Ksiądz Feliks Sznarbachowski zmarł dość wcześnie, ale zdołał pozostawić zauważalny ślad w historii Wołynia. Oprócz pracy duszpasterskiej we Włodzimierzu i Kowlu, Sznarbachowski spędził znaczną część swojej kariery kapłańskiej w Ołyce.
W tym roku przypada 150. rocznica urodzin Feliksa Sznarbachowskiego, wybitnego, lecz obecnie niemal zapomnianego księdza rzymskokatolickiego. Dlaczego uważany jest za wybitnego? Można się o tym dowiedzieć z broszury «Ksiądz Feliks Sznarbachowski, Protonotarjusz Apostolski i jego dwudziestopięcioletnia praca kapłańska», wydanej w 1924 r. w Warszawie. Została napisana przez Witolda Grzymałę-Siemianowskiego. Proponujemy Państwu przegląd tej interesującej dla wołyńskich studiów krajoznawczych publikacji.

Szlak duszpasterski Sznarbachowskiego
Feliks Sznarbachowski urodził się 29 maja 1876 r. na Zaporożu w polskiej rodzinie szlacheckiej. Jego rodzice, Mikołaj Sznarbachowski herbu Szeptycki i Maria Korybut-Romanowska, stracili niemal cały majątek w wyniku powstania styczniowego w 1863 r. Mikołaj Sznarbachowski, który brał udział w powstaniu, został zmuszony do ucieczki z Wilna i przeniósł się do Besarabii, do Kiszyniowa, gdzie otrzymał pracę jako pomocnik wagowy na kolei z pensją 7 rubli miesięcznie. Zakończył swoją 38-letnią karierę urzędnika kolejowego na stanowisku kierownika stacji kolejowej w Kijowie. Chociaż rodzina często borykała się z trudnościami, rodzice zapewnili całej piątce swoich dzieci wyższe wykształcenie. To właśnie z domu rodzinnego Feliks odziedziczył siłę ducha i determinację.
Młodzieniec ukończył gimnazjum w Kijowie, a następnie, niespodziewanie dla przyjaciół i wbrew woli rodziców, wstąpił do seminarium duchownego w Żytomierzu. Wkrótce po święceniach kapłańskich w 1899 r. zdolny ksiądz został skierowany na dalsze studia do Cesarskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu.
Po powrocie ze studiów młody kapłan został mianowany wikariuszem parafii Czeczelnik na Podolu. Warto zaznaczyć, że w tym czasie diecezja łucko-żytomierska (tak brzmiała oficjalna nazwa tej jednostki administracyjnej) obejmowała również parafie dawnej diecezji kamieniecko-podolskiej, zlikwidowanej przez carat rosyjski w 1866 r. Zaledwie kilka miesięcy po nominacji Sznarbachowskiego zmarł jego przełożony, ksiądz Michał Moszyński, więc sześciotysięczna parafia czeczelniczo-berszadzka spadła na barki wikariusza.
Ale młody ksiądz nie tylko poradził sobie z pracą duszpasterską, ale także wybudował nową kaplicę w Olgopolu i w ogóle wykazał się jako znakomity administrator. Stamtąd kapłan został przeniesiony do Szarówki – dużej, lecz zaniedbanej parafii niedaleko Płoskirowa (obecny Chmielnicki). W ciągu kilku lat działalności Sznarbachowskiego powierzona mu parafia rozkwitła, a ksiądz został przeniesiony do Żytomierza, drugiej stolicy diecezji łucko-żytomierskiej. Ksiądz Feliks również i tu nie marnował czasu: zbudował nowy kościół w Kroszni koło Żytomierza, wzniósł kilka kaplic, budynków mieszkalnych i gospodarczych na potrzeby kościelne na obrzeżach miasta, a nawet zbudował dom dla starszych księży w samym Żytomierzu, który nosił wymowną nazwę «Watykan».
Po Żytomierzu przez trzy lata pracował w Brahiłowie na Podolu. Na tej placówce ksiądz wybudował nowy kościół w pobliskiej Żmerynce, a także nowy dom dla pielgrzymów udających się do cudownej figury Pana Jezusa Brahiłowskiego. To centrum pielgrzymkowe mogło pomieścić 3 tys. osób. Założył również drukarnię, która publikowała dziesiątki tysięcy egzemplarzy słynnych «Kalendarzy Brahiłowskich» i tanich tzw. broszur kopiejkowych.
