«W chutorze w pobliżu Maniewicz mieszkała wróżka. Miejscowe panienki często do niej chodziły. Ta wróżka powiedziała do babci: «Masz dwóch kawalerów – blondyna i bruneta. Jeżeli wybierzesz blondyna, będziecie razem niedługo». Babcia nawet nie mogła sobie wyobrazić, jak niedługo. Po ślubie przeżyli wspólnie tylko trzy dni».
Przeprowadzki w latach I wojny światowej, represje na początku II wojny, oblężenie Kowla w 1944 r., repatriacja krewnych, odbudowa kościoła i spotkanie małżonków po dziesięcioleciach – dziś swoją rodzinną historię opowiada nam tłumacz, krajoznawca i pracownik redakcji «Monitora Wołyńskiego» Roman Pawluk z Maniewicz.
Wszystkie dzieci urodziły się w różnych miejscowościach
«Urodziłem się w rodzinie mieszanej. Mam polskie korzenie ze strony mamy. Pradziadek Paweł Skowronek (1891–1958) і prababcia Józefa Pśnik (1895–1939) pochodzili z Lubelszczyzny. Przez wojnę rodzina zmuszona była uciekać z rodzinnych stron i ciągle przenosić się z miejsca na miejsce. Pradziadkowie mieli czworo dzieci: Helenę (1915–1988), Kazimierę (1918–2008), Jana (1923–2003) i Janinę (1926–2019). Wszystkie urodzone w różnych miejscowościach. Na przykład moja babcia Kazimiera urodziła się w Bukach na Kijowszczyźnie (ob. rejon białocerkiewski – aut.). Została ochrzczona w najbliższym kościele w Skwirze, leżącej w odległości 14 km od Buków. Do dziś w rodzinie jako relikwia przechowywana jest metryka jej chrztu, spisana ręcznie według dawnej rosyjskiej pisowni. Została wydana przez proboszcza parafii Świętego Jana Nepomucena w Skwirze ks. Piotra Trockiego» – opowiada Roman.

Paweł Skowronek. Koniec lat 20. – pocz. 30.

Józefa Skowronek (z domu Pśnik). Koniec lat 20. – pocz. 30.
Po I wojnie światowej Skowronkowie na jakiś czas wrócili na Lubelszczyznę, jednak w połowie lat 20. w poszukiwaniu pracy przenieśli się na Wołyń. Najpierw – do Maciejowa (ob. Łuków w rejonie kowelskim). Paweł pracował na kolei, zaś Józefa zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Ich starsze córki Helena i Kazimiera uczęszczały do szkoły dla dziewcząt działającej przy klasztorze sióstr niepokalanek w maciejowskim pałacu Miączyńskich. W 1927 r. Skowronkowie przeprowadzili się do Maniewicz.
«Pradziadek Paweł dowiedział się, że ma tam powstać wielka fabryka. Od 1930 r., kiedy w Maniewiczach ruszył zakład belgijskiego producenta parkietu Auguste Lachappelle Parquets, podjął w nim pracę.
Generalnie rodzina Skowronków była biedna. Moja babcia w wieku 14 lat po ukończeniu siedmioletniej szkoły w Maniewiczach, by finansowo wesprzeć rodzinę, w której pracował tylko ojciec i wychowywano dwoje małych dzieci, zdecydowała się przystać na prośbę dalszej rodziny z Lubelskiego. Krewni napisali do ojca, że w ich rodzinie urodziło się dziecko, więc szukają opiekunki, ponieważ w gospodarstwie musi ktoś pracować. Babcia przekonała rodziców, że da radę. Udając się na zachód cieszyła się, że finansowo im pomoże i trochę się uniezależni.
W ciągu pierwszego miesiąca rzeczywiście opiekowała się dzieckiem, jednak później gospodarze zaczęli coraz bardziej zmuszać ją do karmienia trzody i wykonywania ciężkiej pracy. Przez całą zimę na mrozie mieszała w lodowatej wodzie karmę dla świń, przez co jej jeszcze dziecięce dłonie pokryły się ranami. Odpowiadając na ojcowskie listy, zapewniała krewnych, że u niej wszystko w porządku. Jednak na wiosnę ojciec postanowił odwiedzić córkę. Kiedy przyjechał, na widok swojej Kazi prawie się rozpłakał z żalu i natychmiast zabrał ją do Maniewicz.
