ha ziemi, bydło i konia.

Mychajło Sołobczuk

Paraska Sołobczuk

W rodzinie urodziło się 13 dzieci, z których większość zmarła bardzo wcześnie. Takie były czasy. Przetrwało pięcioro: Chotyma (moja babcia, 1897–1987), Makar, Serhij, Ustym i Dmytro. Babcia Chotyma wspominała: pewnego razu, kiedy zbierali żyto, prababcia (czyli jej matka) kazała jej popracować trochę dalej, a kiedy wróciła, Paraska już kołysała dziecko.

Podczas rewolucji bolszewickiej pradziadek Mychajło wraz z synami ruszył w głąb Rosji, a prababcia Paraska i córka Chotyma zostały w Maniewiczach przy gospodarstwie. Ustym czasami przyjeżdżał do miasteczka, był już żonaty. Pewnego razu po przekroczeniu granicy został zatrzymany przez sowietów. Oskarżyli go o to, że jest polskim szpiegiem i rozstrzelali. Po II wojnie światowej do Maniewicz wrócili Makar i Serhij, a pradziadek i Dmytro nie, zaginęli bez śladu.

Żyli «na wiarę»

Babcia Chotyma Sołobczuk i dziadek Stanisław Cybulski, s. Józefa (1897–? ) poznali się jeszcze przed 1920 r. w Maniewiczach. Dziadek pochodzi ze wsi Kotorice w powiecie grójeckim (obecnie teren tej wsi jest już w obrębie Warszawy). Był żołnierzem Legionów Polskich, walczył w Kostiuchnówce, został ranny. Z materiałów archiwalnych dowiedzieliśmy się, że dziadek walczył w 6. Pułku Piechoty Legionów Józefa Piłsudskiego. Zakładamy, że aby przyjęto go do wojska w 1915 r., dodał sobie rok, podając, że urodził się nie w 1897, tylko w 1896 r. W ankiecie aresztowanego w sprawie karnej dziadka, którą na początku lat 40. prowadziło NKWD, zaznaczono, że w 1916 r., prawdopodobnie przed wstąpieniem do Legionów Polskich, służył w 520. Fokszańskim Pułku Piechoty Armii Rosyjskiej, który znajdował się w Pińsku.

W Maniewiczach był szpital. Dziadek leczył się tam po kontuzji, a następnie wrócił do domu. Jak się okazało, jego żona Klara nie czekała na niego, mieszkała już z innym mężczyzną. Dlatego Cybulski w 1920 r. wrócił do Maniewicz – do mojej babci. Wiem, że w pierwszym małżeństwie dziadek nie miał dzieci.

Z Chotymą mieli ich pięcioro. Dziewczynki zmarły wcześnie, przetrwali tylko chłopcy: Sewastian (1922–1999), Iwan (mój ojciec, 1930–2018) i Adam (1934–2007). Dziadkowie nie brali ślubu. Babcia mówiła, że żyli «na wiarę». Prababcia Paraska mówiła do niej: «On jest katolikiem, a ty jesteś prawosławna, jak możecie się pojednać?»

Była bardzo pobożna. Znała się na ziołach, leczyła ludzi. Na ulicy nazywali ją Prawdeus. Zmarła 27 kwietnia 1952 r. w pierwszym dniu świąt Wielkanocnych. Babcia Chotyma przyszła z cerkwi, przyniosła babkę wielkanocną. Paraska siedziała pod piecem, zjadła kawałek babki i powiedziała: «Żegnajcie, dzieci, żegnaj, biały świecie». I zmarła.

Paraska Sołobczuk po prawej. Chotyma po lewej

Chotyma Sołobczuk

Dom na dwa wejścia

Dziadek Stanisław wybudował w Maniewiczach dom. Miał dwa wejścia. Zaczęli go budować, kiedy sprzedali woła. Babcia Chotyma wspominała, że matka przykazała jej: «Zachowaj złoto, te monety, które dostaliśmy za woła. Nie oddawaj wszystkiego Cybulskiemu, bo przepije». Dziadek pewnie lubił wypić. Babcia więc zaszyła monety w pas sukienki. Jakoś potem prababcia zapytała: «Tak szybko dom się buduje, skąd Cybulski wziął pieniądze?» Babcia rzuciła się do swojego schowka, a pieniędzy nie ma… Później w miejscu tego domu wybudował się mój brat Ołeksandr.