Pomimo carskich zakazów tworzenia organizacji religijnych, Sznarbachowski zakładał w każdym miejscu swojej pracy różne katolickie bractwa i stowarzyszenia kulturalno-oświatowe. Wielokrotnie pociągano go za to do odpowiedzialności karnej, ale dzięki elokwencji i doskonałej znajomości języka rosyjskiego ksiądz zawsze potrafił się obronić. Tylko raz w sądzie w Płoskirowie został skazany na trzy miesiące więzienia.
Działalność księdza Feliksa Sznarbachowskiego w Brahiłowie była powodem niezadowolenia wśród miejscowej administracji rosyjskiej i duchowieństwa prawosławnego. W 1914 r., bez żadnego wyjaśnienia, minister spraw wewnętrznych Makłakow zwolnił księdza z urzędu proboszcza i nakazał mu wyjazd «w oddalone strony». Odwołania nic by nie dały, więc Sznarbachowski opuścił Brahiłów. Jednak dwa tygodnie później pojawił się ponownie w mieście, wracając z Petersburga z listem, który unieważniał decyzję ministra.
Chociaż odniesiono zwycięstwo, wkrótce po tym incydencie, aby nie drażnić lokalnych władz, ksiądz Feliks Sznarbachowski, który w tym czasie był już kanonikiem, został przeniesiony na Wołyń.
Ratunek kolegiaty w Ołyce
W ten sposób w 1914 r. ks. kanonik Feliks Sznarbachowski został proboszczem kolegiaty w Ołyce. Jak pisze Grzymała-Siemianowski, ksiądz «niezwłocznie, z właściwą sobie energią wziął się do uporządkowania olbrzymiego kościoła, gruntownej odbudowy dawnych budynków kolegiackich oraz do stworzenia organizacji religijnych i społecznych wśród rozległej swej parafii».
Na efekt prac nie trzeba było długo czekać. Ponieważ wzrósł napływ wiernych do Ołyki, z pomocą księcia Ferdynanda Radziwiłła kanonik Sznarbachowski wybudował dom parafialny na miejscowym cmentarzu, a także zaprowadził wzorowy porządek na tej nekropolii.
Prace przerwała I wojna światowa. Już w lipcu 1915 r. front stanął pod Łuckiem. «Wśród ogólnej paniki i skowytu szrapneli, pod nahajami hord Kozackich, Ołyka i jej okolice zostały ogołocone z mieszkańców, gwałtem wyganianych z linii bojowej» – czytamy w broszurze.
Władza rosyjska, pomimo protestów i próśb księdza kanonika Sznarbachowskiego oraz administracji dóbr radziwiłłowskich, zdjęła miedziany dach z kolegiaty. Kościół pozostał bez ochrony przed warunkami atmosferycznymi. Wkrótce w Ołyce stacjonowały wojska rosyjskie. Większość ludności, jak już wspomniano, opuściła swoje domy, ale ksiądz Feliks Sznarbachowski nie pozostawił świątyni na pastwę losu. Mieszkał w grobowcach pod kościołem, ale nie chciał porzucać nielicznej ocalałej trzódki, która ukrywała się w piwnicach zamku i kolegiaty.
Kiedy do Ołyki wkroczyli Austriacy, kanonik Sznarbachowski, z pomocą Polaków z Galicji sprowadził blachę, aby uratować kościół przed zniszczeniem. Miasto jednak wkrótce wróciło w ręce Rosjan. Kościół w Ołyce znajdował się bezpośrednio na linii frontu, więc rosyjski generał Chanżin, dowodzący tym odcinkiem frontu, nie pozwolił na odnawianie dachu na kościele.
W końcu, ulegając uporczywym prośbom kanonika, generał wyraził zgodę, ale pod warunkiem, że prace te będą wykonywane tylko przez dwie sprawdzone osoby i tylko w obecności Sznarbachowskiego, aby uniknąć możliwości dawania jakichkolwiek sygnałów wrogowi. Aby nie przyciągać niepotrzebnej uwagi austriackich artylerzystów, prace blacharskie przeprowadzane były wyłącznie w nocy, w mgliste poranki i podczas opadów. Mimo ostrożności, pewnego dnia, gdy wiatr niespodziewanie szybko rozproszył poranną mgłę, Austriacy zauważyli ruch na dachu kościoła i wystrzelili pociskami z szrapnelami. Sklepienie kościoła zostało przebite w trzech miejscach, blacha została uszkodzona, łącznie naliczono również 23 uszkodzenia ścian. Ostatecznie jednak prace zostały ukończone, a kościół został uratowany.