W domu znowu pojawił się temat zarobków, ponieważ w rodzinie się nie przelewało, a pracować w ówczesnej Polsce można było od 16. roku życia. Jej starsza siostra Helena już zatrudniona była w wytwórni parkietów, a mojej babci brakowało wtedy jednego roku do osiągnięcia zawodowej dorosłości. Ojcu jakoś udało się przekonać proboszcza parafii ks. Bolesława Jastrzębskiego do wydania jej zaświadczenia z fikcyjną datą urodzenia i chrztu, co sprawiło, że była o rok starsza. Właśnie w taki sposób w wieku 15 lat moja babcia rozpoczęła swoje prawdziwe życie zawodowe w belgijskiej fabryce, zajmując się pakowaniem gotowych fragmentów parkietu artystycznego, produkowanego z egzotycznych, różnobarwnych gatunków drewna.
Chociaż pieniędzy w domu nigdy nie było za dużo, Helena i Kazimiera, jak wszystkie młode dziewczyny, pragnęły ładnie wyglądać. Jakoś wyprosiły u ojca pieniądze na nowe pantofle i pojechały na zakupy do Kowla. Na wystawie sklepowej spodobało się im znacznie droższe obuwie, ale pieniędzy starczyłoby tylko na buty, a trzeba było jeszcze kupić bilety powrotne. Więc kupiły te pantofle i wracały do domu pieszo – a to przecież 60 km! Ale takie buty, jak nie kupić?! Szły przez dwie doby. W domu uczyniło się zamieszanie, jednak, Bogu dzięki, cała ta historia dobrze się skończyła.
Babcia opowiadała, że do woli najeść się mięsa można było tylko raz w roku – na Wielkanoc. А czekolada kojarzyła się jej tylko z jednym – randką. Dawniej kawaler musiał uzyskać zgodę ojca dziewczyny, by mogli razem pójść na tańce. Zazwyczaj, w takiej sytuacji chłopcy kupowali dziewczynom czekoladowe bombonierki. To była jedyna czekolada jej młodzieńczych lat» – zaznacza Roman.

Józefa Skowronek (pośrodku) z dziećmi. Pierwsza z prawej stoi Kazimiera. Lata 1936–1938
«Co, po Piłsudskim płaczecie?»
Prababcia naszego rozmówcy, Józefa, zmarła przed samą II wojną światową. Po dwóch tygodniach od wybuchu wojny Maniewicze, jak również cały Wołyń, zostały zajęte przez ZSRR.
«Pierwsze doświadczenie wojny mojej babci było związane właśnie z wkroczeniem sowieckiego wojska. Była zszokowana jego wyglądem. Żołnierze Armii Czerwonej w żaden sposób nie przypominali jej wojskowych, których przyzwyczaiła się widzieć. A żołnierzy – przystojnych, eleganckich, w wypucowanych na glanc butach, w Maniewiczach widziano dość często, ponieważ odbywały się tam obozy wojskowe. Więc kiedy zobaczyła we wrześniu 1939 r. sowieckich żołnierzy, nie mogła uwierzyć, że to są wojskowi. W onucach, brudnym obuwiu i budionnówkach – przypominali jej żebraków.
Babcia miała też i przykre wspomnienia. Ponieważ przed wojną zmarła mama, według ówczesnego zwyczaju nosiły z siostrą żałobne opaski na ramieniu. Pewnego razu natknęły się na czerwonoarmistę. Ten agresywnie się zachowywał, zerwał im opaski z ubrań krzycząc po rosyjsku «Co, po Piłsudskim płaczecie?». Po tym zdarzeniu strasznie się bały i unikały sowieckich żołnierzy» – opowiada Roman.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej, życie w Maniewiczach radykalnie się zmieniło. Prawie od razu miejscowi spotkali się z katastrofą gospodarczą. Jeśli w końcu lat 30. w miasteczku było półtorej setki zakładów handlowych, to po przyjściu sowietów funkcjonował tylko jeden sklep. Ludzie zajmowali kolejkę do niego w nocy. Brakowało wszystkiego.
