Historia, tradycja i kultura każdego narodu to także kuchnia i potrawy podawane na świąteczny stół. W Polsce tę prawdę widać szczególnie wyraźnie podczas Wigilii, kiedy to na białym obrusie pojawiają się dania, które, choć nieraz przechodzą subtelne modernizacje lub ulegają dziwnym i nie zawsze przemyślanym przemianom, w swej istocie pozostają nośnikiem pamięci o dawnych czasach, wierzeniach, a nawet o sposobie myślenia naszych przodków.
Wigilia jest bowiem nie tylko kulinarnym rytuałem i mistycznym przeżyciem, ale także kulturową opowieścią, w której każdy składnik, zapach i gest ma swoje znaczenie.
Weźmy choćby taki sobie zwykły barszcz z uszkami. Dziś traktowany niemal jak oczywistość, niezbędny element wigilijnego menu. Jego intensywny, czerwony kolor miał zawsze u naszych przodków szczególne znaczenie. Nie był tylko prozaicznym wynikiem długiego gotowania buraków.
W tradycji ludowej czerwień kojarzyła się z siłą, zdrowiem i ochroną przed złymi mocami. Właśnie dlatego przygotowywano go z wielką starannością, wierząc, że zapewni rodzinie pomyślność na nadchodzący rok.
Uszka, najczęściej nadziewane grzybami, same w sobie były symbolem lasu. Tej bajkowej, obecnej w większości legend, przestrzeni tajemniczej, niczym nieograniczonej, ale życiodajnej. W polskiej kulturze ludowej las zawsze był miejscem pełnym znaczeń, a grzyby traktowano niemal magicznie. Nic więc dziwnego, że trafiły na stół w tak ważnym dniu.
Z kolei karp, dziś nierzadko obiekt niezbyt wyrafinowanych żartów, niekiedy kulinarnej krytyki, pojawił się na wigilijnym stole relatywnie późno. Dopiero w XX wieku stał się symbolem świąt w całym kraju. Jednak tradycja jedzenia ryb w Wigilię ma korzenie głębsze, wynikające z katolickiego postu. Ryba była pokarmem czystym, skromnym, a jednocześnie na tyle uroczystym, by podkreślić wyjątkowość wieczoru.
Co ciekawe, dawniej, zwłaszcza w bogatych domach, bardzo często podawano na Wigilię sandacza, lina czy szczupaka. Bez wątpienia ryby znacznie bardziej wykwintne. Popularność karpia to zwycięstwo praktyczności nad prestiżem: hodowano go w stawach klasztornych i dworskich, był powszechnie dostępny, a przede wszystkim tani. A potem, jak to bywa z tradycjami, zagnieździł się w zbiorowej świadomości i już tam został.
Kolejnym fascynującym elementem kulinarnej symboliki jest kutia, szczególnie popularna na Kresach. Danie pełne ziaren, maku, miodu i bakalii było niegdyś czymś więcej niż słodkim deserem. Było symbolem dostatku, płodności i ciągłości życia. Mak od wieków był w kulturze słowiańskiej traktowany jako produkt magiczny, przyciągający dobrobyt, ale też łączący świat ludzi i przodków. Jedząc kutię, symbolicznie zapraszano tych ostatnich do stołu, wierząc, że Wigilia jest czasem, gdy granice między światami są cieńsze niż na co dzień.
Idea dodatkowego nakrycia na stole, tego pustego miejsca dla wędrowca lub dla zbłąkanego gościa, ma swoje korzenie nie tylko w chrześcijańskiej gościnności. Dawniej wierzono, że jest to także miejsce dla duchów przodków, które właśnie tej nocy wracają, by pobyć z rodziną. To jeden z najbardziej wzruszających i trwałych śladów kultury ludowej, który przetrwał w formie zwyczaju do naszych czasów.