Po tym Feliks Sznarbachowski zachorował na reumatyzm, którego nabawił się w piwnicach i na dachu. Na polecenie władz kościelnych kanonik został przewieziony na leczenie do Petersburga, gdzie byli najlepsi lekarze i szpitale. Ksiądz spędził w szpitalu półtora miesiąca. Przebywał w stolicy imperium przez rok, ale i tam nie próżnował – wydał dziesiątki tysięcy modlitewników, książek i broszur o treści religijnej i patriotycznej dla mas Polaków, którzy znaleźli się w głębi Rosji z powodu wojny.

Kolegiata Ołycka. Zdjęcie pochodzi z broszury Witolda Grzymały-Siemianowskiego
Bez władzy
Po leczeniu w Petersburgu w 1916 r., ksiądz kanonik Feliks Sznarbachowski powrócił do rodzinnej diecezji. Przez pewien czas pracował w Kijowie (Kijów należał do diecezji łucko-żytomierskiej), a następnie w Berdyczowie. Pełnił tam nie tylko posługę duszpasterską, ale także aktywnie uczestniczył w życiu kulturalnym i narodowym społeczności polskiej, poświęcając wiele wysiłku opiece nad polskimi żołnierzami.
W 1917 r. biskup łucko-żytomierski Ignacy Dub-Dubowski nadał bohaterowi naszego eseju tytuł prałata i mianował go proboszczem w Ołyce. Tutaj, z rozkazu swojego ordynariusza, ksiądz Sznarbachowski przywrócił w kościele kapitułę, niegdyś zniesioną przez carat. Aby zjednoczyć lokalną społeczność, rozproszoną najpierw przez wojnę, a następnie przez niepokoje rewolucyjne, ksiądz założył w mieście i okolicy kilkadziesiąt szkół Macierzy Polskiej, a także zorganizował kilka spółdzielni z siedzibą w Ołyce.
Po bolszewickim przewrocie Wołyń został w zasadzie pozbawiony władzy centralnej. W niemal każdym mieście i wsi ludzie jednoczyli się, aby utrzymać choć trochę porządku i chronić się przed licznymi bandami grasującymi w okolicy.
O tym, jak dużym autorytetem cieszył się ksiądz katolicki wśród miejscowej ludności, mówi poniższy fakt. Wikariusz Sznarbachowskiego, ksiądz Jan Żmijewski, pojechał odwiedzić chorego. W drodze powrotnej został schwytany przez bolszewicką bandę Szeleściuka i wrzucony do piwnicy w pobliskiej wsi Długoszyje. Sznarbachowski zwrócił się o pomoc do Wasyla Slipeńczuka, mieszkańca Ołyki, który był swego rodzaju autorytetem w miasteczku, gdyż w tamtym czasie nie istniała tam władza państwowa. Zebrał towarzyszy, następnej nocy dokonał napadu na Długoszyje i pod hasłem: «Nie wolno Republice Długoszyjskiej aresztować wolnego obywatela Republiki Ołyckiej!» odbił księdza. Tak więc rano wikariusz Żmijewski, cały i zdrowy, był już w Ołyce.
Ksiądz Feliks chciał podziękować Slipeńczukowi, dając mu pieniądze, ale ten odepchnął je gniewnie i powiedział: «Czyżbym ja za pieniądze narażał życie swoje i moich towarzyszy? Wyście, księża, ratowali nas w tyfusie i odwiedzali nas, Rusinów, w ziemlankach, i rozdawaliście biednym cukier, sól i herbatę. Za tośmy obronili waszego wikarego i dalej będziemy bronić was i kościół wasz».
I rzeczywiście, wkrótce Slipeńczuk i ukraińscy mieszczanie z Ołyki dotrzymali słowa. Do Ołyki wkroczył zastęp bolszewików. Uzbrojeni w łomy i siekiery, zaczęli wyważać drzwi kolegiaty, aby ją obrabować. Slipeńczuk i jego towarzysze zaatakowali rabusiów, sam Ślipeńczuk osobiście zabił ich dowódcę. Napastnicy musieli uciekać, a kościół został uratowany przed profanacją i rabunkiem.
