Leokadia Trusz urodziła się i przez całe życie mieszka na Wołyniu. Podzieliła się z nami historią swojej rodziny, która przeplata się z przeszłością regionu – równie skomplikowaną i czasami tragiczną.
«Nie widziałam swoich dziadków»
«Niestety, nigdy nie widziałam żadnego ze swoich dziadków» – zaczyna opowieść 96-letnia Polka z Łucka Leokadia Trusz.
Joanna Hawryszko, matka Leokadii, pochodziła ze Starej Sieniawy na Podolu (obecnie obwód chmielnicki). W latach 20. nielegalnie przekroczyła polsko-radziecką granicę w pobliżu Podwołoczysk i osiedliła się na jakiś czas w Maniewiczach. Dostała pracę w fabryce parkietów. W tym samym mieście znalazł się Polak z Radomia – Piotr Siek. Pracował jako ładowacz na miejscowym dworcu kolejowym. Wkrótce po spotkaniu młodzi ludzie się pobrali. Piotr był starszy od Joanny, która w momencie małżeństwa miała zaledwie szesnaście lat.
Młoda rodzina kupiła sobie mały dom. W 1925 r. małżeństwu urodziła się starsza córka, Jadwiga, dwa lata później przyszła na świat Leokadia (1927). Następnie, w dwuletnich odstępach, urodzili się Stanisław, Mieczysław i Teresa – łącznie pięcioro dzieci. Jak wspomina Leokadia, na ich ulicy w sąsiedztwie mieszkali niemal sami Żydzi, gdyż Maniewicze były miasteczkiem.
Pewnego dnia w lipcu 1936 r. ojciec wrócił z pracy na śniadanie, usiadł przy stole. Powiedział do swojej starszej córki, Jadwigi: «Idź, zawołaj matkę. Jakoś słabo się czuję». Zanim Joanna przybiegła, Piotr już nie żył. «Zatrzymało się serce. Dlatego ojca prawie nie pamiętam» – mówi Leokadia Trusz. Miała zaledwie dziewięć lat.

Rodzice Leokadii, Joanna Hawryszko i Piotr Siek
Sieroce dzieciństwo
«Mama zawsze była zapracowana. W ciągu dnia była w fabryce, wieczorami prała ubrania sąsiadom – Żydom, aby zarobić na kawałek chleba. Miała ciężkie życie. Lubiłam matkę. Później zabrałam ją do siebie, u mnie dożyła do końca swoich dni» – wspomina moja rozmówczyni.
Według pani Leokadii, pewnego razu matka oddała ją na lato do sąsiedniej wioski, aby wypasała krowy. Wieś znajdowała się za lasem w pobliżu miasteczka, ale jej nazwa wymazała się z jej pamięci.
«Moi gospodarze pojechali na targ w Maniewiczach. Pasę ich krowę, siedzę w polu, czytam książkę. Nagle zauważam, że do ogrodu dostał się koń. A tam zasiano groch, koń cały ten zielony groszek zjadł. Myślę, że zaraz mi się dostanie od właścicieli! Wypędziłam konia, przykryłam ziemią ślady kopyt i porobiłam palcami na świeżej ziemi ślady, żeby powiedzieć, że to zające narobiły. Przyszła gospodyni, poszła do ogrodu: «Och, zające zjadły cały groch!» Wyszło na to, że nie ja jestem winna, zrzuciłam winę na zające. Do dzisiaj ten groch pamiętam!» – uśmiecha się pani Leokadia.
Rozpoczynając naukę w szkole od razu poszła do drugiej klasy, ponieważ nauczyła się czytać i pisać w domu, siedząc obok starszej siostry Jadwigi, kiedy ta odrabiała zadania domowe. Uczyła się bardzo dobrze, dostawała wyróżnienia. W latach szkolnych Leokadia poznawała katechizm, poszła do Pierwszej Komunii. Matka była pobożna, chodziła z dziećmi na msze do kościoła Zesłania Ducha Świętego w Maniewiczach.