W lutym 1940 r. zaczęła się szeroko zakrojona akcja represji wobec Polaków. Na stacji kolejowej o każdej porze doby stał pociąg, którym wywożono w głąb ZSRR ludzi z Maniewicz i okolicznych wiosek. Nasz rozmówca przypuszcza, że jego krewnych nie wywieźli, bo rodzina była niezamożna. Poza tym, Paweł Skowronek był zwykłym robotnikiem w fabryce i nie należał do żadnej organizacji lub partii. Represjom poddawani byli głównie Polacy, którzy byli urzędnikami lub posiadali ziemię.
Zapukali w nocy do drzwi i uprowadzili męża
«Babcia Kazimiera miała dwóch kawalerów. W chutorze w pobliżu Maniewicz mieszkała wróżka. Miejscowe panienki często do niej chodziły. Ta wróżka powiedziała do babci: «Masz dwóch kawalerów – blondyna i bruneta. Brunet – bogaty. Jeżeli poślubisz go, będziecie żyć długo i szczęśliwie. Jeżeli wybierzesz blondyna, będziecie razem niedługo». Brunet był lwowiakiem, pochodzącym z zamożnej rodziny. Przyjeżdżał do Maniewicz w sprawach biznesowych. Jednak babcia poślubiła blondyna – Józefa Lintnera. Był to kowelski chłopak, mieszkający i pracujący w Maniewiczach. Wzięli ślub w miejscowym kościele w październiku 1940 r. Babcia wspominała, że był wtedy bardzo ciepły październik. Po ślubie przeżyli wspólnie tylko trzy dni. W nocy zapukano do drzwi i zabrano Józefa. Wróżka zapowiadała, że razem będą niedługo, jednak babcia nawet nie mogła sobie wyobrazić, jak niedługo», – opowiada Roman.
Wtedy nikt nie wiedział, z jakiego powodu sowieci poddali represjom Józefa Lintnera, był przecież zwykłym robotnikiem. Dopiero po wielu latach dowiedziano się, że został oskarżony o szpiegostwo przeciwko władzy radzieckiej. Po zatrzymaniu przez jakiś czas był osadzony w łuckim więzieniu.
«Kilkakrotnie babcia jeździła do Łucka, lecz ani razu nie widziała się z mężem. Aresztowani mogli dostawać listy i paczki. Pewnego razu przyjechała, jednak odmówiono jej przyjęcia paczki. Natomiast wręczono zawiadomienie, w którym była adnotacja po rosyjsku «bez prawa korespondencji». Jak jej wytłumaczono, oznaczało to, że Józef został rozstrzelany. Prawie przez dziesięć lat nie miała żadnych informacji o jego losie», – zauważa Roman.
«Trafili do oblężonego Kowla. Spali w lejach po wybuchach»
W 1941 r. Maniewicze zostały zajęte przez Niemców. Młodszy brat babci naszego rozmówcy Jan Skowronek dołączył do partyzantów, zaś następnie, w 1944 r., wstąpił do regularnego wojska polskiego, tak zwanej Armii Berlinga. Kazimiera codziennie kilka godzin spędzała na modlitwie za brata.
Helena Skowronek podczas wojny urodziła dwie córki. Pewnego razu na ulicy została z dziećmi schwytana przez gestapo. Wysłano ich do Majdanka pod Lublinem. Jej mąż też był w partyzantce, więc starać się o ich uwolnienie pojechał Paweł Skowronek. Do końca wojny do Maniewicz już nie wrócili. Janina Skowronek podczas niemieckiej okupacji również trafiła na łapankę. Miała zostać wywieziona na roboty do Niemiec. Jednak Kazimierze udało się namówić komendanta do uwolnienia siostry.