Nie można zapominać też o kapuście z grochem, daniu dziś traktowanym raczej jako ciężkie i mało wyrafinowane, do którego sympatią pała już znacznie mniejsza liczba biesiadników. Kapusta zawsze kiszona, długo przechowywana była symbolem zaradności i gospodarności. Groch natomiast, podobnie jak mak, kojarzono z płodnością i obfitością. Połączenie tych składników było więc nie tylko kulinarnym mariażem, ale także talizmanem i zaklinaniem dobrobytu na następny rok.
Wigilijny stół to również świadectwo polskiej wielokulturowości. Pierogi, bez których nie wyobrażamy sobie tego wieczoru, a lepienie ich może doprowadzić do szewskiej pasji, mają przecież tradycje sięgające między innymi wpływów tatarskich. Aromatyczny kompot z suszu, urozmaicany teraz owocami egzotycznymi, to delikatne nawiązanie do dawnych metod konserwacji owoców. Jest także symbolem końca cyklu natury, jesieni przechodzącej łagodnie w otuloną śniegiem zimę.
To wszystko pokazuje, jak bardzo polska Wigilia jest przestrzenią do rozmowy między przeszłością a teraźniejszością. Z jednej strony przechowujemy dawne gesty i przepisy niemal bez zmian. Z pietyzmem odmierzamy, odliczamy i dodajemy wszystkie składniki potraw, których przepisy skrywają pożółkłe kartki książek kucharskich oddziedziczonych po mamach, babkach i prababkach. W przeciwnym razie czulibyśmy, że coś z tradycji ulatuje, że niszczymy pewne wartości nie tylko kulinarne, ale i kulturowe.
Z drugiej strony coraz częściej pozwalamy sobie na kreatywność: karp przyrządzany jak ryba po grecku zastępuje tego w galarecie, makowiec staje się substytutem kutii, barszcz może pojawić się w bardziej nowoczesnej, lekkiej wersji. Mimo to sedno pozostaje takie samo: potrawy wigilijne mają nie tylko nasycić głód, lecz także opowiedzieć pewną historię.
W świecie, w którym wiele elementów kultury traci znaczenie lub ulega komercjalizacji, to właśnie kuchnia okazuje się zaskakująco trwałym łącznikiem między pokoleniami. Przepis na pierogi czy barszcz przekazywany przez babcię ma w sobie więcej niż listę składników. Zawiera wspomnienia, emocje, rodzinne rytuały, a nawet cichy przekaz: pamiętaj, skąd jesteś, jaka jest historia twojej rodziny.
Może właśnie dlatego Wigilia jest tak wyjątkowa. Nie dlatego, że staramy się zjeść wtedy dwanaście dań, ani dlatego, że cała rodzina zbiera się przy stole. Jej wyjątkowość tkwi w tym, że w tych potrawach zawiera się opowieść o Polsce. O kraju, który przeszedł burzliwe dzieje. Mimo stu dwudziestu trzech lat niewoli zachował zadziwiającą zdolność pielęgnowania swoich zwyczajów.
To historia o kulturze, która zmienia się, ale nie zapomina o swoich korzeniach. O rodzinach, które choć coraz bardziej zabiegane i zmęczone wciąż znajdują czas, by wspólnie lepić pierogi lub zaśpiewać przy roziskrzonej światłami choince kolędy. Wigilijne potrawy to więc nie tylko smak dzieciństwa. To smak kultury, naszej, żywej, opowiadanej przez kolejne pokolenia na nowo co roku. Przy każdej łyżce barszczu, przy każdym wigilijnym uszku, które trochę się rozkleiło, ale przecież nikt nie będzie narzekał na takie głupstwa.
Bo Wigilia jest czasem wzruszeń, opowieści, tradycji i kulinarnej magii, której nie sposób znaleźć nigdzie indziej.
Gabriela Woźniak-Kowalik,
nauczycielka skierowana do Łucka przez ORPEG
Na zdjęciu: Tradycyjne nakrycie stołu wigilijnego w Polsce. Autor: Przykuta, CC BY-SA 3.0.