W 1939 r., kiedy Wołyń został zajęty przez sowieckich okupantów, Leokadia wraz z kolegami została przeniesiona do klasy o rok niżej, ponieważ w ZSRR był inny program szkolny.
Jak wspomina rozmówczyni, w rodzinie dawniej rozmawiano po polsku, ale po śmierci ojca i w czasach sowieckich – głównie po ukraińsku.
Wojenna tułaczka
W czerwcu 1941 r. Leokadia była w obozie pionierskim w pobliżu Kowla. «22 czerwca o 5 rano obudzili nas i odprowadzili do lasu. Dzieci widziały, jak lecą niemieckie samoloty. Do obozu już nie wróciliśmy – poszliśmy na dworzec kolejowy. Ci, których nie odebrali rodzice, zostali ewakuowani w głąb ZSRR» – opowiada pani Leokadia.
Za czasów okupacji niemieckiej nie wróciła do szkoły, musiała pomagać matce w utrzymywaniu młodszych dzieci. Żyli w ubóstwie, ratowało ich gospodarstwo domowe, w szczególności gęsi, które hodowali. A jeszcze matka wraz z kumem, który mieszkał w pobliżu, zdobyli trochę różnych drobnostek – nici, igły, guziki, sól – i chodzili z tym po wsiach. Wymieniali ten kram to na kawałek boczku, to na miskę mąki, a to na kilka ziemniaków. Dzięki temu przetrwali.
Pani Leokadia zapamiętała również, jak koło gmachu urzędu gminy przechowywane były ułożone w kopce ziemniaki. «Mama jakoś w ciągu dnia się rozejrzała i zrobiła w ogrodzeniu dziurę. Następnej nocy poszła z sąsiadką «na łowy». Przelazła przez ogrodzenie, rozebrała kopiec i nabrała tych przemarzniętych ziemniaków. I tak nam bardzo smakowały!» – wspomina Leokadia. Równie apetyczny był inny «przysmak» z dzieciństwa – placki, upieczone z rozdrobnionych makuch.
Jak na nieszczęście, starsza Jadwiga, która miała już 16 lat, została zapisana na roboty w Niemczech. Matka, ratując dzieci, rzuciła swój skromny majątek i uciekła z rodziną z Maniewicz.
Na pytanie, czy pamięta o losach żydowskich sąsiadów, pani Leokadia odpowiada: «Byli dobrymi ludźmi. Kiedy opuszczaliśmy Maniewicze, widziałam, jak już zabitych Żydów ciągnęli za nogi. Nie chcę o tym wspominać. 27 stycznia (Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu – aut.) słuchałam radia, ale wyłączyłam, ponieważ nie mogłam wytrzymać» – płacze.
Joanna Siek znalazła pracę w folwarku we wsi Szepel niedaleko Łucka. Jak wspomina Leokadia, mama pracowała w niemieckiej kuchni. Dla starszych dzieci również znalazła się praca.
«To było takie niemieckie gospodarstwo rolne. Trochę nam płacili, czasem dawali ziemniaki. Było nas w rodzinie troje nastolatków, wszyscy poszliśmy do pracy. We trójkę pracowaliśmy przy jednej stercie – podawaliśmy snopy do młockarni. Jeśli się zagapimy, Niemiec zaraz daje nam po plecach pejczem. Tak więc spróbowałam niemieckiego pejcza» – dzieli się wspomnieniami moja rozmówczyni.
W czasie pracy w folwarku Niemcy dali matce krowę, aby mogła wykarmić dzieci. Kiedy rodzina przeniosła się później na obrzeża Łucka, krowę zabrała ze sobą. Jej mleko uratowało ich w tych głodnych latach.
Przyszedł straszny 1943 r. «W Szepelu na wzgórzu był zamek, gdzie na noc gromadziła się placówka polskiej samoobrony» – wspomina Leokadia Trusz. Według niej dzieci spały w pokojach, a starsi chłopcy i mężczyźni, uzbrojeni w karabiny, dyżurowali. Pewnego wieczora do matki przyszła sędziwa sąsiadka, Ukrainka. Ostrzegła, że tej nocy lepiej nie zostawać w domu. Joanna zebrała dzieci i poszła do placówki. Zanocowali tam, a kiedy rano wrócili, zobaczyli ciężarną sąsiadkę, która mieszkała jeden dom dalej, już martwą, z rozprutym brzuchem.