Niemcy cofali się i faktycznie wszystkich Polaków zabierali ze sobą. Obawiając się minowania torów, tak formowali pociągi, by pierwsze platformy kolejowe zajmowała ludność cywilna. W kolejnych wagonach byli wojskowi, amunicja, broń itd. «Babcia często z przerażeniem wspominała, jak na jej oczach, w drodze do Kowla taka platforma z ludźmi wjechała na minę і fragmenty ciał ofiar w wyniku eksplozji były porozrzucane na pobliskich drzewach», ‒ mówi Roman.
«W tym czasie babcia, która była przekonana, że Józef Lintner nie żyje, związała się z moim dziadkiem, Ukraińcem Oleksym Mitkalikiem (1918–1990). Co prawda jego też na początku 1944 r., kiedy przyjechał z przyjacielem do Łucka w poszukiwaniu mąki, aresztowano w pobliżu Mostu Bazyliańskiego i zabrano do więzienia w «Brygidkach». Po około dziesięciu dniach, krótko przed wycofaniem się Niemców z Łucka, po prostu go uwolniono, więc z kilkoma rodakami udał się do domu przez Kowel. Jak się okazało, wojska niemieckie już zaczęły wycofywać się z Maniewicz i w Kowlu było wielu wywiezionych maniewiczan. Tam odnalazł moją babcię z jej młodszą siostrą Janiną. Ale wtedy jeszcze sobie nie uświadamiali, że wpadli w pułapkę i wir działań wojennych. Dalej nie było możliwości jechać. Tam przeżyli oblężenie Kowla. Dwa fronty praktycznie zamarły pod Kowlem na kilka miesięcy: z jednej strony – żołnierze hitlerowscy, z drugiej – armia radziecka. Prawdopodobnie był to najstraszniejszy okres w życiu babci. To była wiosna i początek lata 1944 r. W Kowlu panował straszny fetor. Wszędzie leżały ciała cywilów i żołnierzy, których nikt nie grzebał. W mieście ocalało tylko kilka budynków.
Babcia z dziadkiem nocowali w ruinach, spali w lejach po wybuchach, licząc, że według teorii prawdopodobieństwa drugi raz w to samo miejsce pocisk nie trafi. Babcia była ubrana w dwie sukienki i miała przy sobie metalowe pudełko ze zdjęciami. Nie mieli nic więcej: ani jedzenia, ani leków, ani ubrań. Kilka miesięcy żyli w Kowlu w zupełnie nieludzkich warunkach. Byli całkowicie wycieńczeni. W końcu udało im się wyrwać na wschód i przekroczyć front radziecki» – opowiada Roman.
Jak dodaje, po tym, co przeżyła, jednym z symboli domowego ciepła i bezpieczeństwa dla Kazimiery stała się wykrochmalona pościel. Kiedy kładła się do swojego łóżka, zaścielonego wykrochmaloną pościelą, uświadamiała sobie, że jest w domu, a nie w kowelskich ruinach, i uspokajała się.
Ostatni pociąg do Polski
Zaraz po wojnie, w czerwcu 1945 r., większość wołyńskich Polaków zaczęła wyjeżdżać do Polski. Wszyscy Skowronkowie, oprócz Kazimiery, przenieśli się do Polski i osiedlili w Łodzi. Próbowała opuścić ZSRR także babcia naszego rozmówcy. W tym czasie Oleksy i Kazimiera mieli już sześciomiesięczną córkę Halinę (ur. 1944) – matkę Romana Pawluka.

Kazimiera i Oleksy Mitkalikowie
«Dziadek Oleksy kategorycznie nie chciał opuszczać Maniewicz, chociaż wiele mieszanych rodzin wyjeżdżało w ramach repatriacji zorganizowanej przez rząd Ukraińskiej SRR i Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Babcia jednak postanowiła, że musi jechać. Dowiedziała się, kiedy odjeżdża pociąg, i zdecydowała na ucieczkę z niemowlęciem. Dziadek po wojnie pracował na poczcie, naprawiał uszkodzone linie i gdy był w pracy, babcia spakowała jakieś rzeczy, zabrała moją mamę i pojechała. Po powrocie z pracy dziadek zastał opuszczony dom. Wówczas wszystko zrozumiał i rzucił się w pościg. Dotarł do Kowla jakimś towarowym pociągiem, ponieważ wtedy wszystkich repatriantów najpierw zwożono do Kowla. Na dworcu kolejowym urządzono specjalny punkt, skąd ludzi kierowano do poszczególnych miast w Polsce.
