«Wszystkie groby moich krewnych zostały tam, na cmentarzu w obwodzie chmielnickim» – mówi 76-letni Michał Bedraty ze Zdołbunowa.
Nasz rozmówca jest parafianinem miejscowego kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła, a także tamtejszego Towarzystwa Kultury Polskiej. Dzisiaj dzieli się z «Monitorem Wołyńskim» historią swojej rodziny.
Pochował brata na wojnie
Rodzice naszego rozmówcy Franka Chotyniec (1923–2010) i Anton Bedraty (1919–1965) to Polacy ze wsi Żyszczyńce w obwodzie chmielnickim (obecnie w składzie Hromady Gródek w rejonie chmielnickim). Wychowali trójkę dzieci: Mikołaja (1942–1969), Marię (ur. 1947) i naszego rozmówcę Michała (ur. 1948).

Franka Nawrocka (z domu Chotyniec) pierwsza od prawej
«Z dokumentów wiem, że rodzice mojego ojca mieli na imię Mateusz i Anna. Zmarli wcześnie: tata z bratem zostali osieroceni. Ojciec miał wówczas 14 lat, a jego brat Karol – 16. Kiedy zostali sami, musieli ciężko pracować na równi z dorosłymi.
Dziadek i babcia ze strony matki nazywali się Antonina Mazur (1897–1977) i Włodzimierz Chotyniec (1901–1953). Mieli dwoje dzieci: Frankę (moją matkę) i Michała. Ich rodzina żyła dość dobrze, mieli gospodarstwo. Moi rodzice znali się od dziecka, mieszkali w tej samej wsi. Dziadek Włodzimierz jeszcze mówił, że chciałby mieć Antona za zięcia» – mówi Michał Bedraty.

Michał Chotyniec
Bracia Anton i Karol Bedratowie zostali razem wezwani do wojska w latach wojny radziecko-niemieckiej. Według naszego rozmówcy walczyli m.in. w składzie 2 Frontu Białoruskiego.
«Rodzice pobrali się 15 lutego 1942 r. Tata już był w wojsku. Mama opowiadała, że wzięli ślub w kościele na terenie dzisiejszej Białorusi. Nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie dokładnie. Wiem, że tata został powołany do wojska razem z Karolem. Służyli we dwójkę. Karol zginął, a tata trafił do niewoli niemieckiej. Był jeńcem, taki los. Ojciec był wysoki i przed wojskiem ważył około 100 kg, a kiedy wrócił – jedyne 72 kg. Wówczas było tak: ci, którzy trafili do niewoli niemieckiej, bardzo się bali powrotu do domu, aby sowieci nie oskarżyli ich o szpiegostwo na rzecz Niemców… Tata jeszcze długo leżał w szpitalu, ponieważ miał dużo obrażeń» – mówi Michał Bedraty.
Rozmawialiśmy po ukraińsku, ale modliliśmy się po polsku
Po II wojnie światowej Anton Bedraty pracował przy układaniu dróg, a później na Kolei Południowo-Zachodniej, na stacji Wiktoria w Gródku, około 7 km od rodzinnych Żyszczyniec. Franka Bedraty również dostała pracę w Gródku – w zakładzie mleczarskim.
Rodzina planowała wyjechać do Polski, ale nie dostała pozwolenia od władz lokalnych. Pan Michał wspomina, że choć jego krewni załatwili dokumenty, na wyjazd pozwolono tylko jego babci Antoninie. Nie chciała jednak jechać sama. Niektórym krewnym z kolei udało się urządzić w Polsce, na przykład w Łodzi.
«Do kołchozu żaden z rodziców nie poszedł. Pracowali w Gródku, dlatego tak naprawdę wychowywała nas babcia Antonina, gdyż mieszkaliśmy w Żyszczyńcach. W domu rozmawialiśmy po ukraińsku, nikt nas nie uczył języka polskiego. Modliliśmy się jednak po polsku. Babcia uczyła nas modlitw, kazała modlić się każdego rana i wieczoru. Była niepiśmienna, nie umiała czytać, ale jak trzeba było policzyć pieniądze, to sobie radziła. Nawiasem mówiąc, w rodzinie babci było 14 dzieci. Wszyscy byli głęboko wierzący i dożyli do sędziwego wieku. Babcia pochodziła ze wsi Basiwka (obecnie również Hromada Gródek w obwodzie chmielnickim – aut.). Nie wiem, jak poznali się z dziadkiem. Oprócz dzieci babcia wychowywała także trójkę wnuków. Złota była, bardzo kochana. Nadaliśmy wnuczce imię na cześć mojej babci Antoniny» – uśmiecha się pan Michał.