«Teraz włącza się alarmy lotnicze, a wówczas po prostu słyszeliśmy, że gdzieś blisko strzelają, wtedy wybiegaliśmy, w czym byliśmy, i nie wiedzieliśmy, gdzie się podziać. Różnie było: nocowaliśmy i w ziemniakach, i w lesie. Mama chwytała najmłodszą Teresę za rękę, a my wszyscy – za nią. W lesie nie było wiadomo, kto pod jakim krzakiem się chowa. To były trudne czasy. Płonie tu i tam, gdzieś ktoś kogoś zabił... To banderowcy Polaków, to Polacy banderowców... Dlaczego się nawzajem zabijali?» – przeżywa na nowo w pamięci tamte czasy pani Leokadia.
Po wycofaniu się Niemców rodzina przeniosła się do Łucka.
Zostali w ZSRR
Zgodnie z układem z 9 września 1944 r. rozpoczęła się wymiana ludności między marionetkową PRL a ZSRR. Joanna Siek również przygotowała wszystkie niezbędne dokumenty. Poszła do księdza po poradę. Bała się jechać w nieznane: była sama z piątką dzieci, bliskich krewnych męża również nie było już wśród żywych. Ksiądz odradził wyjazd, powiedział, że sam też zostaje. «Jakoś sobie tu poradzimy» – pocieszał. Minęło jednak niewiele czasu, ksiądz zmarł, a Joanna Siek z dziećmi została w ZSRR. Pani Leokadia nie pamięta już, jak ten ksiądz się nazywał, przypomina sobie jednak, że był już w sędziwym wieku.
Według jej wspomnień, w centralnym ołtarzu katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Łucku znajdował się wielki obraz Matki Bożej, zamykany zasłoną. Na początku mszy, kiedy zasłonę otwierano, wierni śpiewali pieśń:
«Witaj Królowo, Matko-Dziewicо,
Tyś najpiękniejsza z tej ziemi cór.
Witaj, Najświętsza Bogarodzico,
Ciebie pozdrawia anielski chór».
A na zakończenie mszy obraz znów zamykano i śpiewano «Żegnaj Królowo, Matko-Dziewico».
Zaznaczmy, że w tych wspomnieniach chodzi o obraz Matki Bożej Latyczowskiej, Pani Podola i Wołynia.
Nabożeństwa jednak nie trwały długo, ponieważ po serii aresztowań księży katolickich w 1945 r., w szczególności proboszcza Władysława Bukowińskiego i biskupa łuckiego Adolfa Piotra Szelążka, katedra została zamknięta. Katolików wypędzono do kaplicy na cmentarzu. W 1954 r., po śmierci ostatniego łuckiego proboszcza Jana Rutkowskiego, świątynię przekształcono w Dom Panichidy, a wołyńscy katolicy zostali bez kościołów i kapłanów.
Początkowo rodzina Sieków wynajmowała mieszkanie przy ulicy Torczyńskiej, w dzielnicy Krasne, a w pierwszych latach powojennych udało im się kupić małe własne mieszkanie. Leokadia nie wróciła już do szkoły, ponieważ była, jak wówczas wielu, «przerośnięta». Dziewczyna poszła do salonu krawieckiego, aby uczyć się krawiectwa. Pokonała wszystkie szczeble «drabiny kariery»: najpierw była uczennicą, potem pomocniczką krawcowej, a w końcu została mistrzynią w zakresie szycia damskich okryć wierzchnich. Salon, według mojej rozmówczyni, mieścił się w centrum, w pobliżu ulicy Sowieckiej (współcześnie ulica Łesi Ukrainki).