Dziadek odnalazł ich w tłumie. Odebrał córkę i powiedział babci, że obiecuje wyjechać do Polski, ale później, ponieważ musi jeszcze załatwić jakieś sprawy w pracy, odpowiednio się przygotować i pożegnać się z jego rodziną. Poszedł nawet do dworcowego punktu repatriacyjnego i przyniósł stamtąd zaświadczenie z informacją o odjeździe do Polski kolejnego pociągu z repatriantami. Babcia nie miała wyboru. Wrócili razem do Maniewicz. Szybko okazało się, że obiecanego pociągu nie będzie, i tego dramatycznego dnia był to rzeczywiście, dosłownie i w przenośni, ostatni pociąg do Polski. Pod koniec lat 50. zorganizowano jeszcze jedną falę repatriacji, jednak rodzina, w której urodziło się drugie dziecko – syn Anatol (1947–2011), nie zdecydowała się na wyjazd. Następnie granica została szczelnie zamknięta i przez wiele lat nie było mowy nie tylko o przeprowadzce, ale nawet o krótkiej wizycie u krewnych», – opowiada Roman.

Dzieci Kazimiery i Oleksego Mitkalików – Halina i Anatol

Kazimiera Mitkalik z dziećmi. Początek lat 50
W 1958 r. w Łodzi zmarł Paweł Skowronek. Kazimiera otrzymała telegram od rodziny, poświadczony przez lekarza, jednak nie pozwolono jej pojechać na pogrzeb ojca. Pierwsza okazja na wyjazd do rodziny w Polsce pojawiła się podczas «odwilży». Od tego czasu Kazimiera często odwiedzała bliskich, ale przez całe życie zawsze wspominała swoją pierwszą powojenną podróż do Polski w 1960 r. i pełne emocji spotkanie z rodziną po 15-letniej rozłące.
«Babcia zawsze chciała do Polski, bo tam czuła się wśród swoich. Natomiast jej siostry i brat bardzo pragnęli powrócić do Maniewicz. Siostra babci, Janina, kiedyś wspominała: «Już nie ma ani domu, ani fabryki... Niczego nie żałuję, niczego mi nie brakuje – tylko lasu. Takiego lasu, jak w Maniewiczach, nigdzie więcej nie ma». Miała taki sentyment. Nawet ich dzieci, które urodziły się już w Polsce, miały ten sentyment do Maniewicz», – zauważa Roman.
Bułeczki wymieniła u żołnierzy na aparat fotograficzny
W domu Kazimiery i Oleksego działała zasada dwujęzyczności: matka z dziećmi rozmawiała po polsku, a ojciec – po ukraińsku. Kazimiera Mitkalik naciskała na rodzinę męża, by dzieci zostały ochrzczone w kościele. Ponieważ kościół w Maniewiczach był zamknięty, w 1950 r. ochrzczono je w Łucku, gdzie nadal działała kapliczka na starym cmentarzu katolickim. Oboje jednocześnie ochrzcił ksiądz Jan Rutkowski, a ich chrzestną matką została dawna mieszkanka Maniewicz, Jadwiga Rybińska, która zmarła kilka lat temu (tutaj można przeczytać naszą rozmowę z jej siostrą Leokadią Trusz).