Stanisław Cybulski był w Maniewiczach szanowany. Nie znosił niesprawiedliwości. Umiał znaleźć podejście do każdego zwierzęcia. Kiedyś pracował jako strażnik na pompowni wody, 300–400 m od jego domu. Dziadek miał dużego kudłatego psa Nero, którego często zostawiał, aby strzegł tej pompowni, sam zaś wracał do domu.

Przed II wojną światową rodzina uprawiała zboże na swojej ziemi, miała dwie krowy, konia. Prababcia Paraska oprowadzała mojego ojca po tych terenach i pokazywała: «Tu jest siedem hektarów mojej ziemi. Iwanie, kiedy się ożenisz, pościnasz te sosny, zbudujesz dom i będziesz tu miał gospodarstwo. Tutaj, w Maniewiczach, rodzinę zastał początek II wojny światowej. Kiedy przyszli Niemcy, zabrali konia, a później mieli odebrać też jedną krowę. Babcia pożaliła się Żydowi, który mieszkał w sąsiedztwie. Ten wziął kij i uderzył krowę w nogę, mówiąc: «Nie zabiorą». Przebił zwierzęciu nogę. Gdy Niemcy zobaczyli tę krowę, powiedzieli: «Nie zabierzemy wam ostatniej krowy, a tę chorą macie zarżnąć». Krowę zabili, a mięso porozkładali w beczkach.

Stanisław Cybulski (po lewej) i Sewastian stoją z tyłu. W pierwszym rzędzie od lewej: Chotyma, Adam, Iwan i Paraska. Koniec lat 1930

10 lat obozów za wypowiedzi antyradzieckie

Dziadek Stanisław Cybulski został aresztowany w 1940 r. Sowieci oskarżyli go o kradzież zboża z młyna. Pracował tam jako strażnik. Został aresztowany na podstawie donosu Żyda, który prawdopodobnie był kierownikiem tego młyna. Przed aresztowaniem dziadek kazał babci, by schowała jego paszport i nikomu o tym nie mówiła.

24 września 1940 r. sąd w Maniewiczach skazał dziadka na rok więzienia. Odsiadywał wyrok w obozach specjalnych NKWD w Zaporożu.

Niecały rok później enkawudziści oskarżyli go o antyradziecką agitację wśród więźniów. Rzekomo wyrażał nadzieję na odrodzenie się państwa polskiego i sabotował roboty, za co wiele razy trafiał do izolatki. W aktach sprawy zaznaczono, że w lipcu 1941 r. dziadek już nie miał lewego oka.

5 sierpnia 1941 r. w Zaporożu, gdzie odbyło się wyjazdowe posiedzenie Trybunału Wojskowego NKWD Obwodu Dniepropietrowskiego, Stanisław Cybulski został skazany na 10 lat obozów za «kontrrewolucyjną agitację nastawioną na obalenie reżimu radzieckiego». Nie udało się nam ustalić, jakie były jego dalsze losy, choć zwracaliśmy się do różnych instancji. Na liście ofiar reżimu totalitarnego, opublikowanej w sześciu książkach z serii «Zrehabilitowani przez historię. Obwód zaporoski», nie ma jego nazwiska.

Rozmowy o dziadku były tematem tabu

Przed aresztowaniem dziadka synowie Stanisława i Chotymy byli zapisani jako Cybulscy. Kiedy dziadek został skazany, babcia przepisała dzieci na swoje nazwisko – Sołobczuk. Od tego czasu rozmowy o dziadku w rodzinie były tematem tabu. Prawdopodobnie babcię zastraszyli.