Przez całe życie pracowała w salonie krawieckim
Leokadia pracowała najpierw w brygadzie, a następnie przeniosła się do działu poprawek krawieckich: komuś trzeba było skrócić spodnie, komuś przerobić płaszcz. Oficjalne wynagrodzenie było skromne, około 60–70 rubli, jednak za poprawki codziennie można było zarobić kilka dodatkowych rubli.
Praca była siedząca, dlatego dziewczyny od czasu do czasu wychodziły, aby się wyprostować i szybciutko się przejść, a następnie wracały do salonu. Wówczas dawna ulica Sowiecka była jeszcze otwarta dla autobusów, teraz jest piesza. Podczas jednego z takich spacerów pani Leokadia poznała Aleksandra Trusza. Na tańce, które organizowano «na bagnie» (dziś teren Centralnego Parku Kultury i Rekreacji im. Łesi Ukrainki), nie chodziła, nie miała czasu. «Musiałam zarabiać. W dzień byłam w pracy, wieczorem dorabiałam w domu jednego krawca. Brał dużo zleceń, a ja mu pomagałam. Nie miałam czasu na rozrywkę. Szybka przechadzka ulicą Sowiecką – i do domu» – wspomina pani Leokadia.
Aleksander nie randkował długo, prawie od razu się oświadczył. Wesele odbyło się 20 lutego 1955 r. Później małżeństwu urodziła się dwójka dzieci: córka Switłana i syn Witalij. Mąż Leokadii pracował jako kierowca.

Zdjęcie ślubne Aleksandra i Leokadii Trusz, 20 lutego 1955 r.
Początkowo młoda rodzina mieszkała przy ulicy Szczorsa (obecnie Oleksandra Bohaczuka), u matki Aleksandra. W domu był jeden pokój, kuchnia i korytarz, gotowali na palniku. W jednym pokoju mieszkały trzy rodziny: teściowie, Leokadia z Aleksandrem oraz rodzina jego siostry.
Wkrótce małżeństwo przeniosło się do nowego mieszkania. To znaczy, względnie nowego. Switłana, córka Aleksandra i Leokadii, opisuje go w taki sposób: «To był ni to malutki dom tymczasowy, ni to chlewek. Budynek znajdował się poniżej poziomu drogi, a jego okna, które i tak wpuszczały mało światła, zawsze były zabłocone przez samochody». Switłana Zińczuk pracowała jako nauczycielka, obecnie kieruje Wołyńskim Zjednoczeniem Nauczycieli Polskich na Ukrainie im. Gabrieli Zapolskiej.

Rodzina córki Leokadii, Switłany Zińczuk: Mąż Stanisław, córki Oksana (po lewej) i Irena (po prawej)
Dopiero piętnaście lat później rodzina przeniosła się do domu przy ulicy Proletarskiej (obecnie Rohowa). Dwupokojowy dom nie był nowy i nie miał udogodnień, jednak doprowadzono tam gaz. Ponadto wszystkim wydawał się bardzo jasny, ponieważ okna były położone nad poziomem ziemi.
Przez całe życie Leokadia Trusz pracowała w salonie krawieckim, tylko w ostatnich dwóch latach przed emeryturą poszła do pracy w zakładzie samochodowym w Łucku. Prawie w swoim zawodzie – szyła plandeki z brezentu. Praca była ciężka, ale wynagrodzenie – wyższe, ponadto zostawało więcej wolnego czasu. W tym samym okresie urodziła się wnuczka Oksana, dlatego pomoc babci była akurat potrzebna. «Chciałam i córce pomóc, i dorobić się lepszej emerytury. Dorobiłam się – dostaję teraz cztery tysiące hrywien» – uśmiecha się moja rozmówczyni.

Leokadia Trusz, zdjęcie z lat 70.