Delegacja do Warszawy
Wiosną 1919 r. ksiądz prałat Feliks Sznarbachowski przewodził 12-osobowej delegacji, która udała się do Warszawy z prośbą o przyłączenie Wołynia do Rzeczypospolitej. Wśród nich był Witold Grzymała-Siemianowski, autor broszury, przedstawiciel młodzieży wiejskiej. To dzięki jego bezpośredniemu uczestnictwu w wielu wydarzeniach tamtych czasów udało mu się zebrać tak interesujące fakty, które później spisał.
W skład delegacji wchodzili Polacy, Czesi i Ukraińcy. Każda z narodowości sporządziła własną deklarację, w której prosiła o prawną i zbrojną ochronę Rzeczypospolitej. Warto w tym miejscu przypomnieć współczesnemu czytelnikowi, że koalicja europejskich sojuszników zakazała młodemu państwu polskiemu zwiększania armii i użycia siły zbrojnej przeciwko bolszewikom. Czym argumentowali to Europejczycy? Że kwestie graniczne nie zostały jeszcze w pełni rozwiązane, że być może nie warto drażnić bolszewików. Czy to Państwu nic nie przypomina?
Delegacja wołyńska przekazała swoje deklaracje przedstawicielom polskiej polityki, wśród nich Naczelnikowi Państwa Piłsudskiemu i marszałkowi Trąmpczyńskiemu. Delegację z Wołynia przyjęli również ambasadorowie Francji, Anglii i Ameryki. Grzymała-Siemianowski tak opisał ten epizod: «Gdy ci trzej wysocy przedstawiciele potężnych Państw po przyjęciu deklaracji i wysłuchaniu delegacji, energicznie domagającej się przyłączenia Wołynia do Polski, przyobiecali możliwą pomoc, wtedy delegat Jan Grad, wieśniak z Ołyki. uniesiony wdzięcznością, uchwycił w swoje żylaste dłonie wyciągniętą rękę ambasadora amerykańskiego i tak serdecznie ją ściskał, że ten nie tylko Wołyń, ale pewnie cały okrąg ziemski byłby mu przyobiecał, byleby tylko wyzwolić zdrętwiałą dłoń swoją z żelaznego uścisku tego, rozrzewnionego delegata polskiego».
Prałat Sznarbachowski zorganizował również spotkanie delegacji z nuncjuszem papieskim w Warszawie, monsignorem Achillesem Rattim, przyszłym papieżem Piusem XI. Wizyta delegacji wołyńskiej zakończyła się wiecem 13 czerwca, podczas którego delegacja z Wołynia opowiadała o nieszczęściach, jakich doświadczała ludność Kresów z powodu bolszewików. Podczas wiecu uczestnicy zatwierdzili apel do społeczeństwa, Sejmu i rządu Rzeczypospolitej o pomoc dla Kresów, a Sejm jednogłośnie podjął decyzję o udzieleniu pomocy zbrojnej Ziemi Wołyńskiej.
Wkrótce potem, jak pisze Grzymała-Siemianowski, «wojska polskie ruszyły z Łucka naprzód i goniąc zwycięsko bolszewików, dotarły aż do Zwiahla i stanęły na rzece Słuczy. Wielkie dzieło przyłączenia Wołynia do Polski zostało dokonane rękoma szlachetnych miłośników naszych odwiecznych Kresów, decydującą zaś rolę w tej niezmiernie trudnej akcji bezwzględnie odegrała spiżowa energia księdza prałata Feliksa Sznarbachowskiego».
Autorytet Sznarbachowskiego
Podczas wojny polsko-bolszewickiej doszło do kuriozalnego incydentu z udziałem prałata, który mógł zakończyć się tragicznie. Kiedy wojska polskie wyparły bolszewików spod Łucka i ruszyły szosą do Równego, Sznarbachowski, który zmuszony był pozostać w Łucku przez jakiś czas, zdobył samochód Czerwonego Krzyża i wraz z kierowcą i jednym żołnierzem pojechał do swojej parafii. Ksiądz był przekonany, że Ołyka, położona 8 wiorst w bok od centralnej szosy, również jest wolna.