«Pierwsze lata powojenne upłynęły pod znakiem głębokiego deficytu. Nie było nie tylko sklepów, ale także pracy, pieniędzy. Brakowało wszystkiego. A w rodzinie przecież dorastała dwójka dzieci, które trzeba było i karmić, i ubierać. Babcia opowiadała, że wiele kobiet z Maniewicz radziło sobie z tym problemem, wychodząc na stację kolejową do pociągów, którymi bez przerwy wracali z Niemiec radzieccy żołnierze. Nagrabione łupy głodni czerwonoarmiści chętnie odstępowali za bułeczki, pierogi czy gotowane ziemniaki. W ten sposób można było zdobyć ubrania, buty, a nawet dziecięcy wózek. Pewnego razu na taki krok odważyła się i moja babcia: upiekła bułeczki i wymieniła je na peronie na aparat fotograficzny Kodak. Razem z dziadkiem jakoś opanowali skomplikowany proces fotografowania i wywoływania zdjęć, i zaczęli fotografować wszystkich chętnych. Myślę, że w Maniewiczach przez całą wojnę nie można było zrobić zdjęcia, ponieważ wszystkich właścicieli miejscowych zakładów fotograficznych rozstrzelano w 1942 r. i pochowano w zbiorowej mogile żydowskiej.
Więc pogłoska o możliwości zrobienia zdjęć rozeszła się po okolicy, a pod drzwiami ich domu zaczęli pojawiać się mieszkańcy okolicznych wsi, którzy, czasami całą rodziną, w świątecznych poleskich strojach chcieli zrobić rodzinne zdjęcie. Dziadek ciągle był w pracy, więc babcia praktycznie wszystko robiła sama. Fotografowała ludzi, a kiedy oni szli gdzieś na targ lub załatwiać sprawy, wywoływała, drukowała i suszyła gotowe odbitki w swojej domowej prowizorycznej ciemni fotograficznej. Oczywiście, w tamtych czasach takie usługi nie przynosiły dochodu. Wdzięczni klienci płacili, zazwyczaj tak potrzebnym jedzeniem» – opowiada Roman.

Wielkanocne śniadanie w rodzinie Mitkalików
Po dziesięcioleciach rozpoznała go w tłumie
Jak się okazało pod koniec lat 40., Józefa Lintnera nie rozstrzelano w Łucku, ale wywieziono w głąb ZSRR. Gdyby pozostał w łuckim więzieniu, prawdopodobnie zostałby zabity, podobnie jak tysiące innych więźniów. Natomiast wraz z innymi mieszkańcami Maniewicz, którzy również zostali skazani «bez prawa korespondencji», trafił do jednego z radzieckich łagrów. W 1942 r. Józef Lintner na podstawie stalinowskiej amnestii został zwolniony i już jako żołnierz Armii Andersa, dotarł do Teheranu.

Józef Lintner. 1945 r.
«W Teheranie był razem z nim jego maniewicki przyjaciel, który zaproponował, aby napisać do rodziny i zawiadomić ich, że żyją. Józef odmówił: bał się, że zaszkodzi bliskim, ponieważ Maniewicze były wtedy okupowane przez Niemców. Przyjaciel napisał jednak do domu, ale na prośbę Lintnera o nim nie wspomniał. Nie dał więc znać o sobie, popełniając tym samym fatalny błąd. Babcia wspominała, jak krewni tego przyjaciela od razu pochwalili się jej, że dostali list z Teheranu» – mówi Roman.
Do końca II wojny światowej Józef Lintner służył w Afryce Północnej. Następnie wyemigrował do Wielkiej Brytanii, skąd poszukiwał swojej żony. Był pewien, że jest w Polsce, a nie w ZSRR. W końcu za pośrednictwem Czerwonego Krzyża udało mu się odnaleźć Skowronków w Łodzi. Tak dowiedział się, że Kazimiera pozostała w Maniewiczach, ma męża i dwójkę dzieci. Józef nigdy się ponownie nie ożenił.
«Miał mały biznes niedaleko Londynu i, będąc w podeszłym wieku, wszystko sprzedał i przeniósł się do Warszawy. Nie kontaktował się z babcią, jednak utrzymywał relacje z jej siostrami w Łodzi. Od nich dowiedział się, że w 1990 r. babcia została wdową. Wtedy zaproponował jej spotkanie w Warszawie – zdecydowanie odmówił przyjazdu do Maniewicz. Babcia nie wahała się. Pojechała do niego w 1996 r.
