Ileż ja znam takich kobiet, które jednocześnie gotują zupę, smażą naleśniki, rozmawiają przez telefon o nowym zleceniu na projekt ogrodu, a przy tym wszystkim co jakiś czas podnoszą małoletnie pacholę, które drąc się wniebogłosy akurat domaga się wzięcia na ręce.
Pewna moja daleka, dobrze wykształcona znajoma zawsze wszem i wobec z marsową miną powtarzała, że do jej kuchni psy i mężczyźni wstępu nie mają. Wszelako ta kolejność była rzeczą przypadku, a mimo wielokrotnego wysłuchiwania owej maksymy życiowej i tak, za każdym razem, wywoływała u mnie lekką konsternację.
Mój starszy o siedem lat brat, na wieść, że oto został posiadaczem drącej się wniebogłosy siostry, mógłby – gdyby tylko wówczas znał ten związek frazeologiczny – powiedzieć sobie: ładny gips.
Z wywieszonym językiem wpadam do domu i na łapu capu wyciągam z głębin szafy pierwszą lepszą kieckę, tudzież inną wierzchnią część garderoby – bluzkę, spodnie, spódnicę. Ważne, by były wyprasowane oraz nieco bardziej uroczyste w swym tekstylnym wyglądzie.
Ze świecą szukać takiego, który nie znałby baśni Hansa Christiana Andersena o królu nabitym w butelkę lub, jak kto woli, wystawionym do wiatru (co gorsze – pewną wstydliwą częścią ciała) przez spryciarzy znających się dobrze na ludzkiej psyche.
Bladym świtem wyruszyliśmy w długą a ciekawą drogę z Krakowa do Kołobrzegu. Perspektywa miłego wypoczynku i leżenia do góry brzuszkiem nad pięknym polskim morzem przez następne dni sprawiała, że ilość endorfiny w organizmie przekraczała wszelkie dopuszczalne normy.
Od czasu do czasu, na oko tak raz do roku, przychodził radosny moment, że bliższa i nieco dalsza rodzina spotykała się u ukochanej cioci Zosi na imieninach. Rzeczona siostra ojca czyniła już dość wcześnie przygotowania do tego ważnego wydarzenia.
Niewątpliwie była to jakaś niezwykle ważna, nie z tej ziemi okazja, z której warto było urządzić proszoną kolację dla wszystkich bliskich sercu gospodarzy przyjaciół. Dziadkowie, bo o nich tu mowa, jak to było w kanonie przedwojennego savoir-vivre’u, swoich gości witali przy drzwiach.
Pamiętacie te bezgrzeszne lata, kiedy wolno było wszystko, a świat jawił się wprawdzie jako ogromny, ale dobry i piękny? Czasy, w których na wszystko wybałuszaliśmy oczy, tkwiąc w niemym zachwycie tudzież zdumieniu?
Ledwie bladym świtem, przemieszczając się jak mucha w smole, zdołam przetrzeć zaspane oczęta tudzież myśli splątane pozbierać w jakąś logiczną całość, a już atakują mnie zewsząd natrętne reklamy, dobre rady i nader ważne informacje maści wszelakiej.