Kiedy samochód wjechał na plac w centrum Ołyki, okazało się, że jest pełna bolszewików, którzy nie zdążyli się wycofać. Miejscowi Żydzi, rozpoznając księdza, otoczyli samochód. Bolszewicy również zaczęli się do niego zbliżać. Prałat, zdając sobie sprawę z konieczności natychmiastowego działania, wdrapał się na maskę i krzyknął po ukraińsku: «Chłopcy, ratujcie się, kto może, Lachy idą za mną!» Słowa te wywołały popłoch wśród bolszewików, z których większość stanowili okoliczni mieszkańcy, więc, porzuciwszy to, co mieli, rozbiegli się w różne strony.
Sznarbachowski wziął więc sprawy w swoje ręce. Przede wszystkim zorganizował milicję z zaufanych osób, aby utrzymać porządek, zebrał porzuconą broń i wysłał posłańców na szosę, którą przemieszczały się wojska polskie. Posłańcy przyprowadzili kilkudziesięciu polskich żołnierzy pod dowództwem porucznika Paszkowskiego, któremu Sznarbachowski przekazał władzę.
Bardzo nieprzyjemna niespodzianka czekała księdza po przybyciu na plebanię. Okna i drzwi były zabite deskami od zewnątrz, a dom był pusty – wszystko zostało wyniesione. Podczas gdy przygnębiony stał na progu splądrowanego domu, przyszło kilku Żydów i zaczęło zrywać deski z okien. Szyby pod nimi okazały się nienaruszone. A potem pojawił się cały kahał, prowadzony przez Żyda Chaima Poleszczuka, ktoś niósł krzesło, ktoś stół, ktoś naczynia, ktoś książki… Okazało się, że Żydzi ukryli u siebie rzeczy księdza, uniemożliwiając bolszewikom splądrowanie plebanii. Gmina żydowska w Ołyce nie zapomniała, jak Feliks Sznarbachowski uratował ją przed pogromami w 1915 r.
Seminarium duchowne i sierociniec w Ołyce
W 1919 r., z rozkazu biskupa Dub-Dubowskiego, ksiądz prałat przystąpił do tworzenia seminarium duchownego w Ołyce. Wcześniej seminarium diecezji łucko-żytomierskiej znajdowało się w Żytomierzu. Teraz miasto znalazło się po innej stronie granicy, a klerycy, uciekając przed poborem do armii bolszewickiej, rozpierzchli się.
Ksiądz Feliks wypędził z zamku Radziwiłłów okolicznych chłopów, którzy, zgodnie z bolszewicką tradycją, «wywłaszczyli» pomieszczenie i zdążyli już ustawić piece i paleniska w salach pałacu, także na parkiecie, a nawet urządzić tam stodoły i kurniki. Jasna sprawa, że większość rzeczy zniknęła bez śladu. Po dezynfekcji i oczyszczeniu ksiądz wystarał się o biurka, krzesła i łóżka. Wszystkie te prace trwały przez kilka tygodni i wkrótce nastąpiło poświęcenie nowego seminarium duchownego. Na uroczystość przybyło niemal całe duchowieństwo diecezji, a także książę Janusz Radziwiłł, właściciel ordynacji ołyckiej.
W latach wojny i anarchii wiele dzieci wołyńskich zostało bez opieki rodzicielskiej. Ksiądz Sznarbachowski kupił więc za własne pieniądze duży dom i przekazał go kapitule ołyckiej, z zastrzeżeniem, że dom ten na zawsze pozostanie sierocińcem i że kapituła przynajmniej raz w roku będzie odprawiać mszę świętą za duszę matki prałata, a dzieci będą się za niego modlić za życia i po śmierci.
29 czerwca 1920 r., w uroczystość Świętych Piotra i Pawła, kolegium uroczyście zakończyło rok akademicki w seminarium. Tego samego dnia biskup Ignacy Dub-Dubowski wręczył księdzu Feliksowi Sznarbachowskiemu dyplom protonotariusza apostolskiego – ten honorowy tytuł został nadany prałatowi ołyckiemu przez Kościół za jego kapłańską gorliwość.
Już następnego dnia Ołyka opustoszała – podczas gdy trwały uroczystości, do sąsiedniego Cumania wkroczyły krwawe hordy bolszewickie Budionnego.