Bardzo się niepokoiła. Jak wspominała, gdy pociąg zbliżał się do peronu, zaczęła się denerwować: jak pozna Józefa w tłumie stołecznego dworca po ponad 50 latach? Ale gdy wysiadła z pociągu, zobaczyła mężczyznę z bukietem, odchodzącego z peronu. Rozpoznała go z tyłu – nie miała wątpliwości, że to on, chociaż nie widziała twarzy. Jak mówiła, wyłonił się przed nią niczym z obrazu.
Józef zaproponował babci spędzenie reszty życia razem w Warszawie. Odmówiła. Choć jej życie było skomplikowane i dramatyczne, jednak była już związana z Maniewiczami, żyła życiem swoich dzieci i wnuków. Wiem, że babcia cieszyła się, iż pod koniec życia w jakiś sposób porozumiała się z Józefem, uświadamiając sobie, że wszystkiemu była winna bezlitosna wojna» – podkreśla Roman.
Pielgrzymki na Wołyń
Po rozpadzie ZSRR w Maniewiczach odrodziła się katolicka parafia i został zarejestrowany oddział Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej. Jego przewodniczącą od razu została babcia naszego rozmówcy – Kazimiera Mitkalik.

Kazimiera i Oleksy Mitkalikowie z wnukami Romanem i Bogdanem. Lata 1974–1975
«Po przyjściu władzy sowieckiej kościół w Maniewiczach został rozgrabiony. Świątynia powyżej okien została zasypana solą, której nigdy nie zużyto. Po latach sól skamieniała i zamieniła się w zwartą skałę. Sklepienie z dachem zawaliło się. Pod koniec lat 80. były to ruiny. Pamiętam, jak będąc małym dzieckiem, kilka razy byłem tam z babcią. Pytałem jej: może kiedyś zostanie wyremontowany? W odpowiedzi tylko smutno się uśmiechała. I oto na początku lat 90. miejscowi Polacy zebrali się i zarejestrowali parafię. Zaczęła się odbudowa kościoła. Pierwszą mszę na schodach zniszczonej świątyni odprawił ojciec Jan Mucharski. Podczas odbudowy kościoła niedzielne msze odbywały się w ciasnej «chruszczowce» babci. Pamiętam, jak w jej mieszkaniu gromadzili się ludzie na czele z księdzem. U niej w domu nabożeństwa odprawiali księża Ludwik Kamilewski, Adam Gałek i Kazimierz Zając» – wspomina Roman.
Pierwszym proboszczem odnowionego kościoła w Maniewiczach został ks. Adam Gałek. W czerwcu 1995 r. świątynię ponownie uroczyście poświęcił biskup Marcjan Trofimiak.
Nasz rozmówca opowiada, jak po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, do swoich rodzinnych stron zaczęli przyjeżdżać byli mieszkańcy miast i wsi wołyńskich: «Niemcy, Żydzi, Polacy, którzy mieszkali w różnych krajach świata. Przybywali na Wołyń niby na swoistą pielgrzymkę. Później zaczęły przyjeżdżać ich dzieci i wnuki. To był fenomen. Na początku lat 90. w Maniewiczach, Kostopolu, Sarnach, Kowlu i innych miasteczkach co tydzień można było zobaczyć autobusy pełne ludzi. Wielu z nich jechało nie mając nawet adresu. Kiedy tacy podróżni przyjeżdżali do Maniewicz i pytali przypadkowych przechodniów, czy znają osobę, która mogłaby coś pamiętać, kierowano ich do mojej babci».
Przed II wojną światową w Maniewiczach mieszkało kilkanaście niemieckich rodzin. Wszyscy wyjechali w 1938 r.
«Najlepsze przyjaciółki z dzieciństwa babci i jej starszej siostry Heleny były Niemkami. I tu, w latach 90. do Kowla, przyjechały dwie Niemki, wzięły taksówkę i ruszyły do Maniewicz. Chciały po prostu przejść się po miasteczku, w którym dorastały. Kiedy przyjechały, zapytały miejscowych, czy jest ktoś z dawnych mieszkańców. Zostały skierowane do babci. Przyszły, przedstawiły się po polsku. A to były przecież jej najlepsze przyjaciółki. Wyobraźcie sobie! Okazało się, że po wojnie te Niemki próbowały odnaleźć babcię przez Czerwony Krzyż i otrzymały odpowiedź, że kobieta o takim imieniu i nazwisku (prawdopodobnie przypadkowa zbieżność imion) wyjechała do Polski i zmarła... Później utrzymywały ze sobą bliski kontakt aż do śmierci. Niemki kilka razy jeszcze przyjeżdżały do Maniewicz, a babcia odwiedzała ich w Niemczech» – kontynuuje opowieść Roman.