Najstarszy syn Sewastian – mówiono na niego Felik – był już dorosły i pracował na kolei jako zwrotnicowy. Stał się w zasadzie żywicielem rodziny. Gdy uczepił się wagonu, by trochę podjechać, popchnął go Niemiec. Felik spadł pod pociąg i stracił dłoń. Następnie miał gangrenę, więc został skierowany do Kijowa na operację. Opowiadał, że przyjechał do Kijowa, usiadł gdzieś na ławce i wyczerpany bólem zasnął. Kiedy się obudził, obok niego leżał chleb i kilka ziemniaków. Ktoś zlitował się nad kaleką… W Kijowie wujkowi Felikowi odcięli rękę aż po ramię. Po tym rola żywiciela rodziny przeszła na mojego ojca Iwana.

Po wojnie, w 1948 r., tata dostał pracę na kolei jako defektoskopista. Miał kolegę Iwana, razem jeździli taczanką do Kowla i Sarn, sprawdzając połączenia torów. Nocowali czasem w lesie, czasem w polu. Bali się, ale ojciec musiał karmić rodzinę. W latach 60. ojciec i wujek Adam zaczęli pracować na poczcie. Przez całe dalsze życie rozwozili korespondencję po wsiach.

«Przyznawajcie się, czy są tu Polacy, czy są tu polskie krowy»

Wujek Felik był dobrze wykształcony. Ukończył osiem klas polskiej szkoły, miał kaligraficzny charakter pisma. Znał polski, niemiecki, jidysz. Przed wojną w Maniewiczach było dużo Żydów, wujek rozmawiał z nimi w jidysz, uważali go prawie za swojego. Tata też mówił w jidysz. Nauczyli się języka, bawiąc się z żydowskimi dziećmi.

Jak wspominał ojciec, kiedy w 1942 r. maniewickich Żydów prowadzili na zagładę, poszedł razem z nimi: bawił się z przyjaciółmi na ulicy i dołączył do tłumu. Mnóstwo ludzi – dzieci, kobiety oraz seniorów – prowadziło tylko czterech policjantów. Powiedziano im, że idą do Powurska na budowę mostu. Do lasu uciekło tylko kilku chłopców. Gdyby ta kolumna nie przechodziła obok domu i prababcia Paraska nie zobaczyła i nie wyciągnęła ojca… Ojciec miał przyjaciela Mychajła, który tego dnia wyprowadził na pastwisko krowę. Wspiął się na sosnę i widział, jak ich rozstrzeliwano.

Tata był świadkiem, jak jedną Żydówkę zastrzelono po prostu na ulicy. Była chora i ledwo mogła chodzić. Próbowała uciec, ale policjant strzelił jej w głowę. Według ojca ten policjant był Ukraińcem z pobliskiej wsi Czerewacha. W Maniewiczach rozstrzelano około 3000 Żydów.

Podczas bombardowań wszyscy uciekali z Maniewicz do lasu. Wykopali nawet ziemianki, które służyły jako schrony. Pewnego razu bomba spadła niedaleko domu. Na szczęście dom przetrwał. Tatę, który w tym czasie siedział na parapecie, aż odrzuciło. Miał wtedy około 11 lat.

Pewnego dnia ojciec i jeszcze sześcioro dzieci wypasali krowy. Niedaleko stał spalony polski dom, a dzieci bawiły się przy tym pogorzelisku. Krowy się pasą, dzieci się bawią. Nagle z lasu wyjechały dwa wozy. Mężczyźni ustawili dzieci w szeregu, skierowali na nie karabin i powiedzieli: «Przyznawajcie się, czy są tu Polacy, czy są tu polskie krowy». Dzieci się przeraziły, popłakały, mówią, że nie. Tata podkreślał: «Nikt nie powiedział, że jestem Polakiem». Dzieci razem dorastały i bawiły się, dlatego nikt się nie przyznawał. Na szczęście ktoś jechał konno i skarcił tych mężczyzn, że się znęcają się nad dziećmi.