W latach 70. Leokadia Trusz, szukając krewnych swojego ojca, wysłała zapytanie do Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. Pracownicy organizacji napisali, że znaleźli rodzinę Sieków we wsi Witaszyn w województwie radomskim (istniało w latach 1975–1998 – aut.). Leokadia wysłała list i wkrótce dostała odpowiedź. Odpisały dzieci brata jej ojca Seweryna i siostry Ewy. «Tak znalazłam w Polsce kuzynów. Kiedy dostaliśmy list, pojechaliśmy w odwiedziny, żeby poznać ich bliżej. Potem, jeszcze w czasach Związku Sowieckiego, wiele razy jeździliśmy do nich z rodziną, a oni przyjeżdżali do nas. Wciąż utrzymujemy kontakt» – opowiada pani Leokadia.
Potem udało się znaleźć też krewnych jej męża, Aleksandra Trusza. Urodził się we wsi Łukówek Piękny, więc również miał rodzinę na Chełmszczyźnie.
Czasy odrodzenia
Leokadia Trusz przypomina, że w czasach sowieckich ich rodzina na święta jeździła do kościoła we Lwowie lub Krzemieńcu, ponieważ na Wołyniu nie działał żaden kościół katolicki.

Leokadia Trusz z Kyryłem Zińczukiem, teściem córki Switłany, lata 90.
W latach 80. nastąpił okres względnej wolności religijnej. Ludzie zaczęli gromadzić się we wspólnoty, szukając możliwości do odzyskania świątyń. W Łucku katolicy spotykali się po domach wiernych, wspólnie się modlili. «Włączaliśmy radio, słuchaliśmy razem mszy świętych z Polski, śpiewaliśmy, biorąc w ten sposób udział w nabożeństwach» – opowiada pani Leokadia. Według niej modlitwę zawsze prowadził młody chłopak, Walentyn Nowak ze Zmienińca. Pracował w sklepie, przyjmował butelki. Później został księdzem, obecnie pracuje w Białorusi.
Matka Joanna była już w sędziwym wieku, więc mieszkała z córką, starała się uczestniczyć we wszystkich mszach świętych. Zmarła na udar 7 kwietnia 1990 r. w wieku 86 lat. Dzień wcześniej ksiądz z Krzemieńca Marcjan Trofimiak, przyszły biskup łucki, wysłuchał jej spowiedzi. Pogrzeb poprowadził już inny ksiądz, również z Krzemieńca.
Na początku lat 90. rozpoczął się proces zwrotu kościołów katolikom. Łuccy wierni również próbowali odzyskać świątynię.
«Ile pisano, ilu ludzi chodziło do gabinetów, prosili, nocowali pod drzwiami kościoła! W końcu otwarto nam ścieżkę do zakrystii w lewej nawie. Odgrodzono ją od drzwi do drzwi płytami z dykty, przez to przejście mogliśmy chodzić. Później oddano nam już cały kościół. Ile śmieci wynieśliśmy, ile wyczyściliśmy, zanim wszystko zostało doprowadzone do porządku» – wspomina Leokadia Trusz.
Razem z córką Switłaną śpiewały w chórze kościelnym zorganizowanym przez siostry Marię i Kristinę. Leokadia miała piękny głos, była nawet solistką.
W 1991 r. założono Stowarzyszenie Kultury Polskiej na Wołyniu. Jako jedne z pierwszych wstąpiły do niego Leokadia i jej starsza siostra Jadwiga.
Jadwiga również mieszkała w Łucku, pracowała jako ekonomista w zakładzie produkcji artystycznej, zmarła dwa lata temu w wieku 96 lat. W tym samym roku zmarł 91-letni brat Leokadii Stanisław, a najmłodsza siostra Teresa zmarła w październiku 2023 r., gdy miała 90 lat. W 1997 r. odszedł Aleksander Trusz, z którym Leokadia spędziła 42 lata.
«Zostałam sama, nie mam nawet z kim porozmawiać przez telefon. Nic już nie widzę, nigdzie nie chodzę. Jednak nawet teraz sobie myślę, że gdybym poszła do kościoła, to jeszcze bym zaśpiewała» – mówi Leokadia Trusz.

Leokadia Trusz, 2024 r.
Anatol Olich
Zdjęcia pochodzą z rodzinnego archiwum Leokadii Trusz. Autor zdjęcia z 2024 r. – Anatol Olich