Jak dodaje, przez ostatnie 20 lat swojego życia babcia przyjmowała u siebie niewyobrażalną liczbę gości. Odnaleźli ją dawni mieszkańcy Maniewicz, mieszkający teraz w różnych krajach świata – od Kanady po Australię. Kazimiera codziennie pisała listy, a na wnuka Romana spadł zaszczytny obowiązek adresowania kopert.
«Babcia miała wyjątkowy talent do pisania i opowiadania. W ostatnich latach swojego życia podziwiałem, ile miała korespondentów na całym świecie. Zastać ją w domu przy pisaniu listu, to była zwykła sprawa. O ile pamiętam, nie pisała listów liczących mniej niż cztery lub pięć stron. Z okazji świąt często darowałem jej długopisy lub inne artykuły biurowe, co wzbudzało uśmiech wśród moich przyjaciół. Przed Bożym Narodzeniem, kiedy chciała złożyć życzenia swoim znajomym, na znaczki pocztowe wydawała prawie całą swoją emeryturę. Za to czasami otrzymywała zza oceanu wiadomości, w których pisano do niej, że jej listy wielokrotnie publicznie są odczytywane przed zgromadzonymi byłymi maniewiczanami lub wołyniakami. Niejednokrotnie też dzieliła się swoimi wspomnieniami i opowieściami na łamach dwumiesięcznika «Wołanie z Wołynia», który zaczął ukazywać się w 1994 r. w Ostrogu» – wspomina Roman.

Kazimiera Mitkalik (z domu Skowronek)
W domu zawsze rozmawiano o przeszłości
Rodzice naszego rozmówcy, Halina Mitkalik i Jurij Pawluk (ur. 1937), pobrali się w 1966 r. Mama pracowała jako nauczycielka matematyki, a tata – jako nauczyciel historii. W rodzinie wychowywano dwóch synów – Romana (ur. 1971) i Bogdana (ur. 1968).

Halina Pawluk (z domu Mitkalik)
Halina Pawluk w połowie lat 90. została przewodniczącą Oddziału Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Ewy Felińskiej w Maniewiczach. Przez ponad 25 lat w szkole sobotniej, działającej przy organizacji, uczyła dzieci języka polskiego. Jej uczniowie wielokrotnie zdobywali nagrody na różnych konkursach recytatorskich, poetyckich i muzycznych. Za swoją działalność Halina Pawluk została uhonorowana odznaką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP «Zasłużony dla Kultury Polskiej» oraz medalem «Pro Memoria».
Roman Pawluk ukończył wydział geograficzny Wołyńskiego Uniwersytetu Państwowego. Od momentu otwarcia Konsulatu Generalnego RP w Łucku pracował przez 11 lat w placówce dyplomatycznej. Następnie współpracował z lubelską firmą turystyczną, oprowadzając polskojęzycznych podróżników na kilkudniowych wycieczkach po historycznym Wołyniu. Od czterech lat pracuje w redakcji «Monitora Wołyńskiego». Organizuje również w Maniewiczach charytatywne wycieczki, z których dobrowolne wpłaty przekazywane są na potrzeby miejscowych żołnierzy.
«Uwielbiam architekturę i historię. Zamiłowanie do historii miałem od dzieciństwa, ponieważ w domu zawsze rozmawiano o przeszłości. Cieszę się, że za życia moich dziadków zdążyłem dowiedzieć się od nich wielu rzeczy. Do dziś w domu często rozmawiamy o historii» – mówi Roman.
Olga Szerszeń
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Romana Pawluka.
Na głównym zdjęciu: Kazimiera (z domu Skowronek) i Oleksy Mitkalik z dziećmi. 1949 r.