Niemiec dał możliwość ucieczki

Kiedy Niemcy w 1944 r. wycofywali się z Maniewicz wywozili całą ludność cywilną. Zabrali też całą naszą rodzinę, nawet prababcię Paraskę i wujka Felika, który wówczas już nie miał ręki. Wywieźli wszystkie rzeczy, nawet kołdry z poduszkami, i załadowali do wagonów. Obok stał na dyżurze Niemiec, więc wujek Felik, który znał niemiecki, zaczął go namawiać, by ich puścił. Odpowiedział: dopóki pociąg stoi, uciekajcie. Dał im szansę na ucieczkę. Pociąg stał przy starej drodze do wsi Maniewicze (obecnie Prylisne – red.), dlatego schowali się pod wagonem i szybko uciekli w tym kierunku.

Dwa miesiące ukrywali się u krewnych w dzisiejszym Prylisnem. Następnie postanowili udać się do Maniewicz i zobaczyć, czy przetrwał ich dom. Najpierw poszła prababcia Paraska. Za nią – babcia Chotyma. Potem ruszyli Felik, Adam i Iwan. Po drodze zatrzymał ich patrol Polaka-partyzanta Józefa Sobiesiaka (działacz komunistyczny, partyzant radziecki – red.). Poznali ich i puścili. Na miejscu dowiedzieli się, że Niemcy wycofali się do Kołek i już nie wywożą ludności z Maniewicz. Dodam, że do niedawna w Maniewiczach była nawet ulica Józefa Sobiesiaka.

Przyjaciele ojca i wujków przenieśli się do Polski na początku lat 50. Wówczas wyjechało wielu Polaków, w tym przyjaciel rodziny Jan Trojan z Rafałówki. Osiedlił się w Zamościu. Razem z żoną często przyjeżdżał do Maniewicz. Moi krewni nie mogli wyjechać, bo wszędzie w dokumentach byli zapisani jako Ukraińcy. Później, pod koniec lat 60. – na początku lat 70. ojciec i wujek Felik chcieli pojechać do Polski w odwiedziny do Jana Trojana. Ten wysłał im zaproszenie. Władze radzieckie nie pozwoliły im na wyjazd. Tylko matka i żona Sewastiana dostały zezwolenie.

Choć ochrzczono nas w cerkwi, chodzimy na msze do kościoła

Moja rodzina ze strony matki pochodzi ze wsi Kunycze w obwodzie winnickim. Dziś jest to teren Hromady Kryżopol w rejonie tulczyńskim. Dziadek Parfenij z (1910–1997) i babcia Łukia (1914–2001) Hersunowie mieli trójkę dzieci: Hałynę (moja matka, ur. 1935), Wasyla (ur. 1942) i Nadię (ur. 1951). Wiem, że mój dziadek Parfenij brał udział w wojnie fińskiej, polsko-radzieckiej i radziecko-niemieckiej. W czasie II wojny światowej trafił do niewoli niemieckiej, ale udało mu się uciec.

Parfenij i Łukja z dziećmi. Stoi matka Serhija Sołobczuka Hałyna

Rodzina z obwodu winnickiego. Matka Serhija Sołobczuka na dole po prawej. Babcia Łucja stoi po prawej. Ok. 1940 r.

Matka ukończyła technikum finansowe we Lwowie. Z ojcem poznała się w Maniewiczach, gdzie została skierowana do pracy. Rodzice pobrali się w 1956 r. Urodziło się im dwoje dzieci: mój brat Ołeksandr (ur. 1957) i ja (ur. 1962).

Grób Iwana Sołobczuka

Po raz pierwszy do Polski pojechałem razem ze śp. księdzem Andrzejem Kwiczalą. Sam nie prowadził samochodu, dlatego pojechałem z nim do Lublina, aby kupić jakieś naczynia do kościoła. Andrzej był dla mnie niemal jak brat. Święta obchodziliśmy razem w gronie rodzinnym. Jego rodzice przyjeżdżali do nas, a my – do nich.

Choć zostaliśmy ochrzczeni w cerkwi, chodzimy na msze do kościoła Ducha Świętego w Maniewiczach. Należymy również do miejscowego oddziału Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej.