Anton Bedraty z córką Marią (po jego lewej)
To babcia przygotowywała go z siostrą Marią do pierwszej spowiedzi. Nasz rozmówca wspomina, że we trójkę musieli jechać do kościoła w Hreczanach (dziś dzielnica miasta Chmielnicki), ponieważ w tym czasie kościół w Gródku był już zamknięty. «Co niedzielę chodziliśmy do kościoła w Gródku. Został zamknięty, gdy uczyłem się w szkole, gdzieś na początku lat 60. Na pierwszą spowiedź babcia zabrała nas z siostrą już do Hreczan. Bardzo dobrze to zapamiętałem. Byłem wtedy w piątej klasie. Było ciepło. Jechaliśmy ciężarówką, siedząc na desce między burtami. Nie wiem, dlaczego nie baliśmy się» – wspomina Michał Bedraty.
Dodaje, że w starszych klasach musiał chodzić z rodzinnych Żyszczyniec do szkoły we wsi Pilny Ołeksyneć (dzisiaj także Hromada Gródek). Między tymi dwiema miejscowościami biegła kolej, na której pracował jego ojciec. «Poszedłem do szkoły trochę wcześniej, aby uczyć się z moją siostrą, która była o rok starsza. Co jeszcze mogę powiedzieć o dzieciństwie? Zanim poszedłem do szkoły, brat namówił mnie do pasienia krów za wsią, więc pasłem te krowy… Pamiętam jeszcze, jak uczyłem się w szkole, ktoś doniósł, że dzieci chodziły do kościoła święcić paski, a potem nauczycielka nas pouczała i karciła» – mówi nasz rozmówca.
Jego ojciec Anton Bedraty zmarł, gdy Michał był w ostatniej klasie: «Gdy zmarł ojciec, bardzo płakałem. Był bardzo dobry i kochał mnie. Przez 17 lat ani razu mnie nie skrzywdził, nie krzyczał. Od dzieciństwa umiałem wydoić krowę, mogłem pomóc w gospodarstwie, ojciec nie mógł się nacieszyć, że taka pomoc dla niego rośnie. Tata zawsze był po mojej stronie… Zmarł wcześnie, w 1965 r. Na wojnie został ranny. Miał obrzęki nóg, bolało go serce. A w dodatku nie było samochodu, by odwieźć go do szpitala. Kiedy w końcu go zabrali, w szpitalu powiedziano nam, że takich już się nie przywozi. Został przyjęty wieczorem 7 listopada i zmarł wpół do drugiej w nocy».
Franka i Anton Bedratowie przeżyli razem 24 lata. Później, w 1979 r., Franka wyszła za mąż po raz drugi – za Iwana Nawrockiego. «Mama dożyła 86 lat. Brat Mikołaj zmarł po wojsku. Służył na stacji tankowania rakiet w Lipiecku i został napromieniowany… Wszystkie groby moich krewnych znajdują się w obwodzie chmielnickim. Nie został tam już nikt z rodziny. Siostra przeniosła się do obwodu odeskiego» – mówi Michał.

Franka Nawrocka (z domu Chotyniec)
Gdziekolwiek jest, idzie do kościoła
Po szkole nasz rozmówca uczył się w technikum w Kamieńcu Podolskim. Służył w wojsku. Został skierowany do pracy jako budowniczy do Zdołbunowa. Tutaj poznał swoją żonę Wirę Antoniuk (ur. 1947), która również została skierowana do Zdołbunowa po studiach. Jest greko-katoliczką z obwodu tarnopolskiego, również polskiego pochodzenia.
«Mieszkam w Zdołbunowie już 53 lata. Tutaj się poznaliśmy z żoną. Ukończyła technikum i przyjechała do pracy w zakładzie jako technolog. Ja przybyłem dwa lata później. Zauważyłem ładną dziewczynę o jasnych włosach. Bardzo mnie się spodobała. Później pojechaliśmy spotkać się z jej rodzicami, którzy mieszkali w obwodzie tarnopolskim. Pobraliśmy się 3 października 1971 r. w kościele w Gródku. Tamtejszy kościół został wówczas już otwarty» – mówi pan Michał. Mają z żoną dwoje dzieci: Mikołaja (ur. 1972) i Natalię (ur. 1976).
Od powstania Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej pan Michał dołączył do organizacji i obecnie jest jej aktywnym członkiem, w szczególności regularnie uczestniczy w porządkowaniu miejscowego katolickiego cmentarza. Przez jakiś czas uczęszczał na zajęcia z języka polskiego w szkole przy Towarzystwie. Jak mówi nasz rozmówca, po raz pierwszy odwiedził Polskę ze swoją matką w 1991 r. Potem jeździł już z synem. Odwiedzali tamtejszych krewnych.
Po przejściu na emeryturę Michał Bedraty zaczął poświęcać więcej czasu jednej ze swoich pasji – grze w szachy. «Mama nauczyła mnie grać, gdy miałem 13 lat. Od tej pory gram. Były okresy, kiedy grałem codziennie. Miałem różnych partnerów. Był jeden mężczyzna, który też uwielbiał grać. Mówił mi: «Przychodź do mnie, kiedy chcesz». Pewnego razu graliśmy przez całą noc, aż do rana… Teraz też gram. Jeśli mogę, jeżdżę na turnieje. Teraz nawet częściej, niż w młodych latach. I gdziekolwiek jestem, jeśli mam możliwość wstąpić na mszę świętą, zawsze idę do kościoła lub kaplicy» – podkreśla pan Michał.
Olga Szerszeń
Na głównym zdjęciu:Michał Bedraty. Październik 2024 r.
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Michała Bedratego