Ksiądz Feliks Sznarbachowski. Zdjęcie pochodzi z broszury Witolda Grzymały-Siemianowskiego
Ameryka i powrót na Wołyń
Ksiądz Feliks Sznarbachowski pozostał bez parafii. Gdy mimo wszelkich starań nie udało mu się zostać kapelanem wojskowym, za zgodą biskupa wyruszył statkiem do Ameryki. Tu zapoznał się z życiem miejscowej Polonii, napisał szereg artykułów o realnej sytuacji na Wołyniu, a także prowadził na łamach gazet polemikę z siłami antypolskimi, które próbowały zdyskredytować młodą Polskę w oczach Amerykanów, przede wszystkim oskarżając Polaków o pogromy żydowskie.
Na początku 1921 r. infułat powrócił na Wołyń. Najpierw został mianowany proboszczem parafii we Włodzimierzu Wołyńskim. Zajął się tu prawną stroną restytucji majątku miejscowej parafii katolickiej, doprowadził do rewindykacji klasztoru jezuitów, założył czasopismo «Praca Katolicka», zorganizował pielgrzymkę ponad 2 tys. Wołynian do Częstochowy.
Infułatowi udało się tego wszystkiego dokonać w ciągu niecałego roku, ponieważ w grudniu 1921 r. ordynariusz powierzył mu trudne zadanie: budowę kościoła w Kowlu.
Kościół-Pomnik
W Kowlu znajdował się drewniany kościółek, zbudowany za panowania królowej Bony w 1551 r. Kiedy miasto przekształciło się w węzeł kolejowy, zaczęło się szybko rozwijać, a potrzeba budowy nowego, większego kościoła stała się pilna. Z powodu dyskryminacyjnej polityki władz rosyjskich wobec katolików i Polaków, pozwolenie na budowę nowego kościoła uzyskano dopiero w 1909 r. Przez pięć lat miejscowa społeczność zbierała materiały budowlane i dopiero w 1914 r. rozpoczęła budowę. Jednak przed wojną udało się jedynie założyć fundamenty i rozpocząć budowę cokołu. Podczas walk nawet to zostało zniszczone, a materiały budowlane zostały zrabowane przez Niemców w 1917 r.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości parafia kowelska liczyła już 10 tys. wiernych, więc kościół nie mógł pomieścić nawet jednej dziesiątej. W liście skierowanym do mieszkańców Wołynia i wszystkich katolików Sznarbachowski pisał: «Ku chwale Boga Wszechmocnego, ku spotęgowaniu polskości na Kresach Wołyńskich, ku uwiecznieniu krwi męczeńskiej, ofiarnie przelanej w obronie Boga i Ojczyzny, Rzeczypospolitej Polskiej, zostanie zbudowany w pobliżu krwawego Stochodu, w mieście Kowlu, na Wołyniu kościół katolicki, które go dotkliwy brak odczuwają wszystkie polskie stany. Kościół pod wezwaniem Świętego Stanisława Biskupa-Męczennika stanie jako świątynia-pomnik, wystawiony ku nieśmiertelnej chwale tych, których bohaterskie szczątki spoczywają w niezliczonych kurhanach-mogilnikach kresowych, w błotach Stochodu, w borach, kniejach, i piachach Wołyńskich i w dalekich tundrach i kopalniach Syberyjskich».
Ksiądz Feliks Sznarbachowski ogłosił zbiórkę pieniężną. Wielu uważało projekt za niewykonalny, ale dzięki niestrudzonej energii infułata budowa postępowała szybko. Budowniczy nie dożył jednak ukończenia swojego dzieła. 10 sierpnia 1931 r. ksiądz Feliks Sznarbachowski zmarł w Kowlu. Budowę świątyni dokończył ksiądz Marian Tokarzewski.

Kowel. Kościół-Pomnik. Lata 30. XX wieku. Zdjęcie pochodzi z kolekcji Wiktora Litewczuka
Podczas walk w 1944 r. kościół w Kowlu został doszczętnie zniszczony. Teraz nie ma po nim śladu. Grób bohatera naszego eseju również zniknął bez śladu. Ale parafie odbudowane przez księdza infułata Feliksa Sznarbachowskiego nadal żyją, msze święte odprawiane są w wybudowanych przez niego kościołach w Żmerynce i Kroszni. Nawiasem mówiąc, proboszczem kościoła Świętego Wacława w Kroszni w latach 2001–2018 był ksiądz Ludwik Kamilewski, pierwszy proboszcz łuckiej katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła, odbudowanej po wielu latach nieistnienia.
Anatol Olich
Na głównym zdjęciu: Ksiądz Feliks Sznarbachowski. Zdjęcie pochodzi z broszury Witolda Grzymały-Siemianowskiego