Serhij Sołobczuk z żoną, dziećmi i wnukami

Olga Szerszeń

Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Serhija Sołobczuka

Powiązane publikacje
Rodzinne historie: Wspomnienia rówieńskiego krajoznawcy Czesława Chytrego
Artykuły
«Pamiętam, jak pięknie grały organy w kościele Świętego Antoniego. Pamiętam również, jak je zniszczono, jak splądrowano świątynię, jak ścięto krzyże na wieżach, jak wszystko rozkradziono i wywieziono. Chociaż kościół zamknięto, wciąż modliliśmy się do Boga. Zaczęliśmy się gromadzić w domach. Potajemnie. Żyliśmy w wierze katolickiej» – wspomina 79-letni Czesław Chytry z Równego. 
13 marca 2026
Rodzinne historie: Tę historię chcę przekazać moim dzieciom
Artykuły
Oleksandr Kiś przez całe życie, z wyjątkiem lat studenckich spędzonych w Winnicy, mieszka w Łucku. Jego rodzina ze strony matki pochodzi z Podola, a przodkowie ze strony ojca przenieśli się na Wołyń z województwa lubelskiego, prawdopodobnie w okresie II wojny światowej.
27 lutego 2026
Rodzinne historie: Nasza polskość kształtowała się w kościele
Artykuły
Polacy osiedlili się na Podolu w czasach I Rzeczypospolitej. I pomimo trudnych wydarzeń historycznych i odległości geograficznej, wynikającej z faktu, że od współczesnej granicy polsko-ukraińskiej dzielą ich setki kilometrów, miejscowym skupiskom Polaków udało się przetrwać i zachować tożsamość narodową.
13 lutego 2026
Rodzinne historie: «Nie przypuszczałem, że zostanę wojskowym»
Artykuły
«Mój ojciec był Ukraińcem, a mama – Polką. Ucząc się języka polskiego, czytając polskie książki, a następnie wyjeżdżając do Polski, zacząłem odkrywać w sobie więź z polską linią swojej rodziny. Teraz uważam się za ukraińskiego Polaka. Za człowieka, który ma jedno serce na dwa narody» – mówi 45-letni Andrzej Końko.
30 stycznia 2026
Rodzinne historie: «Połowa uczniów w mojej klasie była Polakami»
Artykuły
«Polaków u nas, w Nowej Borowej na Żytomierszczyźnie, było wielu. W mojej klasie chyba z połowa uczniów była Polakami, a druga – Ukraińcami» – mówi Ludmiła Wysocka, z domu Rusecka.
21 listopada 2025
Rodzinne historie: Obu dziadków zamordował reżim sowiecki
Artykuły
«Obie moje babcie rozmawiały po polsku, dziadków nie znałem, bo obu zamordowały władze sowieckie» – opowiada Walenty Wysocki. Pochodzi ze wsi Nowa Borowa w obwodzie żytomierskim, obecnie mieszka w Zdołbunowie w obwodzie rówieńskim.
07 listopada 2025
Rodzinne historie: Od Krzemieńca do Buenos Aires
Artykuły
«Fascynuje mnie znajdywanie krewnych, których od dawna nie widziałam lub w ogóle nie znałam, i śledzenie, wyłapywanie wspólnych cech. Możesz nie znać człowieka, nie rozmawiać z nim przez lata, ale pokrewieństwo trwa» – mówi Natalia Urbańska (z domu Mszaniecka) z Tarnopola.
10 października 2025
Rodzinne historie: «Wszystko zaczęło się od ręczników mamy»
Artykuły
Maria Fedorczuk połączyła swoje życie z dwoma miejscowościami w obwodzie rówieńskim: w Kostopolu urodziła się i spędziła większość życia, a w Topczy w Hromadzie Korzec stworzyła etnograficzny skarbiec.
26 września 2025
Rodzinne historie: «Moi dziadkowie są przesiedleńcami»
Artykuły
Nasza rozmówczyni Lubow Doczak urodziła się i mieszka we wsi Sidorów w Hromadzie Husiatyn w rejonie czortkowskim w obwodzie tarnopolskim. Tu spotkali się i pobrali jej rodzice. «Nasze dzieciństwo było wspaniałe. Mieliśmy wielu krewnych, bardzo dobrych, wszyscy zjeżdżali się do nas na święta» – wspomina pani Lubow.
12 września 2025